11 września 2022

Ta cicha, polska złość

Zwykle to po prostu pochmurna mina. Taka, która zrasta się z twarzą, stając się drugim obliczem. Jakby wszyscy cały czas chodzili w niewygodnych butach - Kacper Pobłocki* o psychologicznych i kulturowych podstawach polskiej biernej agresji

W 1997 roku wyjechałem do Wielkiej Brytanii do szkoły. W tamtych czasach kontrast między Zachodem a Polską był gigantyczny, wszystko było inne. Dosłownie: inne futryny w oknach (drewniane, u nas wówczas wchodziły plastiki), inna woda w kranach (tą z Wysp dało się pić), inne ceny (wyjechałem z 60 funtami kieszonkowego na cały rok) no i oczywiście inne zwyczaje. Największym szokiem, który uderzał mnie nieustannie podczas powrotów, była polska nieuprzejmość. To był jaskrawy kontrast z Zachodem, gdzie ludzie są serdeczni, uśmiechają się do siebie, zagadują. Nigdy do końca nie wiedziałem, co o tym myśleć. Z jednej strony bezinteresowna uprzejmość jest fajna – miło jest otaczać się ludźmi, którzy są uprzejmi. Z drugiej, ta mieszczańska kurtuazja na kilometry razi sztucznością. W Polsce kierowca autobusu czy ekspedientka byli niemili, ale przynajmniej niczego nie udawali.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Odkryciem okazał się film „Funny Games" (1997) Michela Heneke. Dwójka młodych, miłych ludzi, w białych rękawiczkach, z wyświechtanymi frazesami na ustach, dokonuje brutalnego morderstwa spokojnej austriackiej rodziny. Ofiary są bezbronne właśnie dlatego, że wierzą im na słowo: długo zajmuje im zrozumienie, że kindersztuba nic nie znaczy, jest fasadą, pod którą czai się naga przemoc. Haneke pokazuje, że zachodnie społeczeństwo też podszyte jest agresją. W Polsce przynajmniej nie tracimy czasu na zbędne konwenanse – tak myślałem.

Ale to też półprawda. Dziś już wiem, że to też jest ułomność, ale innego rodzaju: nieumiejętność wyrażania innych emocji niż złość. Ale to nie jest złość wybuchowa, awanturnicza, jak w powieściach Dostojewskiego, ale przygaszona. Jeśli już się ujawnia, to pod postacią drobnych nieuprzejmości, kąśliwych uwagi, delikatnego podgryzactwa. Zwykle to po prostu pochmurna mina. Taka, która zrasta się z twarzą, stając się drugim obliczem. Jakby wszyscy cały czas chodzili w niewygodnych butach. Jakby nosili w bucie kamień, który nie pozwala odczuwać nic innego, tylko pasywną złość.

Jak opisywał Marek Hłasko: uliczny tłum, z jego spoconymi twarzami, zmętniałymi oczami, wykrzywionymi ustami, jest po prostu zmęczony, ma dość. Polskość jest męcząca, Polacy są zmęczeni swoją złością.

Skąd to się wzięło?

Emocje są jak kolory. To właśnie za ich pomocą tworzy się wewnętrzny pejzaż, który nazywamy tożsamością. Model wychowania, który obowiązywał w Polsce przez stulecia, sprawiał, że cała paleta emocji – radość, smutek, gniew, zaskoczenie – zlewa się w tej jeden, jednostajny kolor, szaroburą złość. O tym też pisano i śpiewano wielokrotnie: to już wyświechtany komunał, że w Polsce rzeczywistość zdaje się być szara. Wyprana z ekspresji, a przez to przytłaczająca. „Nie potrzebuję was chcę być sam, zostawcie mnie odczepcie się. Mam to co mam, chcę czego chcę, zostawcie mnie odczepcie się!” – wołał zespół Dezerter w piosence „Szara rzeczywistość". I dalej: „Nic mnie nie obchodzi co o mnie myślicie, odczepcie się chcę mieć własne życie. Zostawcie mnie samego bez waszych głupich rad, nie zrobię wam nic złego po prostu chcę być sam”.

Nie ma chyba lepszego krzyku sprzeciwu przeciwko patriarchalnej naturze relacji międzyludzkich. Zdanie „chcę czego chcę” i „zostawcie mnie bez waszych głupich rad” rozumiem o wiele lepiej dziś, jako rodzic czteroletniego dziecka. Weźmy dość typową sytuację, widzimy malucha, który „robi scenę” na ulicy: leży na chodniku, wali pięściami w ziemię i drze się bez opamiętania. Już słyszę dobre rady przechodniów: „proszę uspokoić dziecko”, „wstyd, co za niegrzeczne zachowanie”, „zaraz panu wejdzie na głowę”. Tradycyjny model wychowania zakłada, że wrzeszczącego bachora należy spacyfikować – wziąć pod pachę, zabrać do domu, a potem ukarać. Najlepiej dać lanie, by popamiętał, że tak się zachowywać nie wypada.

Problem polega na tym, że małe dziecko nie wie, czego chce. Model rodzicielstwa bliskości, który dopiero od niedawna zyskuje na popularności, zakłada, że taki wybuch ma swoje podłoże i opiekun powinien pomóc maluchowi dotrzeć do jego przyczyn. Skrypt zachowania dla dorosłych jest tutaj następujący: najpierw trzeba przeczekać atak, będąc cały czas obok dziecka, dając mu do zrozumienia, że opiekun jest wsparciem i że bezwarunkowo akceptuje targające maluchem emocje. Choć jeszcze nie wiadomo, jakie to uczucia. Gdy wybuch minie – to może trwać trzy minuty lub trzydzieści – można zacząć rozmowę. Wspólnie zrozumieć, co się stało. Może się okazać, że powodem ataku było to, że dziecko nie chciało wracać do domu. Bo było na placu zabaw, wspaniale się bawiło i nie chciało tego przerywać. Małe dzieci nie potrafią myśleć w kategoriach czasu linearnego. Nie potrafią sobie wyobrazić, że jutro też będzie dzień. Jak kończy się coś fajnego, to kończy się radykalnie. Tak, jakby już nigdy więcej w życiu nie mieli zjeżdżać ze zjeżdżalni. Dlatego powrót do domu z placu zabaw może być dla nich prawdziwą tragedią.

Złość, którą dziecko wyraziło robiąc awanturę na chodniku, była złością wobec opiekuna czy opiekunki, którzy przerwali zabawę. W psychologii nazywa się taką emocję wtórną. Pod nią, czai się zwykle emocja pierwotna. - w powyższym przykładzie może to być smutek, będący naturalną reakcją na stratę – koniec zabawy. Taka sytuacja jest trywialna tylko dla dorosłych, którzy rozumieją, że skoro zbliża się wieczór, to trzeba wrócić do domu, wykąpać się, zjeść kolację, umyć zęby. Małe dziecko żyje w wiecznym teraz. Jego opór nie wynika ze złej woli, ale z tego, że jego mózg nie rozwinął się jeszcze na tyle, aby to wszystko pojąć. Oczekiwanie, że trzylatek będzie zachowywał się w tej sytuacji racjonalnie, to tak jak oczekiwanie, że będzie rozwiązywał równania różniczkowe.

Gwałtowne i zdecydowane reakcje dziecka łatwo odczytać jako krnąbrność, robienie dorosłemu na złość, celowe ociąganie się, niesłowność („no przecież umówiliśmy się, że idziemy po tym jak pięć razy zjedziesz ze zjeżdżalni – a już zjechałaś 10 razy i wciąż nie chcesz pójść”). Jak zaczniemy tak do dziecka mówić, rzucając na przykład „No nie złość się!”, to ugruntujemy w nim przekonanie, że emocja, którą odczuwa, to złość. Choć faktycznie odczuwa smutek, choć jeszcze tego nie potrafi nazwać.

Jak dotrzeć do emocji, na którą maluch jeszcze nie ma słowa? Rozmawiając. Zacząć od pytań sondujących. Jakby zarzucić wędką, a jak się trafi na właściwą, to dziecko to potwierdzi. „Fajnie się było bawić, tak”? – można zapytać, a jeśli dziecko przytaknie, to można pójść tym tropem. ”Nie chciałeś, żeby zabawa się kończyła?”. „Chciałbyś tutaj cały czas być?”. I wtedy można nazwać tę emocję, tak, aby dziecko się jej nauczyło. „Rozumiem, jest ci smutno, że musimy już stąd iść”. Podobne emocje – smutek związany ze stratą – będą pojawiać się, gdy skończą się wakacje, gdy rozstajemy się z ludźmi, który są dla nas ważni i tak dalej. Jeśli pomożemy dziecku odnaleźć się w tym emocjonalnym gąszczu, to po jakimś czasie samo nam powie: „żal mi wyjeżdżać”, albo „będę za nimi tęsknić”. W ten sposób dziecko zaczyna uczyć się, czym jest smutek. Poznaje, że emocje to cała paleta różnych barw i nie będzie już nam robić awantury.

Gdy już się rozróżniło kolory podstawowych emocji, to można przystąpić do ich mieszania, by w ten sposób uzyskać nowe barwy. Dorosły, który ma umiejętność myślenia w dłuższej perspektywie czasowej, może wtedy powiedzieć: „Za rok możemy znów przyjechać tu na wakacje”, albo „zobaczysz się z kuzynami na twoich urodzinach”. Nie chodzi o to, aby smutek czymś przysłonić – jak w sytuacji siłowego spacyfikowania wrzeszczącego bachora przykrywamy smutek złością. Chodzi o to, by pomóc dziecku ze smutkiem się uporać. Dać mu poczucie, że jego strata nie jest wcale tak ogromna, bowiem jutro też jest dzień. Mówiąc „niedługo tu wrócimy”, przyklejamy do pierwotnego smutku uczucie nadziei. Jeśli dziecko nam ufa, to nawet jeśli nie potrafi sobie tej przyszłości wyobrazić, to uwierzy nam, że strata, którą odczuwa nie jest ostateczna.

Bardzo nie lubię, gdy ludzie na ulicy mówią o mojej córce: „Ale grzeczna dziewczynka” (a mówią tak często). Oczekiwanie „grzecznego” zachowania to łamanie dziecka – zmuszanie przemocą do tego, aby zachowywało się wypełniając nasze, a nie swoje potrzeby.

Moja córka sprawia pozory grzecznej, gdyż jak wiele dzieci z jej pokolenia, nauczyła się rozpoznawać i regulować swoje emocje. Proces uczenia się tego czym jest smutek, w jej przypadku trwał jakieś pół roku. Na początku emocja ta była przykryta złością, bo złość często rozlewa się na inne uczucia. Ale z każdego małego kryzysu Nina wychodziła wzmocniona o umiejętność rozpoznawania własnych potrzeb i emocji. Coraz częściej jest w stanie powiedzieć: „chcę czego chcę”.

To wszystko nowość: wychowanie dzieci oparte na przekonaniu, że zadaniem rodzica jest pomóc dziecku w trudnej sztuce identyfikowania i regulacji własnych uczuć. Model tradycyjny ucinał sytuację w zarodku, nakazywał dziecku uspokojenie się, zachowanie zgodne z konwenansem. Zakładał, że dzieci głosu nie mają. Zwłaszcza tego wewnętrznego, który potrafi docierać do głębi swojego doświadczenia i odmalować emocjonalny pejzaż w całej jego złożoności. Jeśli człowiek nie ma tej umiejętności (ja uczyłem się tego jako dorosły człowiek), to ich wewnętrzny pejzaż będzie szarobury: złość rozpanoszy się, przykrywając inne barwy.

***

Tłumienie emocji tak, aby stały się niewymówioną, bierną złością, to tylko jeden z elementów socjalizacji do patriarchalnego modelu relacji międzyludzkich. Jest ich oczywiście więcej. Na przykład zawsze dziwiło mnie, że w moim rodzinnym domu do rodziców należało zwracać się w trzeciej osobie. „Czy może mi mama podać sól”, „Dokąd tata idzie?” – w tym stylu, tak jak zwracamy się do nieznajomych („Czy może mi pani podać sól”, „Dokąd pan idzie?”). Jako rodzic wiem, że nie ma w tym nic naturalnego. Dzieci uczą się naśladując dorosłych (robią nie to, co im mówimy, żeby robiły, ale kopiują nas), więc jeśli rodzice zwracają się do siebie po imieniu i w drugiej osobie, to dzieci naturalnie będą też tak robić. Maluchy trzeba zatem wytresować do tego, aby mówiły do opiekunów tak, jakby byli trzecią osobą, kimś obcym, jakimś panem lub jakąś panią.

Ów pozornie błahy nawyk językowy jest wyrazem czegoś głębszego: tego, że relacja opiekuna z dzieckiem nie jest oparta na bliskości i wzajemności, ale na stworzeniu i utrzymaniu dystansu. Ów dystans jest kluczowym elementem patriarchalnego wychowania do posłuszeństwa.

Ojciec i matka nie są drugą osobą, tak jak każda inna druga osoba, z którą wchodzimy w relacje wzajemności (rówieśnicy, sąsiedzi, koleżanki), ale figurą Ojca i Matki. Mama, do której zwracamy się jakby była jakąś panią, jest tą samą figurą, co pani dyrektor czy pani kierownik – nie tyle osobą, ale funkcją. Strażnikiem społecznego konwenansu. Postacią, która wygłasza pochwały (dziecko zachowuje się zgodnie z oczekiwaniami) albo reprymendy (dziecko zachowuje się niezgodnie z oczekiwaniami).

Zawsze dziwiło mnie też, że nie tylko ja, ale i cały świat, ma ojca. Dzieciom mówi się, że Bóg Ojciec to taki srogi starzec z siwą brodą, który z nieba spogląda na ludzi, oceniając ich zachowanie. Ten Wszechojciec jest z zasady nieosiągalny: nie wchodzi w dialog, tylko wygłasza sądy – mówi, jak jest, albo jak być powinno. Karze lub nagradza. Ta zbieżność nie jest przypadkowa – religie monoteistyczne wykształciły się tysiące lat temu wraz z patriarchatem oraz instytucją niewolnictwa. Bóg Ojciec jest Panem – jednocześnie rodzicem i właścicielem, tak jak właściciel niewolników był też ich, symbolicznym, ojcem. I to właśnie echo tej historii zawarte jest odnoszeniu się do rodziców jak do nieznajomych, mówienie do nich w trzeciej osobie liczby pojedynczej, jakby byli Panem czy Panią.

Instytucja niewolnictwa jest najprawdopodobniej najstarszą, jaką zna ludzkie społeczeństwo. Bez niej nie byłoby też Polski. Pieniądze, które ojciec i zapewne dziadek Mieszka I, otrzymał za niewolników – sprzedawanych do islamskich metropolii, ówczesnego centrum świata – posłużyły do zbudowania podwalin pierwszego polskiego państwa. Tutaj też zbieżność nazw nie jest przypadkowa: słowo „państwo” oznacza w polszczyźnie nie tylko instytucje publiczne (taki model państwa to wynalazek XIX wieku) ale też i klasę ludzi możnych i zamożnych. „Jeśli Bolesław II [Szczodry] nadawał swym klasztorom całe setki niewolnych z rodzinami, to sam miał ich bez wątpienia tysiące”, twierdził Karol Modzelewski. Jak pisał z kolei Marian Małowist, „przejście karawan niewolniczych przez Lwów nie należało w drugiej połowie XV wieku do rzadkości”.

U schyłku średniowiecza zanika niewola w ścisłym (prawnym) tego słowa znaczeniu, a pojawia się pańszczyzna – jedna z wielu znanych na świecie mutacji instytucji niewolnictwa.

Dziś pańszczyzny też już nie ma, ale patriarchalny model relacji społecznych, który rodzi się poprzez „tradycyjny” model wychowania, pozostał.

W książce „Chamstwo" pokazuję, że w społeczeństwie staropolskim każdy chciał być „Panem” – a w zasadzie jaśniepanem, panem wszechmogącym. Czyli takim, który ma władzę absolutną. Panem był oczywiście szlachcic, właściciel dóbr ziemskich, a w zasadzie właściciel pańszczyźnianych dusz. Ale panem też mógł być – chociaż przez chwilę – chłop, jeśli miał kogoś, kogo mógł zdominować. Do tego służyli najbliżsi: żona, dzieci i służba: parobek czy dziewka. Na tym polegało panowanie – nie królów (tych też, bo oni też byli przecież panami), ale w relacji pan-niewolnik, lub, mówiąc inaczej, pan-podwładny. Panem był ten, kto miał nad kim panować.

Społeczeństwo staropolskie było „społeczeństwem Panów” – każdy miał swoich podwładnych, natomiast Panowie względem siebie byli równi. Model ten przetrwał zniesienie pańszczyzny w 1861 roku, likwidację szlacheckich prerogatyw w 1921 roku, jak i koniec gospodarki folwarcznej w 1944 roku. Państwo, jako odrębna grupa społeczna, posiadająca określone przywileje, nie tyle zniknęła, ile krąg osób, które mogły stać się Panami, został poszerzony. Dziś każdy z nas jest Panem i Panią, bo z założenia wobec nieznajomych jesteśmy równi. To dlatego do rodziców mówi się w trzeciej osobie. W ten sposób wyrażamy, że rodzice należą do świata Panów i Pań – dorosłych, którzy są pełnoprawnymi członkami społeczeństwa. Dzieci do niego z zasady nie należą. Muszą dorosnąć, aby Panem czy Panią się stać.

Współczesne „panowanie” (czyli mówienie „na Pan/Pani) jest także narzędziem budowania hierarchii, pokazania, kto ma władzę, a kto jej podlega. Na przykład w szkole: nauczyciele mówią do uczniów po imieniu, natomiast uczniowie mówią do nauczycieli „proszę Pani / Pana”. Ale nie tylko: pewien znany profesor nauk humanistycznych miał w zwyczaju najpierw przechodzić ze swoimi doktorantami „na ty”, by następnie, z zaskoczenia, nagle zacząć do któregoś czy którejś z nich zwracać się „per Pan / Pani”. Potrafił zrobić to ot tak, w środku rozmowy, nigdy nie wyjaśniał, dlaczego. To był sposób na trzymanie doktorantów „pod butem”. Pokazywał, że ma nad nimi władzę – w zależności od swojego widzimisię, mógł skracać lub stwarzać dystans.

***

Panowanie, czy to w archaicznej, czy współczesnej formie, jest narzędziem dominacji. Gdy rodzic mówi do dziecka leżącego na chodniku i walącego pięściami w ziemię, „opanuj się”, to oczekuje, że ono samo wobec siebie będzie dokonywać dominacji. Małe dzieci tego nie potrafią, bo raz, że nie nabyły umiejętności regulacji własnych emocji, a dwa, taka auto-pacyfikacja nie jest naturalnym odruchem. Tego też dziecko musi się nauczyć, od dorosłych, którzy łamią je przykrywając pierwotny smutek, wtórną złością. Ta z kolei zostaje wygłuszona „grzecznością". Grzeczność ta jest jedynie fasadowa – bo pod przykrywką wtórnego gniewu, gotuje się przecież pierwotna, inna zupełnie emocja, do której ani dorosły, ani tym bardziej dziecko, nie mają dostępu. Nie docieramy do właściwego „ja”, bo proces „opanowania się” rozgrywa się na poziomie drugiej, wtórnej warstwy – złości.

W ten sposób złość staje się polem bitwy. Rodzic postrzega „złość” dziecka jako niesubordynację – naruszenie swojej wszechmogącej władzy. Będzie oczywiście to racjonalizował, przypominając sobie, że przecież jest już późno i należy wrócić do domu na kolację, a potem przygotować się do snu. Ma oczywiście rację, ale porządek emocji opiera się na innych zasadach, ma inną racjonalność. Trzymając się swojej, dorosło-obiektywnej racji, dla „dobra dziecka” musi emocje podporządkować. Tyle że to jest abstrakcyjne dobro dziecka, a nie dobrostan tej konkretnej osoby, która właśnie wali pięściami w chodnik. Czasami lepiej żeby dziecko poszło spać bez wieczornej kąpieli, ale z ułożonymi emocjami.

Gniew dziecka wywołany jest nie sytuacją wyjściową (fajna zabawa, która się kończy), ale brakiem zrozumienia ze strony opiekuna i jego próbą przemocowego rozwiązania sytuacji. „Opanuj się” – mówi dorosły, dziecko może raz się opanuje, dorosły wygra, ale sytuacja ta będzie się powtarzać. W ten sposób relacja między opiekunem a dzieckiem staje się trzecioosobowa, bowiem chodzi w niej o „panowanie”, nawet jeśli jest to panowanie nad własnymi emocjami. Człowiek opanowany to człowiek posłuszny, grzeczny. To działanie na płaszczyźnie płytkiej, na płaszczyźnie społecznych konwenansów, a nie dialog dwójki współ-czujących osób. Raz dorosły wygra, ale potem dziecko może zacząć robić faktycznie dorosłemu na złość, zacznie od razu się złościć, gdy będzie widziało, że dorosły chce zakończyć jego zabawę. Albo przeniesie złość na zupełnie inne pole. W ten sposób złość, jak chwast, rozplenia się. Rozlewa się na wszystko, zalewa cały wewnętrzny krajobraz burą szarością.

I stanie się zupełnie autentyczna: będzie złością na życie w społeczeństwie patriarchalnym, w którym ludzie obcy – łącznie z rodzicami – mówią tobie co masz robić, jak masz się zachować. Te inne, nierozpoznane i nienazwane, emocje będą się w środku kotłować. I nie zostawią człowieka w spokoju. Kiedyś trzeba będzie się z nimi zmierzyć.

Grzeczny, spacyfikowany trzylatek to idealny przepis na zbuntowanego, gniewnego nastolatka, wulkan nierozpoznanych i nienazwanych emocji.

Jeśli ów nastolatek będzie miał na tyle siły, żeby się rozgniewać, to będzie wołać za zespołem Dezerter: „zostawcie mnie, odczepcie się”. A jeśli i ten bunt przeciwko dominacji zostanie złamany, to pozostanie jedynie ta cicha, bierna polska złość, ten kamień w butach, który uwiera i który rodzi bierną agresję, pochmurną minę, słowem: tę naszą cichą, polską złość.

Kacper Pobłocki, doktor habilitowany nauk humanistycznych, antropolog społeczny i historyczny, wykładowca w interdyscyplinarnym Centrum Europejskich Studiów Regionalnych i Lokalnych Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książek m.in. "Kapitalizm. Historia krótkiego trwania" oraz "Chamstwo", która znalazła się w tegorocznym finale Nagrody Literackiej „Nike” oraz otrzymała nominację do Nagrody im. Marcina Króla. Opublikował także wiele artykułów i opracowań z zakresu antropologii i socjologii miasta.

Udostępnij:

Kacper Pobłocki

antropolog społeczny, pracuje na Uniwersytecie Warszawskim. Jego „Chamstwo” (Wyd. Czarne) znalazło się w finale tegorocznej Nagrody Literackiej Nike.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne