Prawa autorskie: Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plJakub Orzechowski / ...
13 grudnia 2021

"Poświęcam zdrowie dla kogoś, kto trafił tu z własnej głupoty". Lekarze na oddziałach covidowych

"To okropne uczucie. Każdego dnia przechodzę przez cały szereg emocji. Najpierw pacjent chwyta mnie za rękę i błaga, żeby go ratować, a za chwilę od innego słyszę bzdury o pandemii. Niektórzy pacjenci potrafią być przy tym naprawdę butni". OKO.press rozmawia z lekarzami z oddziałów covidowych

Kto teraz trafia na oddziały covidowe? Czy tylko antyszczepionkowcy? Jak lekarze godzą obowiązek pomagania pacjentom z wysłuchiwaniem teorii, że COVID to spisek? Jak radzą sobie z codziennym widokiem śmierci?

O pracy w czasie czwartej fali opowiadają OKO.press: lek. Tomasz Kulawik, specjalista chorób wewnętrznych i kardiologii ze Szpitala Kolejowego w Pruszkowie, lek. Kamil Karpowicz, onkolog z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku, lek. Damian Palus z Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego w Gdańsku oraz Maria, lekarka z Warszawy, która wolała zachować anonimowość.

To nie jest COVID jak roku temu

Maria: "90 proc. trafiających do nas na oddział to niezaszczepieni. Te zaszczepione to osoby obciążone innymi chorobami".

Damian Palus: "W szpitalu, w którym pracuję, proporcje między zaszczepionymi i niezaszczepionymi są zaburzone i wynoszą mniej więcej pół na pół. To jest szpital kliniczny, więc przyjmujemy pacjentów na przykład po przeszczepie nerki, przeszczepie płuc, pacjentów z nowotworami. Te osoby przyjmują leki immunosupresyjne albo chemioterapię, która obniża ich odporność i przez to, nawet jeżeli byli zaszczepieni, nie wytworzyli odporności".

Kamil Karpowicz: "Pacjentów podzielić można na dwie grupy. Pierwsza to osoby starsze albo cierpiące na przykład na niewydolność nerek, serca, czy po udarze. W przypadku dodatkowego obciążenia, jakim jest infekcja, wymagają leczenia szpitalnego.

Ta druga grupa to 30., 40-latkowe, którzy nie mają żadnych dodatkowych chorób. Chodzili do pracy, chodzili na imprezy, na koncerty i nagle chorują, a do tego bardzo szybko zaczynają mieć problemy z oddychaniem. W tej grupie przeważają osoby niezaszczepione.

Ten COVID wygląda już inaczej niż rok temu. Wtedy przebieg choroby był dosyć przewidywalny. Przez pierwszy tydzień typowe objawy infekcji wirusowej, gorączka, złe samopoczucie, rozbicie, bóle mięśniowe, przyjmowanie leków objawowych. Chorzy byli w domu, zwykle po kilku dniach to mijało, ale u niektórych przechodziło w zapalenie płuc, które wymagało w drugim, trzecim tygodniu choroby przeważnie leczenia szpitalnego. W tej chwili, a to dotyczy właśnie głównie ludzi niezaszczepionych, przebieg choroby jest bardziej gwałtowny, cięższy, bardziej agresywny. Czasami już w pierwszym tygodniu pacjenci trafiają do nas z zaawansowanymi zmianami zapalnymi w płucach. Robimy im tomografię i widać, że zajętych jest połowa, nawet 90 proc. płuc. Rok temu tak się działo po kilku tygodniach chorowania, a teraz to nawet kwestia kilku dni. I właśnie te osoby młode, ale niezaszczepione wymuszają na nas pracę na najwyższych obrotach, bo zakładamy, że zgon osoby w tym wieku, nieobciążonej, jest czymś, czego można uniknąć. Stosujemy więc wszystkie intensywne czynności, respiratory, wspomaganie oddechu.

Pytam, dlaczego się nie zaszczepili?

Maria: "Część z tych pacjentów nie potrafi powiedzieć, dlaczego się nie zaszczepili. Nie, bo nie. Część powiela mity z internetu. Mówią, że szczepienia powodują bezpłodność. Zawsze przypominam niezaszczepionym, żeby zaszczepili się cztery tygodnie po wyjściu ze szpitala. Od jednego pana usłyszałam, że ma kolegę, który się zaszczepił i też wylądował w szpitalu. A ten pan przeszedł chorobę naprawdę ciężko, wypuszczałam go do domu z tlenem. Ci ludzie opierają się na jakichś pojedynczych historiach, które pasują do ich światopoglądu. Wypierają, że 90 proc. osób, które znalazły się wraz z nimi w szpitalu, to niezaszczepieni.

Próbuję im wyjaśniać, ale taka dyskusja zazwyczaj nie ma sensu. I coraz rzadziej mi się to zdarza, bo nie mam już czasu, ani nawet ochoty. Nawet nie chcieli słuchać, co mam do powiedzenia. Nic do nich nie docierało.

Są też bardziej specyficzne przypadki. Miałam pacjenta, który przyleciał z Moskwy do Warszawy, żeby się zaszczepić, bo nie chciał się szczepić Sputnikiem. W podróży złapał koronawirusa i bardzo ciężko przeszedł COVID. Na mój oddział trafia także bardzo dużo Białorusinów i Ukraińców. Oni tu mieszkają, ale podejrzewam, że nawet nie wiedzą, że mają możliwość zaszczepienia się. Inny pacjent powiedział, że w jego firmie co tydzień robili mu wymazy. Uważał, że skoro co tydzień ma negatywny wynik, to nie musi się szczepić. Tak jakby testy go jakkolwiek chroniły.

Inny przypadek, rodzina zdecydowała, że nie zaszczepi babci, bo ona przecież nigdzie nie wychodzi i nie ma jak się zarazić. Po czym zrobili u babci w domu wielką imprezę. Babcia się zaraziła i trafiła do szpitala. Rodzina zadzwoniła. Pytali, czy to ich wina. Wiedzieli przecież, ale chyba dzwonili, żeby usłyszeć jakieś pocieszenie albo rozgrzeszenie".

Tomasz Kulawik: "Zdarza się też, że całe rodziny są przeciwne szczepieniom. Przypominam sobie pacjenta, którego syn powtarzał nam, że zabrania zaszczepienia ojca. Uważał, że COVID nie istnieje i że to spisek.

Często się słyszy też, że nie mieli czasu. Że są młodzi i zdrowi. Albo że mają przeciwwskazania. Ale kiedy pytałem, czy stwierdził to jakiś lekarz, okazywało się, że orzekali tak sami. Najczęściej podawano jako wymówkę choroby autoimmunologiczne. Jednej z takich pacjentek, która podała jako swoje "przeciwwskazanie" chorobę Hashimoto, nie udało nam się uratować, zmarła mając tylko 50 lat".

KK: "Muszę przyznać, że są też osoby, którzy twierdzą, że ich lekarze, czy znajome pielęgniarki, odradzali im szczepienia, ale to już jest inny, głębszy temat. Ja tylko pytam pacjentów, czy ktoś był szczepiony, czy nie. Jeśli zaczynają mi opowiadać, że się nie zaszczepili, bo ktoś ich do tego namówił, albo nie mieli czasu, to nawet nie drążę tematu. Widać, że ci ludzie są po prostu zmieszani tym pytaniem. Widzą po moich oczach, czują, że ich oceniam, ich życiowy wybór".

DP: "Myślę, że wielu się nie zaszczepiło ze zwykłego zlekceważenia tematu. Może nie są tak bardzo nastawieni antyszczepionkowo, chociaż i tacy się zdarzają, ale uważali, że to niepotrzebne, że ten wirus jest gdzieś obok i nie zachorują".

Czy niezaszczepieni zmieniają zdanie?

TK: "Kilka dni temu rozmawiałem z żoną naszego pacjenta. Ona się zaszczepiła, ale mąż był nieprzejednany. Nie i nie. Oboje zachorowali, ona miała bardzo łagodne objawy, a mąż wylądował w szpitalu. Mówiła mi: mąż był tak uparty, że nie dało się mu przetłumaczyć".

Maria: "Rzeczywiście, część nie chce rozmawiać. Nie chcą się przyznać, że zrobili głupio. Ale widać, że źle się z tym czują. Nawet jeżeli wymyślają jakieś wymówki, to jeśli słyszę po głosie, że żałują, nie naciskam na nich. Przypominam tylko o szczepieniu przy wypisie. Jeśli zdarzają się osoby, które żałują, że się nie zaszczepiły i deklarują, że to zrobią, to są to głównie kobiety. Jedna pani się kajała, mówiła, że próbowała się leczyć amantadyną. Ale już przejrzała na oczy. Dzwoniła ze szpitala do córki, znajomych, żeby się zaszczepili. Mężczyźni niestety bardzo często aż do samego wypisu negują swój stan".

DP: "Zdarza się też tak, że pacjenci trafiający na oddział, nie chcą rozmawiać o szczepionkach, bo takich rozmów z innymi lekarzami odbyli już wiele. Spotkałem czterdziestolatka, który powiedział wprost, że ma już dosyć słuchania o szczepieniach i żeby go o to nie pytać.

Pamiętam pacjenta, który w poprzedniej fali bardzo ciężko przeszedł COVID. Był podłączony do respiratora. Udało mu się przeżyć, ale nawet po tym wszystkim mówił, że pandemia to ściema i że nie planuje się szczepić.

Ale oczywiście zdarzają się tacy, którzy zmieniają zdanie. Jeden z pacjentów powiedział mi, że dopiero kiedy zobaczył, jak ludzie chorują, jak zabezpiecza się personel, jak funkcjonuje cały oddział, uwierzył w pandemię. Uznał, że to wszystko jednak nie może być sfingowane, bo by wymagało zbyt dużego poświęcenia ze strony personelu. Skoro więc są takie środki bezpieczeństwa, to chyba wirus istnieje. Wcześniej nie wierzył, bo nie widział, co się tu dzieje. Uważał, że media pokazują nieprawdę i przesadzają".

To jednak my mieliśmy rację, nie antyszczepionkowcy

KK: "Kiedy w wakacje podpalano punkty szczepień, atakowano lekarzy, wyzywano od nazistów, każdy z nas przyjmował to w ciszy i pokorze serca, bo wiedzieliśmy, że to prędzej, czy później się tak skończy. Muszę przyznać, że na początku tej fali odczułem przez chwilę ukłucie dziwnej satysfakcji, że to jednak my mieliśmy rację, a nie antyszczepionkowcy. Nie chodzi o to, że ktoś tego oczekiwał, ale po prostu zdawaliśmy sobie sprawę, że za jakiś czas ci, którzy tak głośno krzyczą, będą potrzebowali pomocy. I co wtedy, jak się zachowają? Dziś czuję tylko żal, że do tego wszystkiego musiało dojść. Że poświęcam swoje zdrowie fizyczne i psychiczne na zajmowanie się kimś, kto nie musiał tutaj wcale trafić, bo na przykład zrobił to z własnej głupoty albo na przekór medycynie chciał pokazać, że on wie lepiej. Ale w pracy te emocje muszę chować. To, co sobie myślę, nie wychodzi w stronę pacjenta. Jestem tam, żeby mu pomóc".

Maria: "To okropne uczucie. Każdego dnia przechodzę przez cały szereg emocji. Najpierw pacjent chwyta mnie za rękę i błaga, żeby go ratować, a za chwilę od innego słyszę bzdury o pandemii. Niektórzy pacjenci potrafią być przy tym naprawdę butni. Jedna pani mówiła, żebym się nie denerwowała, bo przecież ona wie, ale... i znowu zaczyna opowiadać teorie, że szczepionki powodują bezpłodność. Zdarzyło mi się ze dwa, trzy razy wybuchnąć w takiej sytuacji. I potem ci pacjenci trochę pokornieją, nie wchodzą w otwartą wojnę i sprzeczkę. Ale i tak to na nich kompletnie nie działa. Ja tylko tracę swoje nerwy".

Gdy pacjent umiera

KK: "Temat odchodzenia pacjentów nie jest mi obcy. Ale w przypadku przewlekłej choroby nowotworowej wszystko wygląda inaczej. Chory i jego rodzina mają czas na przygotowanie się. Tu wszystko dzieje się szybko. To już jest medycyna ostrych przypadków. Trochę jak w szpitalu polowym, kiedy wszystko dzieje się błyskawicznie i trzeba natychmiast podejmować decyzje.

Rozmawiam ze znajomymi i okazuje się, że każdy z nas ma już flash-backi z różnych sytuacji na oddziale. To objawy stresu pourazowego. Do mnie wraca ciągle taka sytuacja. Wjeżdża do nas na oddział chory, ma równo 40 lat. Wcześniej zdiagnozowano go na SORze. Widzieliśmy, że ma zajęte płuca, około 90 proc. z zapaleniem i dużą niewydolność oddechową. Anestezjolog od razu kwalifikuje go do leczenia respiratorowego na intensywnej terapii. Pobieramy mu gazometrię, robimy badania i w tym momencie dochodzi u niego do zatrzymania krążenia. Jest reanimowany 40 minut, ale nie daje to żadnego efektu. Pacjent umierał, zanim zdążył dojechać do oddziału intensywnej terapii. Nie znałem tego człowieka, widziałem go może przez godzinę. Nawet nie wiem, czy był zaszczepiony, czy nie, no nie było czasu, żeby o to spytać. Ale takie obraz zostają w pamięci. Twarz człowieka, który nie musiał umrzeć".

DP: "Jestem młodym lekarzem i dużą część stażu podyplomowego przepracowałem na oddziale covidowym. Tutaj właściwie codziennie stykam się ze śmiercią pacjentów. Dla mnie to było nowe, szokujące przeżycie".

KK: "Średnio na każdym dyżurze w naszym covidowym szpitalu tymczasowym odchodzi przynajmniej jedna, dwie osoby. To się utrzymuje od miesiąca.

Pacjenci są nieprzygotowani na to, że nagle ciężko zachorowali, że ich zdrowie i życie jest zagrożone. I tak samo nieprzygotowane są ich rodziny. Wiadomo, że na ten oddział osoby z zewnątrz nie mają wstępu, nie można przyjść, odwiedzić. Jeżeli ktoś jest młody jeszcze, sprawny, to jest w stanie się skomunikować z rodziną. Ale bardzo przykry jest widok starszych osób, które odchodzą w samotności. Chyba nikt nie wyobraża sobie tak końca swojego życia. Każdy myśli raczej, że będzie odchodził otoczony rodziną i kochającymi osobami. A tu są ściany szpitalne, rurki, kroplówki, ludzie w kombinezonach, zamaskowani. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, postawić się na ich miejscu. Ale oczywiście mam nadzieję, że te starsze osoby, które jeszcze są świadome i leżą u nas na oddziale, widzą, że staramy się dawać im te ludzkie formy kontaktu. Żeby nie czuli, że leżą w pustych ścianach i przychodzą do nich bezosobowe postacie w kombinezonach.

DP: "Pacjenci, którzy są naprawdę w złym stanie, mają niewydolność oddechową takiego stopnia, że muszą być intubowani, często mają zaburzenia świadomości. Kontakt z nimi jest ograniczony, nie do końca zdają sobie sprawę z tego, co się dzieje. Ale jeśli pacjent jest jeszcze przytomny, może rozmawiać, to zawsze dzwonimy do rodziny, żeby mogli przed intubacją z nim porozmawiać. Sukcesy leczenia na intensywnej terapii są ograniczone, więc to niestety jest często ostatnia szansa na taką rozmowę. Respirator to nie wyrok śmierci, ale ryzyko zgonu jest wysokie. Takie rozmowy to właściwie pożegnania".

W kogo uderza fala?

KK: "Na początku listopada było naprawdę ciężko, wszystko wypełnione pod korek. Teraz jest trochę lżej, przeważnie nie mamy stu osób na oddziale, tylko z 80, ale to raczej dlatego, że część oddziałów w budynku głównym Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego zamieniono na oddziały covidowe, co nas odciążyło. Ale przez to pacjenci, którzy cierpią na choroby endokrynologiczne, reumatologiczne stracili dostęp do wysokospecjalistycznych świadczeń. W tym momencie klinika reumatologii nie zajmuje się swoimi pacjentami, tylko leczy pacjentów z COVID-em. To jest dodatkowe 30 miejsc, które odciążyło nas oddział kosztem innych chorych. Uważam, że tego można było uniknąć.

Maria: "Pracuję w covidowym szpitalu tymczasowym. Założenie było takie, żeby trafiały do nas osoby bez chorób innych niż COVID, nieobciążone. Ale tak nie jest. Jest wolna amerykanka i trafiają do nas wszystkie osoby, również z innych szpitali, z różnych oddziałów. Gdy wychodzi dodatni test, wsadzani są w karetkę i wysyłani do nas.

Szpital tymczasowy jest tymczasowy tylko z nazwy. Leczymy wszystkie choroby. Od najprostszych jak nadciśnienie, kontrolowana cukrzyca, po pacjentów po przeszczepach, z porażeniem czterokończynowym, po próbach samobójczych. Nie mamy zasobów do leczenia takiego spektrum. Personel jest mały, przypadkowo zebrany, nie mamy sprzętu, diagnostyki, specjalistów, którzy odpowiednio by skonsultowali te osoby. Oni po prostu często nie są odpowiednio leczeni. Czasem uda nam się kogoś wysłać do specjalistycznego szpitala, ale to są pojedyncze przypadki.

Mimo że podajemy profilaktycznie leki przeciwzakrzepowe, jeden z pacjentów hospitalizowanych u nas dostał udaru, jego doktor prowadząca usiłowała się skontaktować z innymi placówkami i go przekazać. Bezskutecznie. Pacjent leżał u nas bez rehabilitacji, bez odpowiedniego monitorowania, aż jego stan się poprawił na tyle, że można go było wypisać. Już może rozpocząć rehabilitację, ale takie opóźnienie to nieodwracalne szkody".

DP: "Wiosną, kiedy kwalifikowałem ludzi do szczepień, byłem nastawiony optymistycznie. Pracowałem, kwalifikując ludzi do szczepień i szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że będzie trzeba ponownie otwierać oddziały covidowe na taką skalę, z taką ilością hospitalizacji, z taką ilością zgonów. Jakoś, może naiwnie, myślałem, że nasze społeczeństwo wyszczepi się w większym stopniu. Tak się niestety nie stało. Oczywiście akcje zachęcające były, ale ludzie niezaszczepieni, nie są objęci tak jak w innych państwach żadnymi niedogodnościami, jakimiś restrykcjami. I ta część społeczeństwa, która nie wierzy w szczepienia, czy też po prostu nie obawia się zachorowania, nie ma żadnego zewnętrznego przymusu. Mimo wzrostu zachorowań, hospitalizacji i zgonów, oni się nie zaszczepią. Żadne zachęty nie zadziałają".

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne