0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: For. Andrew CABALLERO-REYNOLDS / AFPFor. Andrew CABALLER...

Doroczny szczyt NATO rozpoczynający się właśnie w Waszyngtonie przypada w 75. rocznicę powstania Sojuszu. Jesienią natomiast urzędujący przez 10 ostatnich lat sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg ustąpi miejsca byłemu premierowi Holandii Markowi Ruttemu.

Spotkanie przywódców 31 państw NATO zdecydowanie nie będzie jednak rocznicową akademią. Nie tylko zresztą ze względu na znane już – i coraz lepiej rozpoznane – zagrożenie ze strony Putinowskiej Rosji.

Atmosferę szczytu w Waszyngtonie w chyba jeszcze większym stopniu niż przebieg wojny w Ukrainie i nasilające się rosyjskie hybrydowe ataki na Europę wyznacza telewizyjny obraz ze Stanów Zjednoczonych sprzed niespełna dwóch tygodni. Bolesna dla Demokratów przegrana Joe Bidena w debacie z Donaldem Trumpem uzmysłowiła uczestnikom szczytu, że już jesienią NATO może funkcjonować w innej rzeczywistości geopolitycznej.

Z nieprzewidywalnym i skrajnie trudnym we współpracy Donaldem Trumpem nie tylko jako głównodowodzącym największej armii Sojuszu.

I nawet nie tylko jako najsilniejszym politycznie potencjalnym hamulcowym dalszej pomocy dla Ukrainy. Ale także jako politykiem jawnie dążącym do ograniczenia roli Unii Europejskiej i krajów europejskich w polityce międzynarodowej.

Cel: „Trumpoodporność”

Dlatego też intencje większości uczestników szczytu są dość czytelne – w lipcu 2024 roku trzeba zagrać o to, by Sojusz Północnoatlantycki w roku 2025 czy 2026 był możliwie odporny na wstrząsy, które mogą wywołać polityczne kaprysy nowego prezydenta stanów Zjednoczonych. Uzyskanie „Trumpoodporności” przez NATO to jeden z głównych celów trwającego właśnie spotkania w Waszyngtonie.

To po części ze względu na tę właśnie perspektywę NATO ma oficjalnie przejąć od USA rolę głównego organizatora i koordynatora pomocy wojskowej dla Ukrainy. Ochrona i osłona hubów logistycznych i dróg zaopatrzenia dla walczącego kraju nie będzie zależeć od wahań nastrojów amerykańskiego prezydenta.

To też w gestii NATO będzie ewentualna decyzja o utworzeniu tzw. strefy buforowej, czyli o objęciu określonej części zachodniej Ukrainy obroną przeciwlotniczą przed rosyjskimi pociskami i bombami.

Pod pewnymi względami Sojusz już jest „trumpoodporny”. Pokrzykiwania Trumpa z okresu jego prezydentury są już w zdecydowanej większości nieaktualne. Ameryka nie musi „płacić” za Europę – pod wpływem rosyjskiego zagrożenia tempo dozbrajania się tej ostatniej bardzo znacząco wzrosło.

W tej chwili aż 23 z 31 krajów Sojuszu wydają na obronność więcej niż stanowiące formalne minimum dla NATO 2 procent PKB. Polska – z wydatkami na poziomie 4,1 procent PKB jest pod tym względem niekwestionowanym prymusem. Pod kreską pozostaje wciąż osiem państw – Kanada, Włochy, Hiszpania, Belgia, Portugalia, Chorwacja, Słowenia i Luksemburg. Ale tak dobrej sytuacji w skali całego Sojuszu dotychczas nie było.

Doktryna uczenia się od wroga

NATO ma też już za sobą całkiem długą drogę, jeśli chodzi o dostosowanie zasad działania powstałego w czasach zimnej wojny paktu do realiów XXI wieku. Czyli świata kształtowanego w naszej części świata przez agresywną neoimperialną politykę putinowskiej Rosji. Pomaga w tym obserwacja i analiza poczynań Kremla. Już w 2016 roku – czyli dwa lata po aneksji Krymu — na szczycie NATO w Warszawie przyjęto ustalenie, że Artykuł 5 Paktu Północnoatlantyckiego zakładający wzajemną obronę wszystkich członków NATO może zostać uruchomiony nawet, jeśli agresor nie przekroczy tzw. progu wojny. Mniej więcej w tamtym okresie też rozpoczęto włączanie do scenariuszy ćwiczeń armii NATO reakcji na różnego typu zagrożenia o charakterze hybrydowym.

Po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę ten schemat uczenia się Sojuszu przyspieszył. Na szczycie NATO w Madrycie latem 2022 roku, pięć miesięcy po inwazji, Rosja została oficjalnie uznana za zagrożenie dla Sojuszu.

A rok temu, na poprzednim szczycie NATO w Wilnie, podjęto decyzję o zatwierdzeniu nowych planów obronnych Sojuszu. Różniły się one bardzo od tych poprzednich. Tamte były ogólne i oparte na założeniu, że wojna angażująca znaczące zasoby NATO jest ewentualnością mało prawdopodobną. Plany przyjęte po szczycie w Wilnie mają ścisły, precyzyjny charakter. Odpowiadają bezpośrednio przede wszystkim na potencjalne zagrożenie ze strony Rosji i Białorusi.

Dzięki temu teraz armie Sojuszu ćwiczą konkretne scenariusze reagowania na ewentualną agresję ze Wschodu. Uczą się przeciwdziałać przerwaniu Przesmyku Suwalskiego, mają opracowane plany i na wypadek incydentów granicznych i nagłej konieczności oskrzydlenia Obwodu Królewieckiego. NATO nie szykuje się już na „ewentualną” wojnę z „jakimś” przeciwnikiem „gdzieś” w świecie. Przygotowuje się do możliwej wojny z konkretnym wrogiem w ściśle określonych ramach geograficznych.

Na zdjęciu u góry: Piłka w grze. Odchodzący sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg pokazuje amerykańskiemu sekretarzowi stanu piłkę. Chwilę przedtem Stoltenberg oddał w Waszyngtonie pierwszy rzut w meczu Washington Nationals z St. Louis Cardinals. 8 lipca 2024 r., fot. Andrew Caballero-Reynolds / AFP.

Nowe decyzje w sprawie Ukrainy

Na szczycie w Waszyngtonie mają oczywiście zapaść nowe decyzje w sprawie pomocy dla Ukrainy. Spodziewane jest utworzenie specjalnego wspólnego funduszu na wspieranie sprzętowe i szkoleniowe walczącego kraju. Może on mieć wartość około 40 miliardów dolarów. Stworzenie takiego instrumentu w ramach Sojuszu to również kolejny krok na rzecz „trumpoodporności” NATO.

Na szczycie zapadną też decyzje dotyczące konkretnych dostaw sprzętu wojskowego dla Ukrainy. Mowa o nawet czterech nowych bateriach Patriotów, o samolotach F-16 i o kolejnych pociskach dalekiego zasięgu. A zwłaszcza o warunkach ich użycia przeciwko celom na terytorium Rosji. Spodziewana jest liberalizacja ograniczeń obowiązujących pod tym względem, choć raczej nie ze strony Stanów Zjednoczonych.

Sojusz ma też wyrazić nowe wspólne stanowisko w sprawie przystąpienia Ukrainy do NATO. Oficjalnego zaproszenia nadal niemal na pewno nie będzie, ale Ukraina może spodziewać się komunikatu przybliżającego tę perspektywę. Nie wiadomo jednak, jak ów komunikat zostanie sformułowany, jest niewiadomą. Wewnątrz Sojuszu brak dziś konsensusu w sprawie członkostwa Ukrainy.

;
Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta. Pracował w "Dzienniku Polska Europa Świat" i w "Polsce The Times". W OKO.press pisze o polityce i sprawach okołopolitycznych.

Komentarze