Leśnicy wycinają Puszczę Białowieską tylko dlatego, by uschnięte drzewa nie przewracały się na turystów, a lasu nie ogarnęły pożary - tak ministerstwo środowiska uzasadnia zignorowanie Trybunału Sprawiedliwości UE, który nakazuje natychmiastowe zatrzymanie cięć. Ale ani pożarów nie ma, ani turyści nie giną. Zginął tylko jeden pilarz i to od zdrowej brzozy

Dyrektor Generalny Państwowego Gospodarstwa Leśnego „Lasy Państwowe” Konrad Tomaszewski stwierdził jeszcze 29 lipca, że Puszcza Białowieska „to teren owładnięty niebezpieczeństwem publicznym”. I że „w każdej chwili może tam wybuchnąć pożar, za chwilę mogą przy wietrze padać drzewa”. Dlatego jego przedsiębiorstwo wycina i wywozi z lasu suche, zaatakowane  przez kornika drukarza drzewa.

Tomaszewski wyprzedził nieco oficjalną odpowiedź Ministerstwa Środowiska wysłaną 4 sierpnia na postanowienie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). OKO.press opisało ją w tekście „Pięć fałszywych odpowiedzi Szyszki na żądanie Trybunału Sprawiedliwości o natychmiastowe wstrzymanie wycinki w Puszczy”.

Przypomnijmy, że 27 lipca 2017 roku Trybunał wezwał Polskę do natychmiastowego * zaprzestania wycinki w puszczańskich borach i lasach bagiennych oraz łęgach wierzbowych, olszowych, topolowych i jesionowych, a także w starodrzewach; * zaprzestania wycinki w siedliskach licznych gatunków zwierząt, m.in. dzięcioła trójpalczastego, trzmielojada i zagłębka bruzdkowanego; * zaprzestania usuwania ponadstuletnich, martwych świerków; * zaprzestania wycinki w ramach zwiększonego etatu cięć w Nadleśnictwie Białowieża (w marcu 2016, decyzją ministra środowiska Jana Szyszko, zwiększono go trzykrotnie).

Wyjątek mają stanowić wyłącznie „sytuacje zagrażające bezpieczeństwu publicznemu”. Tego sformułowania uczepiło się Ministerstwo Środowiska tłumacząc, że nie przerwało wycinki bo „koncentruje się [ona] na obszarach wymagających zapewnienia bezpieczeństwa publicznego”.  I że „tym samym prowadzone działania są zgodne z postanowieniem Trybunału Sprawiedliwości UE” .

OKO.press zwróciło się o ocenę takiej interpretacji zaleceń Trybunału do Agaty Szafraniuk z ClientEarth Prawnicy dla Ziemi.

Prawniczka podkreśla, że w prawie UE nie ma wprawdzie ścisłej definicji pojęcia bezpieczeństwa publicznego, ale „istotne jest to, że odnosi się do niebezpieczeństw zagrażających większej liczbie osób, jak np. pożar czy powódź. Ale wszystko zależy od konkretnej sytuacji” – dodaje prawniczka.

Pewną pomocą w zrozumieniu tego, o co chodziło Trybunałowi Sprawiedliwości, gdy wyłącza przypadki, w których zagrożone jest bezpieczeństwo publiczne, jest wyrok Trybunału w sprawie C-57/89 „Wspólnota przeciwko Niemcom” z 1991 roku. Przedmiotem sporu były wtedy prace budowlane mające na celu wzmocnienie tam w miejscowości Leybucht nad Morzem Północnym.

Podczas postępowania Trybunał zgodził się, że niebezpieczeństwo powodzi oraz ochrona nabrzeża są wystarczająco ważnymi powodami, które usprawiedliwiają budowę tam i wzmocnienie brzegów. Ale przy jednym zastrzeżeniu, że te niebezpieczeństwa są realne, a władze potrafią przedstawić dowody na ich istnienie.

Jeśli odniesiemy to do obecnej sytuacji w Puszczy Białowieskiej, to resortowi środowiska nie uda się udowodnić, że w związku z gradacją kornika drukarza powstało zagrożenie bezpieczeństwa publicznego.

„Suche drzewa nie walą się na głowy turystów, a w lesie nie szaleją pożary. Ministerstwo nie jest w stanie przedstawić wiarygodnej argumentacji, że prowadzona na ogromną skalę wycinka zapobiega jakiemukolwiek zagrożeniu” – komentuje Szafraniuk.



Nie ma co wieszać na korniku śmierci pilarza

Od marca 2016, gdy minister Szyszko podpisał aneks do Planu Urządzenia Lasu trzykrotnie zwiększający pozyskanie drewna w  Nadleśnictwie Białowieża, w Puszczy Białowieskiej miał miejsce tylko jeden fatalny w skutkach wypadek – pod koniec lutego 2017 roku zginął pilarz pracujący przy wycince. I nie spadło na niego suche, zabite przez kornika drzewo, ale zdrowa brzoza.

Lasy Państwowe potrzebowały aż 10 dni, by wymyślić przekaz dotyczący tego tragicznego wydarzenia. Tłumaczenie jest tak kuriozalne, że przytaczamy je tu ku pamięci pokoleń. Trzeba geniuszu dyrektora Tomaszewskiego, by taką piętrową bzdurę stworzyć:

„Klęska kornika w Puszczy Białowieskiej doprowadziła do poważnego zagrożenia bezpieczeństwa ludzi. […] Ponad 30-metrowa brzoza była zdrowa i nie miała żadnych oznak chorobowych wskazujących na potrzebę jej usunięcia. Wcześniej rosła osłonięta od wiatru przez otaczające ją świerki, niestety, z powodu ataku kornika drzewa uschły i straciły igły, zmniejszając tę osłonę” – napisano w komunikacie.

Ale nie zająknięto się ani słowem, że tego dnia panowały fatalne warunki pogodowe. Wiatr był tak silny, że turystom zabroniono wstępu do Puszczy. Ale nie odwołano pracujących w lesie drwali.

Pilarz nie zginął więc przez kornika, ale przez brak przezorności osoby, która go wysłała do lasu.

Poza tym – należy to podkreślić, bo resort środowiska wciąż to ignoruje – organizacje ekologiczne nie przeciwstawiają się wycince uschniętych drzew tam, gdzie rzeczywiście mogą one stanowić realne zagrożenie. Na przykład przy drogach, szlakach turystycznych i ścieżkach edukacyjnych. Protestują, bo wycinka odbywa się często i 100 metrów od najbliższej drogi.



Zmyślone pożary

Jeśli zaś chodzi o rzekome zagrożenie pożarowe, które miałoby wynikać z obecności uschniętego drewna w Puszczy Białowieskiej, to eksperci uznają je za kompletnie zmyślone. W rozmowie z TVN24  dr hab. Bogdan Jaroszewicz z Białowieskiej Stacji Geobotanicznej Uniwersytetu Warszawskiego przypomniał, że od momentu ustanowienia w 1932 roku Parku Narodowego (skąd nie usuwa się martwego drewna, bo to obszar ochrony ścisłej) miały tam miejsce trzy pożary.

„Za każdym razem były to podpalenia, które nie miały związku z martwym drzewostanem” – powiedział badacz.

Takiego samego zdania jest dr hab. Rafał Kowalczyk z Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży.

„Drewno tu szybko butwieje i może być bardziej barierą dla ognia, niż paliwem dla żywiołu” – powiedział w rozmowie z TVN.

Komisja Europejska traci cierpliwość

Jak poinformowała agencja Reuters, Komisja Europejska (KE) z niepokojem obserwuje to, że Polska nie zastosowała się do postanowienia TSUE. Z pewnością więc nie przekonują jej wyjaśnienia resortu środowiska, jakoby Polska tylko dbała o bezpieczeństwo publiczne. W ubiegłym tygodniu

KE wysłała do Polski oficjalny list, w którym wzywa nasz kraj do podporządkowania się postanowieniu Trybunału. A 7 sierpnia wezwała Trybunał do jak najszybszego rozpoznania sprawy przeciw Polsce.

Coraz bliżej jest zasądzenia wielkich kar, które zapłaci rząd, a więc wszyscy płacący podatki Polacy. I to z powodu uporu paru urzędników i jednego ministra, by postawić na swoim wbrew wszelkim racjonalnym argumentom.


Opłać abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym