Obserwatorzy uznali, że nie po to pan prezydent życzy sobie powtórki wyborów, żeby wynik był ten sam – i spisali demokrację turecką na straty. Propaganda "ujawniła", że kandydat opozycji jest Grekiem, bezbożnikiem i zdrajcą, ale ten zamiast dowodzić, że nie jest wielbłądem, demaskował korupcję władz i dał nadzieję na lepszy Stambuł. Będzie dobrze - powtarzał

„Perspektywy liberalizacji stawiają prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana w sytuacji wspólnej wszystkim dyktatorom: jeśli dać trochę swobody, to zamiast wdzięczności usłyszy się żądania większej wolności. Jeśli ich się nie spełni, to się wyjdzie i tak na dyktatora. A jeśli dać większą wolność, to można utracić władzę” –  Konstanty Gebert* analizuje w OKO.press zaskakującą porażkę prezydenta Turcji w powtórzonych 23 czerwca wyborach w Stambule i jej konsekwencje dla jego autorytarnej władzy. Oto ta opowieść:

„To koniec demokratycznego przekazywania władzy poprzez wybory” – uznała sprawozdawca UE ds. Turcji Kati Piri, gdy w maju 2019, na wniosek rządzącej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) Erdoğana, Państwowa Komisja Wyborcza zarządziła powtórzenie wyborów na prezydenta Stambułu. Większość obserwatorów uznało podobnie jak Kati Piri, że

nie po to pan prezydent życzy sobie powtórki wyborów, żeby wynik był ten sam – i spisało demokrację turecką na straty.

Marzec 2019. Sprawiedliwość i Rozwój przegrało w Stambule

W wyborach samorządowych 31 marca AKP przegrała wszystkie wielkie miasta, ze stołeczną Ankarą włącznie, lecz nigdzie klęska nie była tak dotkliwa, jak w Stambule.

Tymczasem Stambuł stanowi matecznik polityczny pana prezydenta. To stąd, ze stanowiska burmistrza jednej z dzielnic, ruszył po władzę, to tam AKP rządzi nieprzerwanie od dwóch dekad .

Stambuł to przede wszystkim jedna czwarta tureckiego PKB, a z ratusza płynął do powiązanych z panem prezydentem fundacji hojny strumień subwencji.

Tylko w ubiegłym roku miasto udzieliło dotacji w wysokości 13 mln dolarów Fundacji Młodzieży Tureckiej oraz 2 mln dolarów Fundacji Łucznictwa; młodszy syn prezydenta jest we władzach pierwszej i promuje drugą.

Fundacja Usług Edukacyjnych (córka prezydenta we władzach) dostała 9 mln, a Fundacja Technologii (zięć) – 7 mln.

Jeśli zwycięski kandydat opozycyjnej CHP Ekrem Imamoğlu, objąłby urząd, to nie tylko ten strumień by przeciął, ale i ujawnił dotychczasowe wypłaty. Tego mit władcy czystego jak łza mógłby już nie przeżyć.

A tak niewiele brakowało: przewaga Imamoğlu 31 marca wyniosła zaledwie 13 tysięcy głosów, ułamek procenta oddanych.

Maj 2019. Wynik niesłuszny, wybory trzeba powtórzyć

W tej sytuacji AKP oskarżyła opozycję o sfałszowanie wyborów; byłby to pierwszy w historii taki przypadek. Komisja Wyborcza, co powinno było dać panu prezydentowi do myślenia, zarzut ten jednak odrzuciła. Przyjęła natomiast następny: że w okręgowych komisjach wyborczych zasiadało też kilkaset osób które, wbrew wymogom ordynacji, nie były urzędnikami państwowymi. Tyle tylko, że jeśli istotnie był to czynnik uniemożliwiający prawidłowe przeprowadzenie wyborów, to należałoby unieważnić też wybory burmistrzów i rad dzielnicowych; tego jednak AKP czynić nie zamierzała, bo wygrała większość z nich.

Mało tego – należałoby też unieważnić wyniki wyborów prezydenckich i parlamentarnych w Stambule, bo przeprowadzały je te same składy okręgowych komisji wyborczych. Nie tylko w Stambule zresztą: podobne i większe nieprawidłowości miały miejsce podczas wyborów w całym kraju, z głosowaniem nieostemplowanymi kartami włącznie.

Komisja Wyborcza nie zamierzała jednak wywracać całego reżimu do góry nogami, a jedynie podporządkować się woli pana prezydenta w kwestii niesłusznego wyniku w Stambule.

Ale i tu podporządkowanie było niepełne: nie dosyć, że nie uznała rzekomego fałszerstwa, to nawet nie odwołała nieprawidłowo urzędujących członków komisji. To zaś oznaczało, że nie uważała, by ich obecność cokolwiek w wyniku zmieniła.

Słowem, komisja gotowa była spełnić zachciankę Erdoğana, bo to w końcu pan prezydent. Nie podzielała jednak jej przesłanek – a tym samym nie brała odpowiedzialności za wynik. A to o wynik przecież chodziło.

Większość obserwatorów uznało jednak, podobnie jak Kati Piri, że nie po to pan prezydent życzy sobie powtórki wyborów, żeby wynik był ten sam – i spisało demokrację turecką na straty. Zresztą kalkulacja Erdoğana nie musiała być mylna: różnicę 13 tysięcy głosów łatwo przecież można nadrobić, zwłaszcza gdy się ma w ręku wszystkie media.

Kandydat opozycji pod lawiną oskarżeń

Na Imamoğlu posypała się natychmiast lawina oskarżeń. Że jest Grekiem z pochodzenia i to ukrywa. Że ma tajne konszachty z Fetullahem Gülenem, żyjącym na emigracji w USA duchownym, znienawidzonym przez prezydenta, oskarżonym – bez jednoznacznych dowodów – o sprawstwo nieudanego zamachu stanu z 2016 roku. Że popiera PKK – terrorystyczną partyzantkę kurdyjską. Że jest bezbożnikiem, który sprowadzi na Stambuł ruję i poróbstwo.

Wdanie się w polemikę z tymi zarzutami zmusiłoby kandydata opozycji do nieustannej defensywy, udowadniania, że nie jest wielbłądem. On tymczasem skupiał się na korupcji swoich poprzedników, na konieczności wyciągnięcia miasta z długów i na budowaniu jedności stambulczyków. Na kolejne fale hejtu odpowiadał z uśmiechem hasłem, które mu na twitterze podrzuciła jedna ze zwolenniczek:

„Her şey çok güzel olacak” – wszystko będzie bardzo dobrze. I wychodziło na to, że to AKP jątrzy i dzieli, on zaś łączy i daje nadzieję.

Pozostaje faktem, że przeciwnicy ułatwiali mu zadanie. Gdy podczas 18 dni urzędowania jako burmistrz – od ogłoszenia wyniku wyborów po decyzję Komisji wyborczej o ich powtórce – udzielał wywiadu na żywo prywatnej, lecz posłusznej prezydentowi telewizji CNN-Türk, oświadczył w pewnym momencie, że kolejne dowody korupcji AKP ma przed sobą na biurku.

Operator najechał kamerą na leżące na biurku papiery – i wywiad został nagle przerwany, po czym przeprowadzającą go ekipę zwolniono, za „brak profesjonalizmu”.

Sekwencja ta żyła własnym życiem na internecie, i przekazywali ją sobie nie tylko zwolennicy CHP, Republikańskiej Partii Ludowej, ale także wyborcy AKP, coraz bardziej zaniepokojeni tym, że ich partia nie ma na takie zarzuty odpowiedzi.

Prezydencka „błyskawica”, czyli zmęczony starszy pan

Nie pomagało AKP też i to, że jej kandydat, były premier Binali Yildirim, był zmęczonym starszym panem, który miał trudności z formułowaniem myśli, o wysuwaniu nowatorskich pomysłów nie wspominając.

Jego obietnice: bezpłatny internet dla wszystkich! Bezpłatne parkowanie dla wszystkich! – zbyt zatrącały kiełbasą wyborczą, do tego wyraźnie drugiej świeżości, by przekonać nawet zwolenników.

Przeszkadzało mu nawet nazwisko: yildirim to po turecku „błyskawica”, a błyskawicą kandydat AKP wyraźnie nie był. Głos na niego był po prostu kolejnym głosem zaufania do pana prezydenta, który wie, co robi. I nawet może by nieszczęsny „błyskawica” te głosy uzbierał, gdyby nie fakt, że pan prezydent był uznał, że stambulczycy wcześniej zagłosowali niesłusznie. No i gdyby inflacja nie wynosiła 20 procent, a bezrobocie 14 procent.

Nazwisko działało na korzyść kandydata opozycji: „Imamoğlu” znaczy „syn imama”. Wbrew internetowemu hejtowi, kandydat CHP nie był ani Grekiem, ani bezbożnikiem, ani nawet członkiem tej lewicującej partii. Partia po prostu udzieliła poparcia młodemu burmistrzowi stambulskiego przedmieścia Beylikdüzü, synowi rodziny prawicowych nacjonalistów z czarnomorskiego Trabzonu, bez wysiłku łączącemu osobistą pobożność z nowoczesnością i otwarciem na różnorodność.

Dużo bardziej niż lewicowe i świeckie wartości popierającej go CHP, Imamoğlu uosabiał to, do czego dążyła AKP na początku swej władzy, zanim Erdoğan stał się skorumpowanym autokratą, a instytucje państwa wydmuszką służącą jego woli. Zanim po nieudanym zamachu 130 tysięcy ludzi straciło pracę, a 40 tysięcy uwięziono.

Słowem, CHP zaprezentowała się w tych wyborach nie jako alternatywa programowa dla AKP, lecz jako lepsza wersja jej samej.

W Ankarze wysunęła na prezydenta wieloletniego działacza nacjonalistycznej i fundamentalistycznej MHP, Partii Narodowego Działania; to tak, jakby Platforma Obywatelska na prezydenta Warszawy poparła, powiedzmy, Marka Jakubika.

Ale nie tylko w Turcji opozycja wobec rządzących populistów usiłuje przejąć ich dawny program i image. W Izraelu opozycyjny wobec Likudu sojusz Biało-Niebieskich głosi, że jest lepszym Likudem, bo bez oszusta Netanyahu. Pozostaje zobaczyć, na ile skuteczna wyborczo jest to strategia (w Izraelu dała opozycji remis, w wyborach w Stambule – zwycięstwo) i czy rzeczywiście „lepsi populiści” okażą się lepsi dla państwa.

Władza kombinuje, ale nic jej nie wychodzi

A w Stambule „gorszym populistom” się nie wiodło. Nie udało im się namówić islamistów z malutkiej Saadet Partisi do wycofania swojego kandydata – i sto tysięcy ich głosów nie wzmocniło wyniku Yildirima.

Udało się im natomiast namówić odsiadującego wyrok dożywocia za terroryzm szefa PKK, Abdullaha Öçalana do wystosowania apelu do stambulskich Kurdów – 18 proc. elektoratu! – by w wyborach zachowali neutralność. Gdyby Kurdowie go posłuchali, Yildrim miałby zwycięstwo w kieszeni.

Ale dla Kurdów autorytetem jest nie uwięziony dwadzieścia lat temu terrorysta, lecz siedzący dopiero drugi rok Selahattin Demirtaş, przywódca lewicowej kurdyjskiej partii DHP – on zaś jednoznacznie poparł Imamoğlu.

Dlatego nie zrobiło też na nich wrażenia,że Yildirim udał się do Diyarbakiru [zamieszkałe przez mniejszość kurdyjską miasto i prowincja Turcji o tej samej nazwie], powiedział kilka słów po kurdyjsku, a nawet użył zakazanego słowa „Kurdistan”. Jak na byłego premiera i czołową postać AKP, był to gest sensacyjny – ale postaw Kurdów nie mógł zmienić. Nie zapomnieli oni Erdoğanowi ani zerwania rozmów pokojowych z PKK, ani porzucenia na pastwę losu broniących się w przygranicznym Kobani syryjskich Kurdów, ani setek ofiar represji, ani 107 kurdyjskich burmistrzów, z których tylko trzech nie skończyło w więzieniu.

Gest Yildirima rozwścieczył natomiast sojuszniczą MHP, dla której sojusz z islamistami z AKP był mniejszym złem w obliczu wyborczych sukcesów znienawidzonej kurdyjskiej DHP.

Nacjonaliści są bojowo świeccy i mają partii Erdoğana za złe jej religijne nastawienie, ale sojusz zawarli, gdy prezydent zerwał z dialogiem z Kurdami. Teraz będzie musiał się przed sojusznikiem tłumaczyć, że z okazji stambulskich wyborów nie powrócił do tych błędnych pomysłów. Nowa konstytucja skutecznie ograniczyła wprawdzie rolę parlamentu, więc głosy posłów MHP nie są Erdoğanowi potrzebne, a następne wybory dopiero za cztery lata. Ale to kadry związane z MHP zastąpiły w znacznym stopniu te dziesiątki tysięcy ludzi zwolnionych za rzeczywiste lub domniemane związki z Gülenem – od generałów i sędziów po policjantów i nauczycieli.

Bez MHP da się rządzić, lecz bez jej ludzi już nie. Erdoğan będzie musiał za przymilanie się do Kurdów słono zapłacić.

A Imamoğlu nie. To DHP zabiegało o niego, nie odwrotnie, w imię wspólnego interesu odsunięcia AKP od władzy. Zaś swą nacjonalistyczną wiarygodność potwierdził odwiedzając rodzinny Trabzon, matecznik tureckich narodowców.

Ta wizyta, podobnie jak odwiedziny Yildirima w Diyarbakirze, potwierdziła zresztą, że stambulskie wybory miały wymiar ogólnonarodowy. Po pierwsze dlatego, że były pierwszą od lat udaną konfrontacją z AKP-owską maszynką do wygrywania wyborów. Po drugie zaś, że

w młodym, telegenicznym, koncyliacyjnym i popularnym Imamoğlu opozycja znalazła wreszcie być może kandydata, który mógłby rzucić wyzwanie Erdoğanowi w następnych wyborach prezydenckich.

Przywódca CHP, Kemal Kiliçdaroğlu, ma zbyt wiele porażek na koncie, a jego kurdyjskie pochodzenie też jest przeszkodą.

23 czerwca. Nie miał prawa wygrać wyborów, a wygrał miażdżąco

Najpierw jednak Imamoğlu musiał ponownie wygrać wybory, a to wydawało się nie do osiągnięcia, ze względu na sprzeciw pana prezydenta. I gdyby jedynie powtórzył poprzedni wynik, to zapewne cud nad urną dałby zwycięstwo Yildirimowi – 13 tysięcy w tę, 13 w tamtą, to jeszcze nie powód do rewolucji. Ale tym razem zwycięstwo opozycji było miażdżące: przewaga Imamoğlu wynosiła dziesiątki, potem setki tysięcy głosów; wygrał z 10 pkt przewagą. Wygrał nawet w tradycyjnych muzułmańskich dzielnicach jak Fetih, Eyüp, Üskudar. Nie było już jak ukryć klęski i Yildirim pogratulował zwycięzcy, zanim jeszcze wszystkie głosy zostały policzone.

Kandydat pana prezydenta przegrał, bo uosabiał wszystkie grzechy reżimu swojej partii: autokratyzm, arogancję i korupcję.

Majątek jego rodziny, częściowo ukryty w rajach podatkowych, szacowany jest na 140 mln Euro, on sam zaś dokonywał transakcji na preferencyjnych warunkach, co mogło być związane z jego funkcjami państwowymi. Zapytany kiedyś, jak to się stało, że kupił prom za ćwierć miliona dolarów, czyli grubo poniżej wartości, odpowiedział zdziwiony: „Ale przecież to nie są duże pieniądze!”.

Imamoğlu zaś wygrał, bo udało mu się przekonać wyborców, że jest Yildirima dokładnym przeciwieństwem, oraz – co miało zasadnicze znaczenie – że ich masowy udział w wyborach przezwycięży wszelkie rządowe machinacje. Uwierzyli – i tak się stało.

Wszystko zależy teraz od wniosków, jakie wyciągnie pan prezydent ze swego błędu. Gdyby zaakceptował był od razu wynik wyborów, Imamoğlu byłby problemem, ale nie zagrożeniem. Jego zwycięstwo o włos, nie dałoby mu statusu Dawida, który pokonał Goliata, AKP-owskie większości w radach dzielnicowych skutecznie uprzykrzyłyby mu życie, a rząd zawsze mógłby obciąć miastu kredyty, jak właśnie zrobił wobec równie niepokornej Ankary.

Erdoğan zagrożony, nawet partia mu trzeszczy

Po czterech latach użerania się z rzeczywistością Imamoğlu byłby zapewne jedynie kolejnym opozycyjnym politykiem, któremu nie udało się tej rzeczywistości zmienić. Nie jest pewne, czy obroniłby stołek prezydenta Stambułu; wątpliwe, by poważyłby się sięgnąć po stołek prezydencki. Erdoğan nadal, rzecz jasna, może pójść na wojnę na wyniszczenie, i być może nawet ją wygrać.

Ale każde zwycięstwo nad Imamoğlu zwiększy jedynie jego status męczennika. A wyborcy lubią, żeby się poświęcać za nich.

Ale pan prezydent nie ma już wygodnej sytuacji z 31 marca, kiedy to stał na czele i zjednoczonego obozu politycznego i państwa. Wielu wyborców AKP poparło Imamoğlu, a sojusznicza MHP może nie pogodzić się, z nieudanym zresztą, otwarciem na Kurdów.

Nowy prezydent Stambułu ujawniać będzie korupcyjne skandale, które i oburzą kolejnych wyborców partii rządzącej, i każą innym beneficjentom mętnych sprawek zwątpić w to, że państwo będzie ich kryć. Terror po próbie zamachu zastraszył społeczeństwo, ale nie jest jasne, czy będzie kim ponowić zastraszanie, w kilka lat po fakcie i bez nowego pretekstu.

Sądy już zaczęły poczynać sobie śmielej: w kilku naciąganych procesach politycznych, toczonych już po ponownym zwycięstwie Imamoğlu, nieoczekiwanie zaczęto oskarżonych zwalniać z aresztu czy uwzględniać ich wnioski procesowe.

Ta nagła liberalizacja nie objęła jednak biznesmena i filantropa Osmana Kavali, którego proces o „terroryzm” się właśnie rozpoczął.

Pan prezydent nazwał go „tureckim Sorosem” – a to brzmi jak wyrok.

Co więcej, sama AKP trzeszczy. Jej współzałożyciel, były prezydent Abdullah Gül, od dawna dystansuje się od Erdoğana i wspomina o możliwości założenia własnej partii; podobne głosy dobiegają od byłego szefa MSZ i premiera Ahmeta Davutoğlu i cenionego na Zachodzie byłego ministra finansów Alego Babaçana. Do tej pory powstrzymywała ich partyjna lojalność i lęk przed odwetem prezydenta. Ale

ponowne wybory w Stambule jasno pokazały, że Erdoğan szkodzi własnej partii. Zerwanie z nim może być, w oczach jego krytyków, jedynym sposobem na jej uratowanie.

Śmiertelne ryzyko liberalizacji

Jeśli w obliczu tych trudności Erdoğan zdecyduje się na zmianę kursu, będzie mógł wybierać wśród licznych możliwości. Zwolnienie części z 40 tysięcy więźniów czy przywrócenie do pracy niektórych ze 130 tysięcy zwolnionych zyskałoby na pewno społeczne poparcie – rzecz w tym jednak, że zarazem przypomniałoby, kto jest winien krzywdy i prześladowań, i tych poniewczasie naprawionych, i tych, które trwają nadal.

Podobnie wznowienie dialogu z Kurdami z całą pewnością wzbudziłoby furię MHP na długo, zanim zdołałoby wzbudzić zaufanie kurdyjskich wyborców, o PKK nie wspominając.

Perspektywy wewnętrznej liberalizacji stawiają Erdoğana w sytuacji wspólnej wszystkim dyktatorom: jeśli dać trochę swobody, to zamiast wdzięczności usłyszy się żądania większej wolności. Jeśli ich się nie spełni, to się wyjdzie i tak na dyktatora. A jeśli dać większą wolność, to można utracić władzę

Pan prezydent może zwrócić się w stronę liberalizacji na arenie międzynarodowej. Zbliżenie z UE nie jest jednak możliwe bez wewnętrznych reform, zbliżenie zaś z USA wymaga ryzykownych gestów, jak na przykład rezygnacji z zakupu rosyjskich S400, czy kompromisu z syryjskimi Kurdami. Byłyby to posunięcia politycznie kosztowne, a ich długofalowy zysk, wziąwszy pod uwagę nieprzewidywalność amerykańskiej polityki, pozostawałby niepewny. Za to kontynuacja obecnego zbliżenia z Rosją może przynieść szybkie profity, w Syrii czy na Cyprze, którymi można będzie, na czas jakiś zatkać usta krajowym krytykom.

Turecka demokracja obroniła się w stambulskich wyborach. Ale to nie powód, by pan prezydent też zaczął jej bronić.

*Konstanty Gebert, w latach 70. współpracownik KOR, w latach 80. publicysta (ps. Dawid Warszawski) podziemnej „Solidarności” i redaktor dwutygodnika „KOS”, sprawozdawca rozmów Okrągłego Stołu 1989 roku (książka „Mebel”), wspierał Tadeusza Mazowieckiego jako specjalnego wysłannika ONZ do Bośni (1992-1993; książka „Obrona poczty sarajewskiej”), założyciel i pierwszy dyrektor warszawskiego biura think tanku ECFR (European Council on Foreign Relations), jeden z animatorów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce (założyciel pisma „Midrasz”, 1997).


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym