Rząd PiS obiecywał, że zbuduje wschodnią obwodnicę Łodzi znacznie taniej, niż planowali poprzednicy. I rzeczywiście, ściął koszty. Ale z zapowiadanego wielkiego sukcesu wyszła pospolita fuszerka

Ciężki sprzęt i rozkopaną ziemię widać pod Pabianicami i na łódzkiej Retkini. Budowa Zachodniej obwodnicy Łodzi wychodzi na powierzchnię i nabiera kształtów. Dziś kierowcy jeżdżą tylko po krótkim, zbudowanym jeszcze w 2012 roku odcinku z Pabianic do Łodzi. Po latach obietnic ruszyły jednak prace nad jego przedłużeniem. Cała trasa ma być gotowa w 2023 roku.

Inwestycja projektowana za czasów PO miała być, według obecnego rządu, „głęboko przewymiarowana”. PiS- owskie ministerstwo infrastruktury obiecywało, że zbuduje drogę znacznie taniej, niż planowali poprzednicy z Platformy. Dzięki zmianom w projekcie udało się zaoszczędzić 300 milionów złotych.

Czyżby więc sukces rządu? Nie bardzo.

Jeszcze w listopadzie 2016 roku przedstawiciele rządu PiS obiecywali, że droga powstanie do 2020 roku. W międzyczasie jednak zmienili zdanie. A tańsze budowanie też ciężko pochwalić. Oszczędności wynikają z faktu, że ministerstwo infrastruktury i GDDKiA znacznie pogorszyły standard budowanej trasy. Za ścinanie kosztów zapłacą mieszkańcy Łodzi i okolic.

Po co Łodzi obwodnica?

Wschodnia obwodnica, czyli trasa S14 ma otaczać łódzki obwarzanek: Zgierz, Aleksandrów i Konstantynów Łódzki oraz Pabianice. Przez miasta przebiegają drogi łączące ekspresówkę S8 (Warszawa – Piotrków) z autostradą A2. To wystarczy, by Zgierz w piątkowe przedpołudnie wyglądał jak stolica drogowego Armageddonu. Na głównym skrzyżowaniu widzimy sznur ciężarówek z powtykanymi pomiędzy nimi autami osobowymi.

„Masakra. Wyjazd z dowolnej ulicy na drogę główną to dziesięć minut czekania. Nie mówiąc o smogu i hałasie. Ja te tiry słyszę u siebie, a mieszkam z kilometr stąd” – opowiada Adam ze Zgierza

Sytuacja nie wygląda lepiej w Aleksandrowie Łódzkim. „U nas zbiegają się dwie ważne drogi krajowe. Miasto jest w godzinach szczytu zakorkowane całkowicie. A poza szczytem jest niewiele lepiej” – mówi burmistrz Aleksandrowa Jacek Lipiński.

Nic dziwnego, że miasta wokół Łodzi czekają na obwodnicę jak na zbawienie.

„Dzięki S14 z Aleksandrowa w każde miejsce w Polsce dojedziemy drogami ekspresowymi i autostradami. Taka lokalizacja to marzenie z punktu widzenia inwestycyjnego. Liczyliśmy, że trasa rozwinie lokalną gospodarkę” – opowiada burmistrz.

Pierwszy przetarg na budowę S14 ogłoszono 2 października 2015 roku. Na dwa tygodnie przed wyborami, w których Platforma oddała władzę PiS-owi. Politycy Platformy liczyli chyba, że rząd PiS nie ruszy już ogłoszonego przetargu i trasa powstanie.

Pod koniec 2017 roku przetarg stał jednak w miejscu. Pojawiły się pierwsze sygnały, że rząd PiS odkłada inwestycję na półkę. Poseł Cezary Grabarczyk (PO) dopytywał na sejmowej komisji infrastruktury z czego wynika opóźnienie w rozstrzygnięciu przetargu.

Wiceminister Jerzy Szmit tłumaczył, że jego rząd otrzymał w spadku po pośrednikach program budowy dróg opiewający na 200 miliardów złotych, za to budżet na program wynosił 107 miliardów. Gdzieś trzeba będzie ciąć – zdawał się sugerować wiceminister.

A czemu akurat na obwodnicy Łodzi? „Jest to dzisiaj tak naprawdę droga, która będzie służyła wyłącznie miastu Łodzi. Jak spojrzymy na mapę, to nikt nie może mieć co do tego wątpliwości. Zarówno na kierunku północ-południe, jak i wschód-zachód, wokół Łodzi można objechać dziś autostradami lub drogami ekspresowymi” – tłumaczył wiceminister. To brzmi tak, jakby rządowi szkoda było pieniędzy na drogę, która pomoże głównie mieszkańcom Łodzi.

Lokalne media po słowach wiceministra podniosły burzę, A Szmit rakiem wycofał się ze swoich słów. W listopadzie 2016 zjechał do Pabianic, gdzie na konferencji prasowej podpisał skierowanie przetargu do drugiego etapu. Koszt budowy S14 szacowano na ponad 1,7 miliarda złotych.

Szmitowi towarzyszył wicepremier Piotr Gliński, ówczesna jedynka PiS z Łodzi. Szmit podkreślał, że rząd wahał się, czy budować trasę, ale przeważyła inicjatywa Glińskiego i łódzkich parlamentarzystów PiS. Szybko okazało się, ile warte są ich słowa.

W lutym 2017 roku otworzono oferty wykonawców zainteresowanych budową S14. Najniższe oferty dla dwóch odcinków składających się na trasę wyniosły łącznie 1,58 miliarda złotych. Okazało się, że rząd zmniejszył kwotę, którą zamierzał przeznaczyć na drogę. Nowy kosztorys inwestorski opiewał na 1,43 miliarda złotych. Oferty wykonawców przekroczyły więc nowy budżet o 150 milionów złotych.

Skąd te oszczędności?

Wiceminister Szmit tłumaczył, że wzrost wartości zadań pogłębiłby deficyt w krajowym budżecie przeznaczonym na budowę dróg. Za kwotę, którą dodatkowo należałoby dołożyć do realizacji Zachodniej Obwodnicy Łodzi, można byłoby zbudować dużą obwodnicę niejednego miasta – tłumaczył na konferencji prasowej.

Argumentował, że w Polsce średni koszt budowy kilometra drogi ekspresowej to ok. 40 mln zł. Przy S14 ta kwota wyniosłaby aż 70 milionów. Projekt jest więc przewymiarowany. Stosując inne rozwiązania techniczne, na przykład korygując niweletę drogi czy zmieniając konstrukcję nawierzchni, uda się zbić koszty – zapewniał wiceminister.

Takie podejście zdziwiło wykonawców. Prezes Budimexu Dariusz Blocher tłumaczył w rozmowie z portalem Rynek Infrastruktury, że taka cena wynika z trudnych warunków gruntowych oraz wysokiego stopnia urbanizacji terenów, przez które przebiega trasa. To oznacza konieczność budowy dużej liczby obiektów inżynierskich.

Jednocześnie minister Szmit zapewniał, że Główna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) niezwłocznie przystąpi do rozpisania kolejnego przetargu w formule „optymalizuj i wybuduj”. Nowi wykonawcy poprawią projekt tak, żeby budowa wyszła taniej.

Joanna Kopcińska, posłanka PiS przekonywała, że maksymalne opóźnienie wyniesie 1,5 roku. Biorąc pod uwagę, że droga powstanie w 2023, a nie w 2020 roku możemy mówić raczej o trzyletnim opóźnieniu. Ale nie to okazało się największym bólem głowy mieszkańców.

Cięcie po węzłach

Wybór nowych wykonawców potrwał do sierpnia 2019 roku. Wiemy już, że budowa obu odcinków wyniesie 1,28 miliarda złotych. W ten sposób rząd PiS w porównaniu z pierwszym przetargiem zaoszczędził 295 milionów złotych.

Rządzący nie poinformowali, w jaki sposób udała im się ta sztuka. Musieli to dopiero wykryć dziennikarze. Lokalna „Gazeta Wyborcza” ustaliła, że z projektu wypadła część węzłów drogowych.

Okazuje się, że przy budowie zrezygnowano z łącznika między S14 a drogą nr 91 za Zgierzem. Z planów wypadł węzeł „Lućmierz”, który miał zapewnić dojazd ze Zgierza na S14.

Istniejący na autostradzie A1 węzeł „Emilia” zostanie przebudowany tak, że… nie wjadą na niego kierowcy. Okrojony zostanie również węzeł „Aleksandrów Łódzki”, a węzeł „Łódź Teofilów” nie powstanie wcale.

Zobacz mapę projektowanej obwodnicy s14

„Dostaniemy obwodnicę miasta, na którą nie będziemy mogli wjechać. Obwodnice buduje się nie tylko dla ruchu tranzytowego, ale także dla ruchu lokalnego. Droga pomogłaby mieszkańcom np. w szybszym dojeździe do pracy w Łodzi. Mieszkańcy poniosą straty, bo droga odetnie duże osiedla od lasu. Zarazem nie będą mieli żadnych zysków z jej budowy” – mówi zgierski radny Przemysław Jagielski (PO).

Po likwidacji węzłów cały ruch ze Zgierza, Aleksandrowa i północnej części Łodzi skoncentruje się na węźle Aleksandrów Łódzki. „Mieszkańcy Zgierza nie odczują komfortu dzięki obwodnicy, bo droga będzie się korkować na samym zjeździe” – dodaje radny.

Tego efektu obawiają się też w Aleksandrowie. „W obecnym kształcie trasa może nam wręcz zaszkodzić, bo kierowcy dojeżdżający do S14 będą siłą rzeczy przejeżdżać przez centrum miasta” – dodaje burmistrz Jacek Lipiński.

O jakiej liczbie pojazdów mówimy?

Maciej Zalewski z GDDKiA w Łodzi informuje, że prognozy ruchu dla węzła Aleksandrów powstały, ale opracowała je centrala Dyrekcji w Warszawie. „Czekamy na ich przekazanie” – informuje Zalewski.

To nietypowa sytuacja. Decyzję o rezygnacji z budowy części węzłów podjęto na etapie ogłaszania nowych przetargów, a więc w 2017 i 2019 roku. Tymczasem lokalny oddział GDDKiA do dziś nie wie, jak ta decyzja wpłynie na natężenie ruchu na pozostawionych węzłach. Nie jest to dobry prognostyk dla kierowców, którzy będą chcieli skorzystać z nowej drogi.

Z kolei brak węzła Teofilów oznacza, że dziesiątki tysięcy mieszkańców Łodzi zostało odciętych od wjazdu na obwodnicę swojego miasta.

Łódzki radny Mateusz Walasek (PO) tłumaczy, że drogi dojazdowe do pozostawionych węzłów nie są przygotowane na zwiększone natężenie ruchu. „Nikt tego nie przewidywał, drogi nie są na to gotowe, a to oznacza korki. Wiele osób po prostu zrezygnuje z korzystania z obwodnicy. Rząd PiS będzie udowadniał, że węzły nie są potrzebne, bo drogą i tak ludzie nie jeżdżą. Jak mają jeździć, jak nie będą mogli na nią wjechać?”.

Niech miasta dołożą kasę

Dzięki informacjom z łódzkiego oddziału GDDKiA wiemy, że szacowany koszt budowy węzła Teofilów to 114 milionów złotych. Węzeł Lućmierz miał kosztować 52 miliony złotych. Samo „wycięcie” węzłów przyniosło więc 164 miliony zł oszczędności.

Nieznane są koszty budowy łącznika między S14 a DK nr 91, można jednak przypuszczać, że większość oszczędności to efekt okrojenia inwestycji, a nie zmian w projekcie i optymalizacji. Zmiana sposobu budowy drogi (niwelety) uratuje dla budżetu państwa kilkadziesiąt milionów złotych. Niezbyt wiele przy inwestycji tej skali. Do kosztów należy też dodać koszty nowych przetargów

„Samo odsunięcie rozpoczęcia inwestycji powoduje straty. Przecież istniejąca droga już „pracowałaby” na rzecz Łodzi i okolic. Tych kosztów nikt nie policzył. Brak kluczowych węzłów graniczy znaczenie tej drogi. Łódź nie będzie mogła wykorzystać potencjału, jaki daje S14. Aleksandrów, Konstantynów Łódzki, Zgierz nadal będą zakorkowane, nie odczują dobrodziejstwa tej drogi” – dodaje Cezary Grabarczyk, poseł PO, jeden z pomysłodawców S14. Taki kształt S14 utrudnia też dojazd na łódzkie lotnisko, ogranicza jego potencjał.

Maciej Zalewski z GDDKiA tłumaczy, że wszystkie węzły zostaną zaprojektowane w ramach obecnych przetargów. Nie będą realizowane, ale zawsze będzie można dobudować je później. Czyli kiedy? Nie wiadomo. Waldemar Buda z PiS, w 2019 roku pełniący funkcję wiceministra inwestycji i rozwoju, proponował, by Łódź i okoliczne gminy współfinansowały budowę węzłów.

„Nigdzie w kraju nie jest tak, że samorządy dokładają się do budowy drogi krajowej, która nie jest zadaniem miasta. Proszę powiedzieć, którą szkołę albo linię tramwajową mamy zamknąć, żeby finansować zadanie własne rządu? Taka propozycja to szczyt bezczelności” – denerwuje się radny Walasek.

Północny odcinek S14 ma zostać oddany do użytku w połowie 2022 roku, a południowy w 2023. Wtedy zobaczymy, jaki efekt będzie miała budowa drogi w okrojonym kształcie. Chyba, że w międzyczasie znajdą się pieniądze na budowę węzłów. Zważywszy na fakt, że Łodzią rządzi prezydent z PO, wydaje się to mało prawdopodobne.

OKO pisze o polskiej gospodarce.
Wesprzesz nasze finanse?

Komentarze

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press