Prawa autorskie: Matty Stern/U.S. Embassy Tel AviMatty Stern/U.S. Emb...
16 sierpnia 2020

Bo dla Arabów zagrożeniem jest Iran. Wyjaśniamy, skąd się wzięło porozumienie Izraela z Emiratami

Dla Trumpa porozumienie między Izraelem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi to triumf polityczny, jedyny do tej pory w jego prezydenturze. Może mu pomóc odrobić straty do Joe Bidena, a może nawet, jak zasugerował jego doradca ds. bezpieczeństwa narodowego, dać Nobla – nagrodę pocieszenia na wypadek wyborczej klęski

W piątek 13 sierpnia świat obiegła wiadomość sensacyjna: Izrael i Zjednoczone Emiraty Arabskie nawiążą stosunki dyplomatyczne. Układ jako swój wielki sukces odtrąbił prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Ogłoszono, że na na mocy porozumienia Izrael ma zrezygnować z aneksji części okupowanych terytoriów palestyńskich, ale w rzeczywistości Izraelczycy zobowiązali się tylko do zawieszenia aneksji.

"ZEA twierdzą, że aneksji nie będzie i kropka; mogą przedłużać proces dochodzenia do nawiązania stosunków dyplomatycznych, żeby się o tym upewnić. Trump oświadczył, że aneksja „została zdjęta ze stołu”, choć nie wykluczył, że może kiedyś nań powrócić. Netanyahu, uspokajając oburzonych osadników, mówi, że zawieszenie znaczy tylko tyle: zawieszenie, i że sprawy nie odpuści.

Ale Trump w końcu też nigdy nie powiedział, że wyrzeka się marzeń o „pięknym murze” na granicy z Meksykiem, Orban o Wielkich Węgrzech, czy Morawiecki o milionie elektrycznych aut, latających z CPK przez Mierzeję Wiślaną do kraju, z którym się wszyscy liczą w Europie. Tyle tylko, że żadnemu z nich za zawieszenie marzeń nie zapłacono tak sowicie".

Jak to się stało i co z tego wynika wyjaśnia w błyskotliwej analizie Konstanty Gebert

Gdyby ktoś to obstawiał u bukmachera, stawka byłaby pewnie jak 1 do 20. Przeświadczenie, że kluczem do pokoju Izraela ze światem arabskim jest zawarcie porozumienia z Palestyńczykami na gruncie linii zawieszenia ognia z 1949 r., podziału Jerozolimy i powrotu uchodźców, przy uzgodnionych ustępstwach obu stron, była jednym z kanonów nauki o stosunkach międzynarodowych.

Na nim opierał się izraelsko-palestyński proces pokojowy, legł on u podstaw przełomowej inicjatywy pokojowej Ligi Arabskiej z 2002 r., i powtarzali go jak mantrę wszyscy, od polityków po analityków, którzy się Bliskim Wschodem zajmowali. Wśród niewzruszonych pewników wiedzy o świecie kanon ten zajmował bardzo wysokie miejsce, tuż obok przeświadczenia, że głębokie związki ekonomiczne między Chinami a USA wykluczają konfrontację między nimi, że NATO stanowi niewzruszoną podstawę amerykańskiej polityki bezpieczeństwa, czy że odwrót od demokracji możliwy jest jedynie w warunkach drastycznego załamania gospodarczego lub wojny.

To nie konflikt izraelsko-palestyński jest główną osią napięcia

No właśnie. Kiedy pewniki zaczęły się sypać jeden po drugim, jak nie przymierzając dogmaty czasu zimnej wojny o potędze ZSRR, czy trwałości podziału Niemiec, należało baczniej się przyglądać tym, które jeszcze, zdawało się, trwają.

Tym bardziej, że zapowiedzi zmiany jednak się mnożyły:

  • izraelski premier Benjamin Netanyahu odwiedził Oman na zaproszenie sułtana,
  • minister sportu Miri Regev towarzyszyła izraelskiej drużynie judo do Abu Dhabi, a na meczu odegrano hymny obu państw,
  • szef bahraińskiego MSZ fotografował się ze swoim izraelskim odpowiednikiem Israelem Katzem, podczas kiedy jeszcze kilka lat wcześniej zaprzeczyłby, że przebywał z nim w jednym pomieszczeniu.

Niemniej ważne były mniej bezpośrednio polityczne sygnały: w Dubaju powstała gmina żydowska, osobistości z krajów Zatoki występowały z Izraelczykami na panelach i debatach, w pierwszych bezpośrednich lotach z Dubaju do Tel Awiwu samoloty Emiratów przywiozły pomoc covidową dla Palestyńczyków.

Wydawało się, że Izrael ma z nadal nieuznającymi go państwami Zatoki lepsze stosunki, niż z Egiptem i Jordanią, z którymi, mimo traktatów pokojowych i ambasad, jest w stanie wrogiego, zimnego pokoju. Co więc się stało?

Iran, Trump i czas.

Wbrew bowiem temu, co się dość powszechnie uważa, to nie konflikt izraelsko-arabski jest, czy był kiedykolwiek, główną osią napięcia na Bliskim Wschodzie; jest nim od dawna konflikt arabsko-perski, równie głęboki, jak ongiś w Europie konflikt francusko-niemiecki – zwłaszcza, gdyby Francja pozostała głęboko katolicka, a Niemcy były żarliwie protestanckie.

Dla Arabów zagrożeniem jest Iran

Szyicki Iran był obok Turcji rywalem Arabów w nacjonalistycznej ekspansji – ale Turcja była przynajmniej sunnicka. Do utworzonego po II wojnie światowej przez Iran i Turcję CENTO z krajów arabskich przystąpił jedynie szyicki Irak – choć pakt miał chronić przed postrzeganą jako zagrożenie komunistyczną Rosją.

Gdy w 1980 r. tenże Irak z kolei napadł na osłabiony po rewolucji islamskiej Iran, poparcia udzieliły mu liczne konserwatywne, religijne państwa arabskie, choć Bagdadem rządził świecki dyktator.

Wrogość wobec Iranu niemal zawsze wśród Arabów przeważała nad innymi względami. Dla sunnickich Arabów Iran, wspierający, także zbrojnie, szyickie mniejszości i nadal usiłujący eksportować islamską rewolucję, nadal jest zagrożeniem.

Zhołdował już cztery arabskie stolice: Damaszek, Bejrut, Bagdad i Sanaę; każda z pozostałych się boi, że będzie następna. Irański program atomowy jest dla Riadu czy Kairu nie mniejszym koszmarem, niż dla Jerozolimy.

Izrael zaś takim zagrożeniem nie jest. Nie usiłuje obalać arabskich reżimów od środka, a wojny toczy zasadniczo, gdy zostanie zaatakowany. Tyle tylko, że dla świata arabskiego samo jego istnienie było aktem wojny, a dla Palestyńczyków z Zachodniego Brzegu i Gazy, którzy nadal są tej wojny ofiarami, tak jest nadal.

Pokolenie, które widziało powstanie Izraela, odebrało to jako krzywdę i zniewagę dla wszystkich Arabów, barbarzyńskie zakłócenie naturalnego porządku świata, w którym Palestyna jest arabska i muzułmańska, a Żydzi nie są Izraelczykami, lecz dhimmi – tolerowaną, lecz pogardzaną mniejszością, bez politycznych praw, a co dopiero militarnych zwycięstw.

Wiosnę zaczęli demokraci, zabili ją islamiści

Związek Sowiecki, póki trwał, podtrzymywał u swych arabskich klientów nadzieję, że naturalny porządek świata może zostać przywrócony. Z biegiem czasu pokolenie czasu izraelskiej wojny o niepodległość jednak odeszło, Związek Sowiecki padł – a do istnienia Izraela zaczęto się przyzwyczajać. Nadal pozostawał skandalem, okupantem arabskich ziem – ale bezpośrednio dolegliwe było to tylko dla ich palestyńskich mieszkańców. Nie był, jak Iran, zagrożeniem. Ale przed Iranem broniła Arabów uzależniona od ich ropy naftowej Ameryka.

A potem przyszedł Barrack Obama i zawarł z Iranem porozumienie genewskie. Oznaczało ono, że z irańskim zagrożeniem trzeba będzie po prostu żyć. Obama przekonywał, że się da; w Riadzie, jak w Jerozolimie, odpowiadano, że może – o ile się mieszka na drugiej półkuli. Zaś porozumienie oznaczało, że amerykański parasol został zwinięty. Że kiedy Iran będzie miał broń atomową – a porozumienie jedynie tę perspektywę odsuwało w czasie, a nie udaremniało – nie będzie można już na atomowy parasol USA liczyć.

Arabowie własnej bomby nie mają. Saudowie wprawdzie sfinansowali bombę pakistańska, licząc na to, że zapewni także i im ochronę – ale jest ona Islamabadowi potrzebna do konfrontacji z Indiami, a z Teheranem Pakistan nie chce mieć sporu.

Ceny ewentualnych gwarancji rosyjskich nikt nie chciał płacić, ani im ufać. Pozostawał Izrael, który też w bombie irańskiej upatrywał śmiertelne zagrożenie, i aktywnie walczył z irańskimi działaniami na Bliskim Wschodzie i poza jego granicami. Ale współpraca z Izraelem jeszcze kilkanaście lat temu była niewyobrażalna – aż przyszła arabska wiosna.

Rozczarowanie, jakie po niej pozostało, było na miarę oczekiwań, jakie wzbudziła. Trzy kraje – Libia, Syria i Jemen – przeszły z fazy stabilnych, choć krwawych dyktatur, do niekończącej się, i nieporównanie bardziej krwawej, wojny domowej; jedna Tunezja Arabskiej Wiosny nie czyniła.

Nie tylko konserwatywne i antydemokratyczne reżimy uznały, że ulicy się słuchać nie należy: w Egipcie, który nadal w świecie arabskim nadaje ton, samo społeczeństwo uznało, że lepsza dyktatura Sisiego – krwawsza i od władzy obalonego Mubaraka, i od rządów demokratycznie po nim wybranego islamisty Morsiego – niż ryzyko, że nad Nilem powtórzy się Syria.

Wiosnę zaczęli demokraci, lecz dokończyli ją i zabili jej szanse islamiści; w świecie arabskim wspiera ich jedynie Katar, a dla pozostałych krajów są śmiertelnym wrogiem. A to islamiści najbardziej, bo z powodów nie tylko politycznych, ale i religijnych, głosili hasło wojny z Izraelem.

Ameryka: partner nieprzewidywalny

Jakby całego tego chaosu było mało, po Obamie nastał Donald Trump. I Arabowie, i Izrael przyklasnęli z radością, gdy zerwał porozumienie genewskie, choć Iran wiernie się trzymał jego zobowiązań i nie dał do zerwania powodu. Ale okazało się, że Trump na wojnę z Iranem mimo to nie pójdzie, jest za to nieodpowiedzialny i nieobliczalny.

Ameryka, której polityka była przez dziesięciolecia aż do bólu przewidywalna, stała się w oczach swych sojuszników, także arabskich, niepewnym partnerem.

Trump zachowywał się tak, jakby nie wiedział, że są w polityce międzynarodowej pewniki, których naruszać nie wolno: a to zerwał porozumienie genewskie, a to zaprzyjaźniał się na zabój z przywódcami Korei Północnej czy Chin, a to ni z tego ni z owego uznał izraelską suwerenność na wzgórzach Golan, czy przeniósł ambasadę do Jerozolimy. A potem ogłosił swój plan pokojowy dla konfliktu izraelsko-palestyńskiego, oparty na prostej zasadzie: Palestyńczycy dostaną tylko to, czego Izrael nie zechce.

Na wzgórza Golan mało kto zareagował: syryjska wojna domowa sprawiła, że obrona syryjskiej suwerenności nad jedynym kawałkiem dawnego terytorium państwa, na której nikogo nie zabijano, była jednak propozycją mało atrakcyjną.

Po przeniesieniu ambasady świat wprawdzie zapłonął oburzeniem, a Palestyńczycy w Gazie ruszyli na izraelski płot graniczny, gdzie prawie dwustu ich zginęło – ale Palestyńczycy na Zachodnim Brzegu nie okazali im poparcia, świat się pooburzał i zapomniał – a ambasada stoi. Zaś gdy Trump ogłosił swój plan pokojowy, nawet wielkiego oburzenia nie było: wiadomo, Trump. Oburza się na niego pół Ameryki i trzy czwarte świata, a on i tak swoje. No to ile można się oburzać? A może można skorzystać?

Możecie mieć albo aneksję, albo normalizację

Gdyby nie kwestia palestyńska, to stosunki z Izraelem byłyby dla arabskich państw Zatoki i Maghrebu ewidentnie korzystne. Państwo żydowskie jest finansowym, technologicznym i militarnym mocarstwem: może być eksporterem innowacji od eksploatacji zasobów wodnych po skuteczną obronę przeciwrakietową, może być inwestorem w gospodarki, które muszą się nauczyć żyć nie tylko z ropy, i może być sprzymierzeńcem w konfrontacji z Iranem i lobbystą w Waszyngtonie.

Palestyńczykami się wszyscy zmęczyli: w końcu Izrael krzywdzi ich mniej, niż co drugie państwo arabskie jakieś swoje mniejszości, od Berberów po Kurdów, zaś żadna mniejszość nie miała takiego międzynarodowego kapitału politycznego i nie zmarnowała go tak spektakularnie.

Co więcej, w obliczu arabskiego znużenia, Palestyńczycy jęli szukać wsparcia gdzie indziej: Hamas znalazł patrona w Teheranie, Autonomia zaprzyjaźnia się z Ankarą – dwa dodatkowe powody, by Arabowie nabrali do nich jeszcze większego dystansu.

Gotowi byliby uznać, że po ponad pół wieku od wojny sześciodniowej czas pogodzić się ze status quo. I wtedy właśnie Netanyahu to status quo wywrócił do góry nogami i zapowiedział aneksję Zachodniego Brzegu. Nie było jasne, czy całego, czy tylko tych 30 proc. przewidzianych w planie Trumpa, czy może jedynie kilku osiedli – ale tej prowokacji opinia arabska przełknąć by nie mogła. Unia Europejska też nie. Nawet Amerykanie, bo aneksja miała być częścią planu Trumpa, a nie miała go zastąpić.

Ba – nawet izraelska opozycja, także ta w koalicji rządowej, była przeciw. Zaś emiracki ambasador w Waszyngtonie, w artykule zwróconym do izraelskiej opinii, i po raz pierwszy napisanym dla izraelskiej gazety, oznajmił: możecie mieć albo aneksję, albo normalizację: jedno wyklucza drugie.

I wtedy zięć Trumpa, Jared Kushner, wymyślił, żeby nagrodzić Netanyahu za to, że zgodzi się nie wywrócić stolika.

Dla Trumpa to triumf polityczny

Fundamentem ogłoszonego właśnie porozumienia jest to, że Emiraty znormalizują stosunki z Izraelem, do dyplomatycznych włącznie – a Netanyahu zgodzi się „zawiesić” aneksję. Dla ZEA, które i tak chciały zbliżenia z Izraelem, oznacza to ubranie zerwania arabskiej solidarności w szaty obrony sprawy palestyńskiej; podobnie zresztą prezydent Egiptu Anwar Sadat uzasadniał w 1979 r. swój pokój z Izraelem.

Emiraty zyskają dzięki temu dostęp do najnowocześniejszej amerykańskiej technologii wojskowej, zarezerwowanej prawnie w USA dla państw mających stosunki dyplomatyczne z Izraelem, co ma pomóc Jerozolimie w utrzymaniu przewagi nad państwami wrogimi. ZEA broni tej potrzebują, bo choć wycofały się z Jemenu, to wojna tam, o miedzę, trwa nadal – za to zaangażowanie sił emirackich w libijską wojnę domową rośnie, no i Iran jest tylko o kilkadziesiąt kilometrów z drugiej strony Zatoki.

Bezpośrednie połączenie lotnicze z Dubaju do lotniska Lod pod Tel Awiwem umożliwi też muzułmanom z ZEA i innych krajów odwiedzenie jerozolimskiego meczetu al-Aksa, uważanego za trzecie, po Mekce i Medynie, święte miejsce islamu.

Niedawno otwarte połączenie kolejowe bezpośrednio z lotniska proces ten jeszcze uprości, Emiraty mają szansę zastąpić Jordanię w roli wrót do al-Aksy, tym bardziej że podróż autobusem z Ammanu przez most Allenby’ego na Jordanie, jedyne dostępne dziś połaczenie, jest długa i żmudna.

Dla Trumpa to triumf polityczny, jedyny do tej pory w jego prezydenturze. Może mu pomóc odrobić straty do Joe Bidena, demokratycznego rywala w listopadowych wyborach, a może nawet, jak zasugerował jego doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego, dać Nobla – nagrodę pocieszenia na wypadek wyborczej klęski.

„Jakby sprawiedliwie rozdzielali, to już bym miał”, powiedział zresztą już czas jakiś temu sam prezydent.

Izrael zaś za największy sukces od czasu pokoju z Jordanią ćwierć wieku temu nie płaci nic – a jeśli za Emiratami pójdą następni, to za to nic dostanie dwa razy więcej. Komentatorzy twierdzą, że Bahrajn i Oman gotowe są pójść w ślady ZEA, Kushner mówi, że normalizacja z Arabią Saudyjską jest nieuchronna, póki co, jedyną reakcją Riadu był tweet saudyjskiego ministra kultury, potępiający „arabski nacjonalizm i islamski fundamentalizm”.

Z Rabatu idą przecieki, że Maroko też byłoby za, o ile USA uznają marokańską suwerenność nad Saharą Zachodnią, okupowaną niewiele krócej, niż Izrael okupuje Zachodni Brzeg.

Co prawda, są tez i koszty: Iran porozumienia potępił i oznajmił, że Emiraty go „pożałują”, Palestyńczycy określili decyzję Dubaju jako nóż w plecy, a Turcja oznajmiła, ze rozważą zerwanie stosunków z ZEA. Ale irańska reakcja była przewidywalna i wpisana w koszty, palestyńskie oburzenie niewiele waży na arabskiej giełdzie politycznej, a potępienie Turcji, która, choć ma od dekady złe stosunki z Izraelem, to przecież od dawna ma w Tel Awiwie ambasadę, a wymiana handlowa kwitnie, Emiraty po prostu obśmiały.

Ze złodzieja w męża stanu

Dla Netanyahu, któremu stale grozi rozpad sprzecznej z polityczną logiką koalicji z jego przeciwnikami, i nowe wybory, oznacza to zaś całkowitą zmianę jego obrazu w oczach opinii publicznej. Oto przestał być oskarżonym przed sądem skorumpowanym politykiem, winnym oszustw i nadużyć władzy; antydemokratycznym wodzem swego politycznego plemienia, gotowym w interesie własnym pogrzebać izraelską praworządność i demokrację; premierem odpowiedzialnym za złą politykę wobec epidemii koronawirusa, która spowodowała i 20 proc. bezrobocie, i nawrót pandemii; człowiekiem, przeciwko któremu demonstrują niemal codziennie tysiące Izraelczyków.

Jest teraz postrzegany, całkiem zasadnie, jako dalekowzroczny mąż stanu: to w końcu jego polityka doprowadziła do zbliżenia z państwami Zatoki i obecnego przełomu.

Jeśli nawet jego krytykom te słowa nie będą mogły przejść przez usta, stał się przynajmniej magikiem, który z pustego cylindra wyczarowuje stada królików, zawstydzając nawet samego Lejzorka Rojtszwanca. Już na pewno zaś upokorzył swych koalicyjnych rywali: wychodząc przed końcem z posiedzenia rządu, powiedział: „Wkrótce się dowiecie, dlaczego”. I istotnie, niedługo później jego szefowie resortów spraw zagranicznych i obrony dowiedzieli się z twittera, że ich państwo ma nowego sojusznika.

Tym, którzy taki właśnie wynik obstawiali, buchmacherzy zaczęliby więc wypłacać, w proporcji 20 do 1 ich wygrane, gdyby nie jeden szczegół: co to właściwie znaczy „zawieszenie” aneksji, do którego się Izrael zobowiązał we wspólnym komunikacie z ZEA i USA?

ZEA twierdzą, że aneksji nie będzie i kropka; mogą przedłużać proces dochodzenia do nawiązania stosunków dyplomatycznych, żeby się o tym upewnić. Trump oświadczył, że aneksja „została zdjęta ze stołu”, choć nie wykluczył, że może kiedyś nań powrócić. Netanyahu, uspokajając oburzonych osadników, mówi, że zawieszenie znaczy tylko tyle: zawieszenie, i że sprawy nie odpuści.

Ale Trump w końcu też nigdy nie powiedział, że wyrzeka się marzeń o „pięknym murze” na granicy z Meksykiem, Orban o Wielkich Węgrzech, czy Morawiecki o milionie elektrycznych aut, latających z CPK przez Mierzeję Wiślaną do kraju, z którym się wszyscy liczą w Europie. Tyle tylko, że żadnemu z nich za zawieszenie marzeń nie zapłacono tak sowicie.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne