Przemysłowi hodowcy drobiu i trzody chlewnej to jedni z największych odbiorców rolniczych dopłat unijnych w Polsce. A jednocześnie - truciciele na masową skalę. Najwięksi produkują rocznie setki ton amoniaku, który zatruwa gleby, rzeki i powoduje nieznośny smród.

Międzynarodowy zespół dziennikarzy śledczych z ośmiu europejskich redakcji, przez kilka miesięcy analizował dane o dopłatach unijnych otrzymywanych przez hodowców drobiu i trzody chlewnej. I porównał je z dostępnymi w naszych krajach danymi dotyczącymi zanieczyszczania środowiska przez tych samych hodowców.

Chcieliśmy odpowiedzieć na pytanie: czy dopłaty w ramach Wspólnej Polityki Rolnej (WPR), które w skali całej UE sięgają co roku prawie biliona euro, spełniają swój cel? Czy – zgodnie z założeniami – zapewniają racjonalny rozwój produkcji rolnej, poprawiają poziom życia na wsi i ochrony środowiska? Czy też jest na odwrót – i wśród największych beneficjentów WPR są najwięksi truciciele w branży hodowli zwierząt?

Przedstawiamy ustalenia dotyczące Polski. Raport dotyczący wszystkich ośmiu państw dostępny jest na stronie internetowej Greenpeace.

To Greenpeace był inicjatorem śledztwa i współfinansował prace nad publikacją, gwarantując jednak wszystkim dziennikarzom uczestniczącym w projekcie całkowitą niezależność w gromadzeniu informacji i przygotowaniu artykułów.


Szambo, znaczy czysta woda

Luty 2015, noc. Gmina Wiśniewo, ponad 100 km za Warszawą. Traktor z beczką do przewożenia ścieków wyjeżdża przez bramę na polną drogę. Zatrzymuje się na łące, kilkaset metrów dalej. Kierowca schodzi z ciągnika, odkręca zawór i wylewa ścieki przemysłowe z fermy drobiu. Wszystko nagrywa straż gminna.

“Panie, co pan tu wylewasz?!” – krzyczy strażnik.
“Szambo. Znaczy czystą wodę z kurników” – odpowiada zdezorientowany traktorzysta.

Zanim straż gminna podjęła interwencję, kierowca zdążył rozlać na pole kilka cystern ścieku. “Ile tego wylewamy? Nie wiem dokładnie. Ja pracuję tylko nocami. Ale w dzień też wożą” – mówi. Oprócz ścieków, na polach leżą hałdy obornika – również niezgodnie z prawem. Obornik na pole wywozić można pomiędzy marcem a październikiem. A jest przecież luty.

Nocami, na pola w Wiśniewie pracownicy lokalnych ferm wylewają przemysłowe ścieki. Fot. Straż gminna

Nieczystości pochodzą z fermy należącej do rodziny byłego posła Platformy Obywatelskiej, Mirosława Koźlakiewicza – potentata w branży drobiarskiej. Do byłego parlamentarzysty i jego rodziny oraz współpracowników należy przynajmniej 26 ferm drobiu na Mazowszu. Kilkadziesiąt kolejnych ferm w tym regionie to własność udziałowców spółki Cedrob. Należy do nich prawie połowa wielkoprzemysłowych ferm drobiu w województwie mazowieckim.

To właśnie na Mazowszu hoduje się prawie jedną czwartą polskich kur.

Ekspansja 

Zaczęło się pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Na początku była ferma na 4 kurniki. Mieszkańcy gminy Wiśniewo nie protestowali. Inwestorzy zawsze są mile widziani. A ferma kojarzyła się z miejscami pracy i wpływami z podatków dla gminy. Nikt wtedy nie przewidział, że w ciągu 20 lat z czterech kurników zrobi się 125. A korzyści dla mieszkańców i gminy nie będą równoważyły problemów.

“To jest bezwzględna ekspansja” – mówi Zbigniew Kleniewski, wójt Wiśniewa.

Ile dokładnie kurników jest na terenie gminy? Nie wie tego ani wójt, ani Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska. Nie wynika to z pozwoleń – bo pozwolenie może być wydane na 24 kurniki, ale nie wiadomo, ile inwestor ostatecznie postawi. Może 16, może 8. Wójt, z braku innych źródeł informacji, prowadzi własną statystykę – na oko.

“Jak chcę policzyć kurniki, wsiadam w samochód i jadę w teren” – tłumaczy.
Tym sposobem wyliczył:
„16 – liczba ferm,
125 – liczba kurników,
16 – liczba miejscowości w gminie,
5400 – liczba mieszkańców gminy,
43 – liczba mieszkańców, na których przypada jeden kurnik;
2 proc. – stosunek wielkości działek zajętych pod fermy drobiu do powierzchni gminy.”

“To jest wolna amerykanka” – mówi Kleniewski. I wścieka się, że gmina nie ma ani złotówki podatku z kurzych ferm. “A fermy korzystają z naszej infrastruktury, TIRy rozjeżdżają drogi”.

Jest jeszcze fetor. “Smród jest najuciążliwszy, gdy kurczak ma pięć czy sześć tygodni. Dwa tygodnie przed wywozem do ubojni trzeba mu wozić dużo paszy. Co tu dużo mówić: śmierdzi. Potem jest czyszczenie i wietrzenie kurników. Czyli znowu smród. Ciężko się żyje” – mówi wójt.

Współczesna ferma – widok z drona. Fot. Koalicja Stop Fermom

No i coś, czego czasem na oko nie widać, ale wiadomo, że jest: zanieczyszczenie środowiska.“Dwa czy trzy lata temu w ziemi było za dużo azotu. Zboże kładło się na polach. Niby jest plan nawożenia, ale w rzeczywistości żaden urząd tego nie sprawdza” – opowiada wójt.

Nocami pracownicy ferm wylewali gnojówkę na polach. Zdarza się też, że rozlewa się w okolicy ferm – bo nie jest właściwie przechowywana. A obornik czasami leży kilka dni odłogiem na polu.

“W raporcie środowiskowym wszystko się zgadza. Tylko nikt później tego nie sprawdza” – kończy wójt.

Fabryki zwierząt

Ferma przemysłowa, choć traktowana jak gospodarstwo rolne i utrzymująca zwierzęta gospodarskie, bardziej przypomina fabrykę. Zmechanizowana produkcja w zamkniętych pomieszczeniach pozwala na wyhodowanie i utuczenie jak największej liczby zwierząt, w jak najkrótszym czasie i na jak najmniejszej przestrzeni.

Fermy hodujące powyżej 40 tys. kurcząt lub 2 tys. świń o wadze ponad 30kg, muszą uzyskać tzw. pozwolenie zintegrowane – na działalność, która może powodować znaczne zanieczyszczenie środowiska.

W gminie Wiśniewo jest 16 takich ferm, łącznie 125 kurników. W całej Polsce działa ponad 860 ferm drobiu z pozwoleniem zintegrowanym, z czego prawie jedna piąta w woj. mazowieckim. Za ich sprawą Polska w ciągu ostatnich 10 lat podwoiła produkcję drobiu i stała się europejską potęgą w tej branży.

To biznes, który śmierdzi i truje. Przynosi też miliardy złotych zysku – ale tylko dla największych graczy.

Najwięksi hodowcy – najwięksi beneficjenci dopłat

W latach 2014-20 w ramach wspólnej Polityki Rolnej do polskich rolników trafią 32 miliardy euro. Z tego aż 23,4 mld euro to bezpośrednie dopłaty dla rolników. Negocjując warunki dopłat, Polska zadbała o ich podniesienie, kosztem wsparcia dla polityki strukturalnej i rozwoju obszarów wiejskich, w tym rolnictwa ekologicznego.

Dopłaty bezpośrednie nie zależą od rodzaju prowadzonej działalności i wielkości produkcji, lecz od ilości posiadanej ziemi. By otrzymać pełną kwotę dotacji, trzeba – teoretycznie – spełnianić wymogi dotyczące ochrony środowiska i dobrostanu zwierząt.
System dopłat miał zapewniać bezpieczeństwo żywnościowe Europy, racjonalny rozwój produkcji, równe warunki konkurencji na wspólnym rynku rolnym i ochronę środowiska oraz bioróżnorodności. Ale premiuje największych producentów.

W 2015 roku, w ramach wsparcia bezpośredniego, do polskich rolników trafiło w sumie 27,4 mld złotych. Połowa tej kwoty trafiła do kieszeni zaledwie 4 proc. odbiorców dotacji. Do tego nielicznego grona największych odbiorców dotacji – którzy otrzymali powyżej 1 mln złotych dopłat – należą także właściciele przemysłowych ferm.

  • Zobacz, którzy właściciele ferm dostali największe dopłaty

    W pierwszej dziesiątce największych beneficjentów dopłat w 2015 roku, połowa zajmowała się produkcją zwierzęcą. Spośród nich najwięcej – 12 mln złotych – dostała spółdzielcza Agrofirma Witkowo, zajmująca się hodowlą bydła, świń i drobiu. To największa taka hodowla w Polsce.

    Drugim w kolejności beneficjentem były firmy hodujące krowy mleczne. Spółki z należącej do Brytyjczyków grupy Top Farms otrzymały łącznie ponad 23,7 mln złotych. Zaraz za pierwszą dziesiątką, z dotacją w wysokości 11 mln złotych, znalazł się Poldanor – firma należąca do duńskiej grupy kapitałowej Axxon wyspecjalizowanej w intensywnym tuczu świń. Ma hodowle w Polsce i na Ukrainie.

    Gdyby biznesy rodziny Mirosława Koźlakiewicza były jedną firmą, również znalazłaby się w grupie największych beneficjentów dopłat. Koźlakiewiczowie – wspólnicy lub właściciele ferm – dostali w sumie ponad 3 mln złotych dopłat.

Jak to możliwe, że dopłaty, których kwoty uzależnione są od powierzchni posiadanych gruntów, trafiają do gałęzi rolnictwa, która – jak się wydaje – nie wymaga posiadania dużej ilości ziemi? By postawić duży kurnik wystarczy przecież działka o powierzchni paru tysięcy metrów.

Okazuje się, że najwięksi hodowcy drobiu są też największymi obszarnikami. Na własnych lub dzierżawionych gruntach hodują rośliny, z których produkują pasze. Kupowanie ziemi jest też konieczne, by otrzymać pozwolenie na zwiększenie hodowli. Prawo wymaga by hodowca miał pola pozwalające zagospodarować 70 proc. wyprodukowanej gnojowicy.
W woj. zachodniopomorskim Agencja Nieruchomości Rolnych wydzierżawiła firmom hodowlanym Poldanorowi i Top Farms tysiące hektarów ziemi. Doprowadziło to do konfliktu między ANR a lokalnymi rolnikami, którzy w proteście przeciwko dominacji gigantów niemal co roku organizują blokady dróg.

Najwięksi hodowcy – wśród największych trucicieli

Dlaczego spośród wszystkich beneficjentów dopłat interesują nas właśnie wielkopowierzchniowi hodowcy? Ponieważ są jednymi z największych trucicieli środowiska. Setka największych ferm drobiu i trzody chlewnej w 2016 roku wyemitowała do środowiska łącznie niemal 2 tys. ton amoniaku.

Dane o zanieczyszczeniach emitowanych przez europejskie firmy trafiają do bazy European Pollutant Release and Transfer Register. To wykaz punktowych źródeł zanieczyszczeń. W przypadku hodowli drobiu i trzody chlewnej wskazuje duże stężenia amoniaku i innych szkodliwych substancji.

W bazie znajdziemy jednak tylko dane firm, które przekraczają określony w przepisach próg emisji szkodliwych substancji. Dla ferm drobiu i trzody chlewnej, ten próg to 10 ton amoniaku rocznie. Hodowcy, którzy produkują mniej zanieczyszczeń, nie trafiają do więc bazy EPRTR.

W efekcie tylko 10 proc. z wszystkich właścicieli wielkoprzemysłowych ferm składa sprawozdania o ilości szkodliwych substancji emitowanych do środowiska.

Patent na omijanie zezwoleń

Ale dane o zanieczyszczeniach emitowanych przez hodowców są niepełne nie tylko ze względu na wysoko ustawiony pułap, od którego trzeba zgłaszać emisję. Są zafałszowane także przez patent stosowany przez hodowców wielkoprzemysłowych, którzy omijają obowiązek posiadania zezwoleń zintegrowanych (przypomnijmy: to zezwolenia na działalność, która może spowodować znaczne zanieczyszczenie środowiska).

“Pozwolenie takie opisuje wszystkie kwestie związane z zanieczyszczeniem środowiska – od zużycia wody i prądu do gospodarowania nawozami poprzez odpowiednie składowanie, przechowywanie, transport nawozów powstających na fermach” – mówi dr inż. Jakub Skorupski, biolog, ekspert Federacji Zielonych „GAJA”.

Inwestor powinien wystąpić takie o pozwolenie zanim rozpocznie budowę fermy. Wydaje je – w zależności od lokalizacji hodowli – starosta, prezydent miasta, marszałek województwa lub Regionalna Dyrekcja Ochrony Środowiska. Od 2004 roku takie pozwolenie dostało ponad 860 ferm drobiu hodujących więcej niż 40 tysięcy kurczaków oraz 165 ferm świń.

W rzeczywistości ogromnych farm jest jednak dużo więcej.

Kliknij na strzałkę żeby sprawdzić ile dopłat z UE dostały największe fermy i ile amoniaku wyemitowały

Według Ministerstwa Środowiska w latach 2007- 16 co najmniej 113 dużych ferm wymagających pozwolenia zintegrowanego skorzystało z patentu, który pozwala ominąć ten obowiązek. Podzieliły się na mniejsze podmioty – niewymagające pozwolenia. Dzisiaj tych 113 dawniej wielkich ferm funkcjonuje jako 245 małych.

Dane znów są zaniżone, bo Ministerstwo Środowiska nie uwzględniło dwóch województw. Nie znamy też liczby ferm, które działały jako podzielone już przed 2007 rokiem.

Jak ten “patent” działa w praktyce? Jeśli na jednym terenie zarejestrowanych jest pięć ferm, należących do różnych właścicieli (np. członków tej samej rodziny), nawet jeśli te fermy są bardzo blisko siebie, mają wspólną infrastrukturę, a czasami i wspólnych pracowników – to każda z nich jest kontrolowana osobno. Wpływ na środowisko oblicza się oddzielnie dla każdej z nich, choć przecież faktycznie np. wydzielany przez nie odór jest jeden (nie rozkłada się na pięć różnych obszarów, lecz kumuluje w jednym miejscu).
Efekt? Żadna z pięciu ferm nie musi zdobywać pozwolenia zintegrowanego i żadna na papierze nie przekracza progu zanieczyszczeń, który kwalifikowałby ją do zgłoszenia do bazy European Pollutant Release and Transfer Register.

“Problem dotyczy około 30 proc. wszystkich inwestycji – to moje subiektywne odczucie, bo nie mamy żadnych danych na ten temat” – mówi nieoficjalnie urzędnik Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska.

Poza kontrolą

W raporcie z kontroli NIK przeprowadzonej w 2014 roku, inspektorzy stawiają sprawę jasno: “Organy administracji rządowej nie zapewniły właściwego nadzoru nad funkcjonowaniem ferm zwierząt.” Ten stan utrzymuje się przynajmniej od 2006 roku, czyli pierwszej kontroli NIK-u dotyczącej funkcjonowania ferm.

Problemy są nawet z ustaleniem nawet podstawowych spraw. “Współpraca pomiędzy Inspekcją Weterynaryjną i Inspekcją Ochrony Środowiska była nieefektywna – występowały istotne różnice w liczbie ferm wielkoprzemysłowych nadzorowanych przez te inspekcje” – pisał w 2014 roku NIK.

Teoretycznie każde, coroczne sprawozdanie hodowcy o emisji zanieczyszczeń powinno być zweryfikowane przez urzędników Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska – tak wynika z ustawy prawo ochrony środowiska. Jak to wygląda w praktyce? “Moce przerobowe są jakie są” – mówią nieoficjalnie urzędnicy. Dla przykładu: w 2016 roku WIOŚ w Warszawie skontrolował 52 ze 157 ferm posiadających pozwolenie zintegrowane.

Doskonale zdają sobie z tego sprawę mieszkańcy i lokalni działacze, walczący z wielkopowierzchniowymi hodowlami. Robert Maciej Jankowski ze stowarzyszenia “Czyste Źródła” tłumaczy: “Zgodnie z założeniami pozwolenia zintegrowanego, hodowcy powinni mieć plany nawożenia i w jasny sposób określić jak utylizują odpady. W wielu przypadkach to jest fikcja. Tak wielka ilość odchodów prowadzi do częstych nadużyć przy ich zagospodarowaniu, takich jak wylewanie nieczystości na łąki, zbytnie przenawożenie areałów, składowanie odchodów bez płyt obornikowych. Nie raz zdarza się, że

właściciel fermy nie jest mieszkańcem danej gminy, z tytułu podatku rolnego odprowadza niewielkie kwoty, a podatek dochodowy płaci gdzieś indziej. Naszym zdaniem inwestorzy bogacą się kosztem lokalnych mieszkańców, których nieruchomości tracą na wartości”.

Radosław Baliński, radny gminy Wiśniewo, gdzie powstały fermy Koźlakiewiczów, żali się: “7 lat temu kupiłem działkę na terenie gminy Wiśniewo za 40 tysięcy złotych. Rok temu chciałem ją sprzedać. Przez te kurniki pobudowane dookoła nikt nie chciał jej kupić. Dwa miesiące temu w końcu udało mi się sprzedać ziemię za niecałe 20 tysięcy złotych”.

Kontrolerzy NIK zwrócili uwagę również, na “wciąż nie uregulowaną prawnie sprawę uciążliwości zapachowej”. Brak ustawy antyodorowej jest najczęstszą przyczyną protestów mieszkańców miejscowości, w których wielkie kurniki już stoją lub inwestor jest o krok od rozpoczęcia budowy. Prawo nie zabrania budowania takich kurników nawet kilkadziesiąt metrów od domów.

Nie ma mocnych

Były PGR w Starych Kosinach to kilka bloków mieszkalnych, stary pałac, rząd garaży, boisko do gry w piłkę nożną i sklepik. Główny problem? Jak to bywa na wsi – sąsiad. Za miedzą jest kurza ferma na ponad 600 tysięcy kurczaków. Od ostatniego bloku mieszkalnego do ogrodzenia przedsiębiorstwa jest 60 metrów.

Sklep prowadzi radny Baliński. Jak się żyje w sąsiedztwie w bliskim sąsiedztwie kurzej fermy? “Jak pan jesteś ciekaw, to się pan tu wprowadź!” – odpowiada sfrustrowany samorządowiec. “W lecie nie otworzysz nawet okna. Smród wleci do domu i nie ma jak się go pozbyć. Najgorzej jest co 6-8 tygodni, podczas czyszczenia kurników. Siedzimy w domach i czekamy aż przestanie śmierdzieć.”

Mieszkańcom Starych Kosin pod samym nosem wyrosła kurza ferma. I niestety daje się to wyczuć. Fot. Patryk Szczepaniak

Mieszkańcy walczą z inwestorami – tworzą stowarzyszenia, wysyłają petycje do posłów, ściągają ogólnopolskie media. Wszystko jak krew w piach. “Nie ma mocnych na tych kurnikarzy” – mówią.

“Żeby coś się zmieniło musi być wola polityczna. Rozmawialiśmy ze wszystkimi opcjami politycznymi. Byliśmy nawet u ministra Henryka Kowalczyka, byłego wójta z regionu. “Panie Ministrze, śmierdzi”, tak mu powiedzieliśmy. Odpowiedź taka jak zawsze, “Zajmiemy się tym” – mówi wójt Wiśniewa, Zbigniew Kleniewski.

Krótko po wygranych przez PiS wyborach starostwo powiatowe w Mławie odwiedziła Ewa Lech, wiceminister rolnictwa i rozwoju wsi. Podczas spotkania z mieszkańcami i lokalnymi władzami podkreśliła, że problemu kurników nie da się rozwiązać podczas jednego spotkania i w najbliższym czasie.

Kilka miesięcy później prezydent Andrzej Duda odwiedził pobliskie miasta Żuromin i Bieżuń. Podczas spotkań również poruszał temat kurników. “Ten problem jest już znany ministerstwom, bo posłowie go zgłosili. Bądźcie państwo przekonani, że jeżeli będzie trzeba zostaną także wprowadzone w tym zakresie regulacje ustawowe, po to aby budowa ferm, czy rozwój wielkich gospodarstw, gdzie realizowany jest de facto przemysłowy chów trzody chlewnej uwzględniał potrzeby lokalnych mieszkańców” – relacjonowal przemówienie prezydenta portal “NaszaMława.pl”

“Trudno. Śmierdzi to śmierdzi. Dzisiaj akurat jest w porządku i idziemy grać w piłkę. Zobaczymy, jak będzie jutro” – mówi na odchodne jeden z nastolatków mieszkających w Starych Kosinach.

Współpraca: Julia Alekseeva, Julia Dauksza

Infografiki: Julia Dauksza

Tekst powstał we współpracy z Fundacją Reporterów.


Współzałożyciel Koła Naukowego Dziennikarstwa Śledczego Uniwersytetu Warszawskiego oraz studenckiego bloga dziennikarskiego Wariograf.org. W 2016 r. nominowany do nagrody Grand Press w kategorii „News”. Laureat konkursu reporterskiego „Widoki” w kategorii reportaż społeczny i polityczny. Współpracuje z Fundacją Reporterów.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym