Marek Mentrak, 69 lat: "Bardzo się wstydziłem tego słowa. BEZDOMNOŚĆ". Jąkałem się, gdy musiałem w urzędzie wypowiedzieć to słowo. Teraz? Teraz już nie".
Henryk Jach, 58 lat: "Moją drugą żoną był alkohol".
Druga część reportażu A. Ambroziak i Agaty Kubis, który zmieni twoje myślenie o ludziach bezdomnych.

Do podwarszawskiego pensjonatu św. Łazarz wracamy tuż przed porą posiłku. Pierwsza myśl? Tłok. Niemal na każdym korytarzu trzypiętrowego, dużego budynku spotykamy jego mieszkańców. 28 lutego, w dniu naszego 14-godzinnego patrolu, w ośrodku były 103 osoby – o 23 więcej niż miejsc.

Adriana Porowska, dyrektorka Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej: „W zeszłym roku mieliśmy raz 138 osób. Przyjechali z miasta na kontrolę. Mówię: no przecież możecie ich zabrać. Ja ich nie trzymam siłą. Oni w kłopocie, bo co mają zrobić? Nasi podopieczni nie chcą iść gdzie indziej. Wczoraj Pan Jurek, którego zabrałyśmy nocnym patrolem z Dworca Zachodniego opowiadał, że on w życiu by nie poszedł na Skaryszewską. Dlaczego? Bo wszy. On już woli na ławce w parku spać”.

Nie ma się co dziwić – mówimy z Agatą Kubis, fotografką OKO.press. 

„Osoby bezdomne to ludzie tacy jak my. Nie jakiś podgatunek pozbawiony wyobraźni i emocji. Ale wiadomo, atmosferę w schronisku tworzą ludzie – jak ma się kilkadziesiąt osób ponad limit, to robi się nerwowo”. 

Na zdjęciu: dyrektorka Ada Porowska w pensjonacie św. Łazarz, fot. Agata Kubis
Na zdjęciu: wnętrze ośrodka – jeden z korytarzy, fot. Agata Kubis

Przed wspólnym posiłkiem, do którego zaprosiła nas Ada, mamy czas, by porozmawiać z mieszkańcami ośrodka.


28 lutego 2018 – podczas największych mrozów – przez 12 godzin towarzyszyliśmy pracownikom Kamiliańskiej Misji Pomocy Społecznej i osobom bezdomnym z podwarszawskiego Ursusa. Po dziennym patrolu, o którym pisaliśmy tutaj, przyjechaliśmy do pensjonatu socjalnego „Św. Łazarz”, który co roku jest schronieniem dla ponad 400 mężczyzn w kryzysie bezdomności.


„Stanąłem za bramą więzienia i poszedłem donikąd”

Henryk Jach, 58 lat, w pensjonacie rok, bezdomny 24 lata. „Zaczęło się jak wyszedłem z zakładu karnego po 10 latach. Stanąłem za bramą więzienia i poszedłem donikąd. Żona mnie wymeldowała, rodzice nie żyli, nie miałem mieszkania – nic.

Zaczęła się ulica – piwnice, klatki schodowe, dworce, parki, ławki, kartony w krzakach. Taki samotny biały żagiel.

Po tym wszystkim, co mi się w życiu przydarzyło szukałem samotności. Próbowałem się ratować , ale piłem. Dużo piłem. Nigdzie nie mogłem się utrzymać.

Moją drugą żoną był alkohol.

Od dwóch lat już nie piję. Jestem po dwóch zawałach, po ciężkiej operacji. Jakbym został na ulicy, to bym już nie żył”.

Na zdjęciu: Pan Henryk Jach, fot. Agata Kubis

Jan Sereda, 70 lat, od tygodnia w pensjonacie, bezdomny od półtora tygodnia: „20 lat mieszkałem w Otwocku z partnerką bez ślubu. Ale kłóciłem się z jej synem. Raz aż zadzwonił na policję. Powiedział

im, że jestem bez meldunku i nie mam prawa tu przebywać. Żal mi się partnerki zrobiło. Pomyślałem: zawsze matka pójdzie za synem. I w tych nerwach wyszedłem i znalazłem się na ulicy.

Dwa dni na Centralnym byłem. Potem na przejściu dla pieszych coś mnie w klatce ścisnęło, upadłem. Straż mnie zawiozła na Solec do szpitala. Po badaniach dali mi kartę chorobową i przywieźli tu. I tak zostałem. Co teraz? Nie wiem. 70 lat i, kurwa, na ulicy?!”.

Na zdjęciu: Pan Janek Sereda, fot. Agata Kubis

Posiłek i modlitwa

Jadalnia jest połączona z kuchnią. Tam z Adą i panem Rysiem, który przyszedł tylko na zupę (na zdjęciu niżej), czekamy na resztę domowników. Ada i Rysiu rozmawiają o pracy i mieszkaniu w schronisku. W międzyczasie dołącza młody, zziębnięty chłopak. Jest po kilku dniach picia. Z trudem unosi łyżkę zupy do ust.

Ada go uspokaja. Mówi, żeby zjadł. Potem weźmie prysznic, przebierze się i zrobią detoks.

Powoli schodzą się kolejni mężczyźni. Ustawiają się pod ścianą. Dłuższą chwilę trwają jakby w zawieszeniu, nie rozumiemy, co się dzieje . Okazuje się, że czekamy na modlitwę, która poprzedza każdy wspólny posiłek.

Na zdjęciu: Pan Rysiu, fot. Agata Kubis
Na zdjęciu: jadalnia, fot. Agata Kubis
Na zdjęciu: kuchnia, fot. Agata Kubis

„Budynek wyglądał jak z horroru”

Marek Mentrak, 69 lat. Po 20 latach bezdomności czeka na klucze do mieszkania komunalnego. Miał je dostać w okolicach świąt wielkanocnych. W pensjonacie mieszka od samego początku. Brał udział w remoncie.

Marek: „Po stracie rodziny wpadłem w depresję. Potem zostałem oszukany na zamianie mieszkania. To był 1998 rok. Jak skończyły się pieniądze, trafiłem na Dworzec Centralny. Tam zauważył mnie  śp. o. Bogusław Paleczny, przy okazji słynnego strajku bezdomnych na Centralnym. Rozłożyliśmy się w holu głównym na materacach.

Zwracaliśmy uwagę, że bezdomność jest niezawiniona, że historie są przeróżne, że potrzebne są mieszkania.

Ojciec Paleczny zaproponował mi i jeszcze kilku osobom, żebyśmy się tu sprowadzili. To była już późna jesień. Zgodziłem się. Mój dobytek znajdował się w dwóch plastikowych torebkach. Pamiętam, jak przyjechaliśmy tutaj, do Ursusa. Wystraszyłem się, bo budynek wyglądał jak z jakiegoś horroru. Bez świateł, drewniane spróchniałe schody i parkiety, powybijane szyby, piece kaflowe, które zwalały się z trzeciego piętra prosto do piwnicy. Ruina. W piwnicy więcej niż po kolano wody, nie zapomnę, bo w gumowcach wchodziliśmy. A tam pływały Akta Solidarności”.

Dziś w zalanej wtedy piwnicy mieści się kawiarnia (na zdjęciach niżej).

Na zdjęciu: kawiarnia, fot. Agata Kubis
Na zdjęciu: kawiarnia, fot. Agata Kubis

Marek: „Po remontach i pracy z psychiatrą zacząłem pracę wolontaryjną przy szkunerze [statek, który stoi przy budynku pensjonatu, zbudowany rękami mieszkańców pensjonatu – red.]. Wykonuję ją do dziś. Gdybym miał nic nie robić, to bym dostał fioła.

Bardzo się wstydziłem tego słowa. Bezdomność. Jąkałem się, gdy musiałem w urzędzie wypowiedzieć to słowo. Teraz? Teraz już nie.

To przeszło 20 lat, zahartowałem się. Po tym czasie wiem jedno, każdy, kto robi coś połowicznie, nie wyjdzie z tego. Pół to może być tylko pół litra. To są słowa ojca Palecznego”.

Ten abstrakcyjny, zdumiewający pomysł ma udowadniać, że wszystko jest możliwe. Nawet budowa przez ludzi bezdomnych sporego statku w środku mazowieckiej równiny, blisko 350 kilometrów do morza.

Na zdjęciu: pan Marek, fot. Agata Kubis
Na zdjęciu: szkuner, fot. Agata Kubis

Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym