„Nasi wyborcy są zdecydowanie przeciwni rozmowom z Platformą Obywatelską. Nie ufają jej. Nie było negatywnych reakcji na pomysły koalicji z innymi ugrupowaniami na lewicy. Jesteśmy otwarci na rozmowy z ludźmi z postępowej strony”. Rozmowa z Krzysztofem Śmiszkiem, ekspertem Wiosny i wrocławską „jedynką” partii w wyborach do PE

W niedzielnych wyborach do Parlamentu Europejskiego na Komitet Wyborczy Wiosna Roberta Biedronia zagłosowało 826 975 osób, co stanowiło 6,06 proc. głosów. Do europarlamentu weszło trzech kandydatów Wiosny: Robert Biedroń, Sylwia Spurek i Łukasz Kohut.

O zakończonej kampanii, wyniku i przyszłości partii rozmawiamy z Krzysztofem Śmiszkiem, ekspertem prawnym Wiosny, „jedynką” na dolnośląskiej liście partii w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

Adam Leszczyński: „Wiosna” wygrała czy przegrała wybory do europarlamentu? Wy mówicie „wygraliśmy”. Wielu komentatorów jednak uważa, że 6 proc. głosów trudno nazwać wygraną. Liczyliście na dużo więcej.

Krzysztof Śmiszek: Nie obiecywaliśmy wyborcom, że zdobędziemy więcej głosów. Sondaże pokazywały, że dostaniemy 10-12 proc. Szczerze powiedziawszy, na tyle liczyliśmy. Z drugiej strony — po 3 miesiącach kampanii, prowadzonej przez partię, która wcześniej nie istniała, wprowadzenie trojga europarlamentarzystów i zdobycie ponad 6 proc. jest jednak sporym osiągnięciem. Oczywiście nie skaczemy z radości, bo mamy 50 proc. Wierzę, że to dobry początek na budowanie czegoś dalej. Będziemy poszukiwać odpowiedzi na to, jak pozyskać kolejnych wyborców, ale też skupimy się na tym, jak utrzymać tę bazę.

Podsumowując: uważam, że to sukces — partia, która nie istniała trzy miesiące temu, wbiła się na zabetonowany rynek polityczny. Nasz wynik utwierdza nas w słuszności wybranego kierunku.

Co zrobiliście dobrze, a co źle w kampanii? Wasza kampania zaczęła się dobrze, a potem jej dynamika słabła. Sondaże szły w dół.

Nie zgadzam się z tym, że kampania miała słabnącą dynamikę. W ogóle tego tak nie odbieraliśmy.

Na pewno dobrze adresowaliśmy przekaz do naszych wyborców. Nie daliśmy się wciągnąć w język PO — „tylko PiS jest zły”. Nie daliśmy się zagłaskać na śmierć przez liberalne, a właściwie obsługujące Platformę media. To jest dla mnie sukces. Gdybyśmy stali się Platformą, jak chcieli ci publicyści, mielibyśmy 2 proc. My wykuliśmy nasz własny język, który odpowiadał ponad 800 tys. Polek i Polaków.

Co się nie udało? Jest trochę za wcześnie, żeby o tym mówić. Mogę mówić o własnym doświadczeniu. W mojej kampanii zabrakło po prostu pieniędzy. Zrobiłem to, czego nie zrobiła PO w moim regionie, a co zrobił PiS — czyli odwiedzał miasta i miasteczka. Miałem 37 spotkań wyjazdowych w miastach i miasteczkach, takich jak Ząbkowice Śląskie, Paczków, Świdnica, Legnica, Nowa Ruda, Byczyna… Zdarłem dwie pary butów i przejechałem prawie 9000 km. Dla przykładu – dwa razy byłem w Złotoryi i dwa razy chodziłem tam w deszczu (pogoda na Dolnym Śląsku nie pomagała) ze swoimi gazetkami wyborczymi od sklepu do sklepu, od fryzjera do fryzjera, ściskałem ręce i rozmawiałem z ludźmi.

Tylko dlatego, że miałem mniej pieniędzy, nie mogłem sobie pozwolić na tyle tych wyjazdów, na ile mogła sobie pozwolić Platforma Obywatelska — która jednak tego wysiłku nie zrobiła. Ludzie do mnie podchodzili i mówili: „Jak to, pan jest kandydatem? Kandydaci sami roznoszą swoje ulotki? Bo tutaj nikt nigdy do nas nie przyjechał”. Złotoryja ma 15 tys. mieszkańców i ja w takich miasteczkach byłem obecny, rozmawiając z ludźmi. W takich miastach i miasteczkach zdobyłem często wyższe wyniki, niż cała Wiosna w Polsce.

Miałem też doskonały sztab pracujący niezwykle ciężko. Nie mamy jednak wagonów pieniędzy, jak PO czy PiS. Przed kolejną kampanią trzeba ich zebrać więcej.

Czy poza przekazem antykościelnym coś do waszych wyborców docierało? Mam wrażenie, że głównie to było słyszalne.

Nie sądzę — a naprawdę dwa miesiące stałem na ulicy, straciłem trochę zdrowie oraz siedem kilo, bo tyle schudłem (śmiech). Odbywałem kilkadziesiąt rozmów dziennie z ludźmi.

Antyklerykalny język się podobał, ale mówiło o tym niewielu wyborców. Poruszały ich sprawy socjalne. Pamiętali z naszego programu emeryturę minimalną w wysokości 1600 zł. Pytali, jak by to miało wyglądać w szczegółach. Pytali nas też o kopalnie — które są ważne w moim regionie i o szczegóły tego pomysłu.

Nikt nie pytał o LGBT, żadne psy Joanny Scheuring-Wielgus. Żadne oskarżenia o rzekomy mobbing w „Wiośnie” nie przebijały się do elektoratu.

Kojarzono nas z tym, że jesteśmy młodzi i świeży. „Mamy dość dziadów, z jednej i z drugiej strony” słyszałem. To jest cytat. To nie są moje słowa, bo nie jestem ejdżystą.

Podchodziły do mnie często starsze panie i młode kobiety. Starsze panie pytały, czy obiecamy 14. emeryturę.

Obiecajcie, dlaczego nie?

Moim zdaniem trzeba być jeszcze bardziej odważnym w głoszeniu socjalnych propozycji, zdroworozsądkowych, ale odważnych. Młodzi zaś mówili, że mają już dosyć tych, którzy rządzą i którzy rządzili wcześniej.

W każdym razie sprawy światopoglądowe nie interesowały prawie nikogo z tysięcy ludzi — dosłownie — z którymi rozmawiałem twarzą w twarz.

Miałem może trzy, może cztery bardzo niemiłe reakcje — „spierdalaj, pedale” — wraz z jedną próbą pobicia. To jednak margines marginesu. Ludzie wiedzieli też, że jesteśmy po demokratycznej stronie.

Skandale w mediach wam nie zaszkodziły? Joanna Scheuring-Wielgus nie potrafiła wybrnąć z pozornie niewielkiego kryzysu — zarzutu, że oddała dwa psy do schroniska — i pogrążała się, mówiąc rzeczy, z których jedna była mniej mądra od drugiej.

To dla nas lekcja… Szybko nauczyliśmy się tego, że partia to nie rozdyskutowana organizacja pozarządowa albo kolektyw indywidualności. Mieliśmy np. bardzo jednolity przekaz i to było świetne.

Równocześnie jednak byliśmy najbardziej atakowaną partią ze wszystkich. Ani PO, ani PiS nie był tak mocno uderzany medialnie jak „Wiosna”. Mieliśmy pewne medialne wsparcie, ale to my mieliśmy najwięcej rozdmuchiwanych pseudoskandali. Sprawa JSW mogła być szybko ucięta, ale media nam na to nie pozwoliły. Ale to dla nas po prostu kolejna lekcja. A głównie dla kandydatów i kandydatek.

Wchodzicie między dwóch bardzo silnych graczy. Nie będzie wam trudniej uzyskać nawet te 6 proc. w najbliższych wyborach?

Wbiliśmy się nie tylko pomiędzy dwa wielkie bloki, ale też pomiędzy wielkie grupy interesów medialnych i politycznych. Te ataki medialne na nas są prowadzone nie tylko dlatego, że jedne media bronią demokracji, a inne — PiS. Naruszyliśmy po prostu wielkie interesy finansowe.

Przeszliśmy jednak taką szkołę medialnej tresury, gigantyczne stresy związane z opanowywaniem paru kryzysów, które mogły być bardzo trudne i daliśmy radę. Bo mówiliśmy szczerze i mówiliśmy jak jest. Wydaje nam się, że mamy sposób na szczerą rozmowę z ludźmi w takich sytuacjach. Ludzie to czują, bo przecież nic nie razi tak, jak hipokryzja.

Oczywiście przed nami wielkie wyzwanie. To są jeszcze bardziej kluczowe wybory. Mam poczucie, że te 850 tys. ludzi zostało przy nas, mimo ciężkich ataków i niewielkich środków na kampanię. Przebiliśmy się.

Teraz ludzie gratulują nam i się cieszą. Nie sądzę, aby sądzili, że zmarnowali głos. Mamy bardzo dobre reakcje i w internecie i na ulicach. Doświadczam tego od 3 dni po wyborach.

Zamierzacie jakoś zmienić przekaz przed nowymi wyborami?

Jest za wcześnie o tym mówić. Na razie wszyscy trochę odpoczywamy. Jesteśmy w trakcie analizowania, kto na nas głosował, jaki typ wyborcy i wyborczyni, w jakich częściach Polski. Zbieramy nasze doświadczenia z kampanii. Rozmawiamy z działaczami.

Kwestia świeckiego państwa działała i o nim na pewno będziemy mówić. Zastanowimy się, jak podnieść frekwencję. Ja np. miałem 4 „wiosenny” wynik w Polsce (ponad 46 tysięcy głosów, a cała lista dolnośląsko-opolska prawie 90 tysięcy), ale pociągnęła mnie w dół Opolszczyzna, która co prawda dobrze głosowała na „Wiosnę”, ale nie poszła gremialnie na wybory.

Trzeba siebie zapytać: „co my, strona demokratyczna, zrobiliśmy, żeby nasi wyborcy poszli do urn?”. Na pewno będziemy rozmawiać o kampanii profrekwencyjnej.

Kwestie koalicyjne: nie pójdziecie z Koalicją Obywatelską. To dotyczy Senatu również?

Propozycja jednej listy do Senatu jest bardzo ciekawa i jesteśmy gotowi na rozmowy.

Do Sejmu idziemy osobno — natomiast zapraszamy wszystkich progresywnych, socjaldemokratycznych polityków i polityczki do nas. Zapraszamy, żeby do nas dołączyć.

Mam nadzieję, że teraz nawet ci, którzy zapędzali nas do zjednoczenia z Koalicją Obywatelską widzą, że wspólnie z „Wiosną” też nie miałaby 48 proc., żeby przebić PiS.

W praktyce poza tym „Wiosna” plus koalicja — 38 proc. KO plus 6 proc. „W” — dałoby, jak sądzę, po połączeniu góra 39 proc. Elektoraty się nie sumują.

Wiele osób, naprawdę bardzo wiele, mówiło mi „nigdy nie zagłosuję na koalicję. Najwyżej zostanę w domu”. Trzeba się z tym faktem pogodzić. Ci wszyscy publicyści i politycy, którzy nie wychodzą ze swoich baniek, niech wyjdą na ulicę i usłyszą: jest milion osób w Polsce, które nie zagłosuje na PiS i nie zagłosuje na Koalicję Obywatelską.

To dotyczy też koalicji lewicowej? SLD, „Razem”, Zieloni i wy?

Nie. Nasi wyborcy są zdecydowanie przeciwni rozmowom z Platformą Obywatelską. Nie ufają jej. Nie było negatywnych reakcji na pomysły koalicji z innymi ugrupowaniami na lewicy. Jesteśmy otwarci na rozmowy z ludźmi z postępowej strony.


Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press