Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja GazetaAgnieszka Sadowska / Agencja Gazeta
11 września 2021

Sterczewski: "Byli wystraszeni, nie ruszali się. Powiedziałem: Cześć, jesteśmy przyjaciółmi"

Sterczewski: "Nie przypadkiem Straż Graniczna wywiozła ich w to miejsce, czyli tam, gdzie łatwo zginąć. Na bagna, mokradła, w środku wielkiego lasu. Stamtąd nie dało się normalnie dojść do przejścia granicznego, czy w inne bezpieczne miejsce". Poseł o push-backach na granicy

3 września 2021 poseł Franciszek Sterczewski spotkał w Puszczy Białowieskiej grupę 9 migrantów. Wśród nich Bahaa, Syryjczyka, z którym dziennikarz Igor Nazaruk rozmawiał w noclegowni Fundacji Dialog w Białymstoku. Tego dnia, Sterczewski napisał w swoich social mediach:

"Są i dobre wiadomości. Wobec dziewięciu uchodźców, których znaleźliśmy w Puszczy Białowieskiej, zostały wszczęte procedury (...) To oznacza, że są bezpieczni, część z nich będzie skierowana do ośrodka dla cudzoziemców, a ich wnioski o międzynarodową ochronę zostaną rozpatrzone. Co najważniejsze, udało się ich uratować przed kolejnym wywiezieniem do lasu i tułaczką na deszczu i zimnie. To chyba najlepiej udokumentowany push-back w Polsce (...) Naqibullah, Hamidullah, Ahmad z Afganistanu, Mohamed, Ahmed, Hlbar, Islam z Egiptu, Bahaa z Syrii i Abed z Libanu. Najstarszy 25 lat, najmłodszy 17. Stomatolog, student ekonomii, pracownik NGO. Normalne, fajne chłopaki. Takie jak każdy z nas. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy".

Bahaa, kiedy dowiedział się, że znamy posła Sterczewskiego, że może do niego zadzwonić, nie mógł w to uwierzyć.

"Halo, Frank. To ja. Gdyby nie ty, umarłbym wtedy w lesie. Uratowałeś mnie, człowieczeństwo to twoja religia” - mówił Bahaa podczas rozmowy telefonicznej z posłem.

Całą historię Bahaa przeczytacie tutaj:

Zapytaliśmy Franciszka Sterczewskiego jak on zapamiętał to spotkanie.

Igor Nazaruk: Czy pamięta pan młodego Syryjczyka, którego pan tego dnia znalazł w lesie?

Franciszek Sterczewski: Oczywiście że pamiętam Bahaa. Spotkałem go z ośmioma innymi chłopakami, którzy od ponad tygodnia próbowali dostać się do Polski i byli wielokrotnie wypychani na Białoruś przez polską Straż Graniczną.

Jak na nich trafiliście?

Od początku: Tadeusz Kołodziej, prawnik z Fundacji Ocalenie, spotkał trzech z nich dzień wcześniej i zdążył zdobyć od nich pełnomocnictwa na reprezentację prawną. Zadzwonił po Straż Graniczną, wcześniej otrzymał pisemną obietnicę od płk. Andrzeja Jakubszyka, komendanta głównego podlaskiej Straży Granicznej, że wobec tych trzech Afgańczyków zostaną wszczęte procedury azylowe. Następnego dnia okazało się, że ci Afgańczycy zostali wywiezieni przez strażników na granicę, do Puszczy Białowieskiej. Nie zarejestrowano ich, nie zostali zatrzymani, nie pobrano ich odcisków palców, jak nakazuje tego procedura. Powinni zostać zatrzymani za nielegalne przekroczenie granicy, ukarani, a następnie należało ich zidentyfikować i pozwolić złożyć wniosek o międzynarodową ochronę azylową.

Tak się nie stało?

Straż Graniczna ma na to swój sposób i definicję. Zostali "ujęci". Push-back nazywa się więc "ujęciem", co oznacza tak naprawdę wywiezienie na granicę do lasu i zostawienie w najbardziej niebezpiecznym i dzikim miejscu w Polsce, czyli w środku Puszczy Białowieskiej. Nie przypadkiem wywieźli ich w to miejsce, czyli tam, gdzie łatwo zginąć. Na bagna, mokradła, w środku wielkiego lasu. Stamtąd nie dało się normalnie dojść do przejścia granicznego, czy w inne bezpieczne miejsce. Musieli przedzierać się przez Puszczę Białowieską, przechodzić przez bagna. Udało im się.

Ale jak na nich trafiliście?

Nocowałem w tym samym miejscu, co Tadeusz Kołodziej. Opowiedział mi, że mimo obietnicy jego trzech klientów zostało wywiezionych i że ma informacje, gdzie są. Okazało się, że są w samym środku Puszczy. Pojechaliśmy z Sokółki do Białowieży. Poszliśmy do dyrekcji Białowieskiego Parku Narodowego, prosiliśmy o możliwość wejścia do ścisłego rezerwatu. Dyrektor nie udzielił zgody. Stwierdził, że to decyzja Straży Granicznej, więc pojechaliśmy do placówki SG. Również odmówili twierdząc, że to dyrekcja Parku Narodowego dysponuje terenem. To było takie umywanie rąk, że nikt nie jest odpowiedzialny. Ostatecznie bezprawnie odmawiano mi kontroli poselskiej.

Jak ich w końcu znaleźliście?

Byliśmy już bardzo zmęczeni, usiedliśmy w samochodzie Tadeusza, wciąż próbowaliśmy się do nich dodzwonić. Nie było zasięgu. Już chcieliśmy zrezygnować, robiło się ciemno, zaczął padać deszcz. I nagle przyszedł sms: Hello, are you there? Wysłali nam kolejną lokalizację. Pojechaliśmy i zaczęliśmy ich szukać w lesie. Był ze mną m.in Kołodziej, Marysia Poszytek, Julia Orłowska, Gosia Jaźwińska i Agnieszka Sadowska. Przedzieraliśmy się przez krzaki i pół godziny później ich zobaczyłem.

Siedzieli między grupą drzew, które chroniły ich przed deszczem. Pnie grube jak kolumny i ich ułożenie przypominały mi monopter, czyli grecką świątynię na planie koła.

Ilu ich było?

Prócz trzech Afgańczyków było dziewięciu chłopaków z Libanu, Egiptu i Syrii. Wśród nich Bahaa, z którym rozmawiałem później telefonicznie.

Byli wystraszeni?

Tak. Patrzyli na nas i się nie ruszali. Nie wiedzieli, kim jesteśmy. Powiedziałem im: Cześć, jesteśmy przyjaciółmi. Witajcie w Polsce. Teraz już wszystko będzie dobrze, zaopiekujemy się wami.

Powiedział pan, że jest posłem polskiego parlamentu?

Dopiero później. Po dłuższej rozmowie, po tym jak już się poznaliśmy. Byli skrajnie wycieńczeni, brudni, przez wiele dni chodzili po tych lasach i wielokrotnie byli przerzucani przez granicę. Najmłodszy miał 17 lat, najstarszy ok. 30. Najmłodszy miał bardzo przemarznięte stopy. Wezwaliśmy karetkę. Nakarmiliśmy ich i napoiliśmy, daliśmy koce termiczne. Od wszystkich wzięliśmy pełnomocnictwa, żeby mieli opiekę prawną. I tłumaczyliśmy im, że musimy zawołać SG, żeby się tego nie bali. Nie chcemy, żeby znów byli wywiezieni do lasu, że będą poddani procedurze azylowej. I zrobimy wszystko, żeby się udało.

To chyba było trudne?

Tak, oni nie ufali polskiej SG, bali się ich. Wiedzieli, że stosują push-back. Pytaliśmy ich o to. Niektórzy mówili, że SG wypuściła ich na granicy, mówiąc: Idźcie tam, na wprost, tam są Niemcy. Byli przerażeni, błagali o pomoc, byli skrajnie głodni, mówili, że jedli liście, pili wodę z rzeki, byli cali mokrzy, przedzierali się przez bagna, byli pokąsani przez komary i kleszcze.

A Bahaa, jak go pan zapamiętał?

Był najbardziej komunikatywny. Opowiedział nam, że polscy funkcjonariusze SG mówili mu, żeby się nie martwił, że będzie mógł żyć w Polsce. A rano, pierwszy raz wywieźli go na granicę i kazali iść. Powiedzieli mu, że tam za dwa kilometry są już Niemcy, że jest miasteczko i kazali iść. Poszedł, ale wiedział, że to nieprawda, że tam jest Białoruś, a nie Niemcy. Kiedy wrócił, znów mu kazali zawracać i iść. Kłamali w żywe oczy. Przez tydzień nocował w lesie, był sam, dopiero później spotkał dwóch innych, a później całą grupę. Pamiętam, jak mówił: Nie wiem, jak to przeżyłem, nic nie mam. Pomóż mi. A jednocześnie opowiadał, że kocha Roberta Lewandowskiego, kibicuje Bayernowi Monachium, zna polską kulturę i historię, studiuje stomatologię. Wyglądał, jak każdy inny chłopak na Placu Zbawiciela.

Co pan czuł, spotykając ich w lesie?

Radość, że się udało. Poznałem ich historie, nazwiska, co robili wcześniej. Jeden był lekarzem, Bahaa przyszłym stomatologiem, był inżynier, student ekonomii, żołnierz i pracownik jakiegoś NGO. Poznaliśmy ich historię. Wyjaśniliśmy im, jaka jest w Polsce procedura. Uspokoiliśmy i przekonaliśmy, że trzeba wezwać SG, że zadbamy, żeby tym razem prawo zadziałało.

Główny zarzut kierowany w pana stronę, to to, że chciałby pan tych wszystkich uciekinierów przyjąć w Polsce. Jest tak?

Nie, ale chcę, żeby wobec wszystkich, którzy nielegalnie przekroczyli granicę, prawo było zastosowane. Żeby wnioski o azyl były rozpatrywane, żeby nikt nie był bezprawnie, bez sądu wywożony do lasu, na granicę. Nie można ludzi osądzać i karać, bez adwokata, bez sądu i oceny sytuacji.

To, że Bahaa jest bezpieczny, wiemy. Czy wie pan, co się stało z resztą tych chłopaków?

Cały następny dzień spędziliśmy na placówce w Narewce, żeby dopilnować, żeby procedury ruszyły. Ponownie zadzwoniliśmy do komendanta Jakubszyka prosząc, żeby tym razem dotrzymał słowa. Pilnowaliśmy, żeby przyjechali tłumacze, żeby komenda przyjęła pełnomocnictwa od prawników itd. Udało się, ale tylko dlatego, że był poseł, prawnicy, przedstawiciele dwóch organizacji pozarządowych, pojawili się przedstawiciele biura RPO i media. Dlatego wobec nich wszystko zadziałało i trafili do ośrodków dla cudzoziemców i ich wnioski są rozpatrywane. Ale inne grupy nie mają tego szczęścia. Wszyscy pozostali są wywożeni z Polski z automatu.

Ile jest udokumentowanych push-backów?

Ja wiem o kilkunastu. Sam uczestniczyłem w siedmiu takich interwencjach. Cudzoziemcy opowiadali, że byli wielokrotnie wypychani za granicę lub do lasu. Dziś już nikt nie zna tej skali.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne