0:00
24 października 2021

Tak Polska i Niemcy grają ludźmi w ping-ponga. "Kupili nam bilet do Warszawy i powiedzieli: jedźcie"

Obudziło nas walenie do drzwi, była 5. rano. Otworzyłem. Do pokoju weszło kilkunastu strażników. Powiedzieli, że mamy pięć minut, aby się spakować i że musimy jechać do Polski. Pojechaliśmy. Na trzy dni

Wydrukuj

Przez bramę ośrodka recepcyjnego w Eisenhüttenstadt wychodzi do mnie młody chłopak. Jest zimno i pada, ale na nogach ma sandały. Prosi, żebym mówiła do niego Elham. Próbuje się uśmiechnąć, ale źle się czuje. Nie spał w nocy.

Martwi się o brata, którego od czterech godziny przesłuchuje Federalny Urząd ds. Migracji (BAMF). Miał wyjaśniać dlaczego wyjechał z Afganistanu, jak przedostał się do Niemiec i dlaczego chce tu zostać. Elham boi się, że brata już nie ma w Eisenhüttenstadt, że przesłuchanie się skończyło, a niemieckie służby cofnęły go do Polski.

"Już raz nas cofnęli, miesiąc temu".

Deportowali?

"Nie, cofnęli. To nie deportacja. Muszę opowiedzieć ci od początku, bo się pogubisz".

Siadamy na ławce przed wejściem do ośrodka. Elham ma 21 lat. Jest z Afganistanu. W ośrodku mieszkają z bratem w niewielkim pokoju.

Afganistan, Moskwa, las

Rok temu ojciec kupił bilety lotnicze dla całej rodziny. Baliśmy się, że w Afganistanie będzie wojna. Ci, którzy sprzedali bilety, mieli nas zawieźć do Niemiec. Ale najpierw polecieliśmy do Moskwy. W Moskwie mieszkaliśmy u nich siedem miesięcy. W końcu pod dom podjechał samochód. Kazali nam do niego wsiąść z bratem. Moja rodzina wyjechała z Moskwy tydzień później”

Elham mówi, że w samochodzie nie byli sami.

„Jechało z jeszcze jakieś małżeństwo Irakijczyków. Kobieta była w ciąży. Myśleliśmy, że jedziemy do Niemiec, ale zawieźli nas do lasu. Kazali wysiąść. Szliśmy za czterema osobami, mówili, że prowadzą nas do Niemiec”.

Znowu drży. „Wcześniej nic nie mówili o lesie. Była 01:00 w nocy, tak ciemno, że nie widzieliśmy swoich twarzy. Trzymaliśmy się za ręce. Nagle te cztery osoby, które miały nas zaprowadzić do Niemiec, zniknęły. Pewnie uciekli. Dalej szliśmy sami. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Ciężarna kobieta płakała. Było jej zimno”.

Elham oddał jej dwie butelki wody. Nie wypił ani kropli. Kobieta nie chciała pić, oszczędzała, bała się, że w lesie będą długo. Nie mieli jedzenia.

„Dzwoniliśmy do tych ludzi, którzy mieli nas zawieźć do Niemiec. Powiedzieli, że mamy czekać na taksówkę. Nie przyjechała”.

Pytam, ile czasu byli w lesie.

„Osiem godzin. O 09:00 rano wyszliśmy na szerokie pole, szliśmy przed siebie. Zatrzymał się przy nas samochód Straży Granicznej. Zawieźli nas na komisariat policji. Powiedzieli, że jesteśmy w Polsce, w Narewce, że nielegalnie przeszliśmy przez granicę polsko-białoruską, że nie możemy jechać do Niemiec. Wzięli nam telefony. Dali jeść i pić. Potem zawieźli nas do ośrodka zamkniętego dla uchodźców. Musieliśmy poprosić o azyl”.

W Eberswalde byliśmy szczęśliwi

Elham nie pamięta, gdzie był ten ośrodek, „ale czułem się jak w więzieniu”.

Przecież to ośrodek dla uchodźców, a nie więzienie - mówię.

„Ośrodki dla uchodźców są w Niemczech. W Polsce są więzienia. Nie miałem telefonu, nie mogłem wyjść, jakbym popełnił przestępstwo. A przecież nikogo nie skrzywdziłem. Uciekłem z Afganistanu, by ratować życie. Migracja nie jest przestępstwem, to prawo każdego człowieka. Nikt na świecie nie mówi, że jak uciekasz, by się ratować, to robisz coś nielegalnie. Tylko Polacy”.

Ośrodek dla uchodźców w Eisenhüttenstadt w Niemczech. Październik 2021 r. Fot. Julia Theus / OKO.press

„Wyszliśmy z bratem z ośrodka po czterech miesiącach. Rozpoczęła się wtedy nasza procedura azylowa. Kazali nam jechać do ośrodka w Dębaku. Tam była cała moja rodzina. Postanowiliśmy pojechać do Niemiec, ale nie dzwoniliśmy już do ludzi, którzy mieli nas tam zawieźć”.

Uciekliście?

„Nie uciekliśmy. Tam można wychodzić, to otwarty ośrodek. Pojechaliśmy do Frankfurtu nad Odrą. Na peronie zatrzymała nas straż graniczna i zawiozła całą rodzinę do ośrodka w Eberswalde. W Eberswalde byliśmy szczęśliwi. Jakbyśmy zaczęli nowe życie. Nikt nie zabrał nam telefonu”.

Niemcy cofają do Polski. Róbcie, co chcecie

„Obudziło nas walenie do drzwi, była 05:00 rano. Otworzyłem. Do pokoju weszło kilkunastu strażników. Powiedzieli, że musimy natychmiast opuścić kraj, że mamy pięć minut, aby się spakować. Do torby włożyłem kilka swetrów, spodnie i koszulkę. Wszyscy się obudzili. Dwie siostry, dwóch braci, mama i tata, płakali. Najmłodszy brat krzyczał. Mama pytała, dlaczego zabierają jej synów. Tata zachorował z nerwów i trafił do szpitala na 10 dni.

To było miesiąc temu. Strażnicy powiedzieli, że musimy jechać do Polski, bo tam jest nasza procedura azylowa. Zawieźli nas na komendę. Dali do podpisania pismo, że zgadzamy się na cofnięcie do Polski. Powiedzieli, że jak nie podpiszemy, to rozpocznie się procedura o deportacje do Afganistanu”

– opowiada Elham.

„Powiedziałem strażnikom, że nie możemy wrócić do Afganistanu, że w Niemczech mamy całą rodzinę”.

Brat Elhama tłumaczył, że nie zostaną w Polsce, że raz już tam byli i uciekli.

Strażnik tylko się uśmiechnął: „Podpiszcie papier i róbcie co chcecie”. Podpisali.

„Niemieccy strażnicy kazali jechać do Warszawy, do Urzędu do Spraw Cudzoziemców. Dali nam bilety, zawieźli na dworzec w Rzepinie i odjechali. Byliśmy tak przerażeni, że wsiedliśmy w pociąg do Warszawy. W Urzędzie ds. Cudzoziemców kazali nam jechać do ośrodka dla cudzoziemców w Dębaku. Pojechaliśmy pociągiem”.

O tym, że bracia muszą wrócić do Polski zadecydował Federalny Urząd ds. Migracji (BAMF) na podstawie tzw. systemu dublińskiego, który określa zasady rozpatrywania wniosku o azyl przez państwa UE. Procedurę o ochronę międzynarodową może prowadzić tylko jeden kraj UE. A EIlham i jego brat zarejestrowali się wcześniej w Polsce.

„Znowu byliśmy w Dębaku. Dostaliśmy pokój. Byliśmy w szoku. Otrząsnęliśmy się po trzech dniach i wróciliśmy do Niemiec” – mówi Elham.

Znowu uciekliście? – pytam.

„Wyszliśmy, tłumaczyłem ci. Tam można wychodzić”.

Polska to po prostu taki kraj

„Na Dworcu Centralnym w Warszawie spotkaliśmy przy kasie Polaka, który nam pomógł. Zadzwoniliśmy z jego telefonu do naszej cioci, która mieszka w Düsseldorfie, w Niemczech. Wyjaśniła, że jedziemy do niej, że potrzebujemy pieniędzy. Prosiliśmy o pomoc. Kupił nam bilety. Wróciliśmy do Niemiec, wysiedliśmy na stacji Frankfurt Oder. Na peronie zatrzymała nas niemiecka straż. Zawieźli nas do ośrodka w Eisenhüttenstadt. Jesteśmy tu od miesiąca”.

Ośrodek dla uchodźców w Eisenhüttenstadt w Niemczech. Październik 2021 r. Fot. Julia Theus / OKO.press

Pytam jak mu się żyje tutaj, w Eisenhüttenstadt.

„Mam co jeść i gdzie spać. Uczę się niemieckiego. Ale ostatni miesiąc był zły. Nie wiemy, co będzie z nami dalej”.

Prosi, żebym pamiętała - on nie myśli o Polsce źle i nie myśli źle o mnie. „Polska to po prostu nie jest dobry kraj dla ludzi takich jak ja. Wierzę, że kiedyś to się zmieni” – mówi.

Po kilku dniach dzwonię do Elhama, ale nie odbiera. Piszę SMS - pytam, gdzie jest, czy brat wrócił z przesłuchania, czy znowu ich cofnęli?

„Brat wrócił. Jesteśmy razem, nadal w Eisenhüttenstadt. Czekamy na decyzję, co się z nami stanie. Boimy się”.

Urząd ds. Cudzoziemców w Eisenhüttenstadt poinformował OKO.press, że uchodźcy, którzy do Niemiec przedostali się przez Polskę i zarejestrowali się tam, będą musieli wrócić. Jeżeli ktoś po wycofaniu do Polski wróci do Niemiec, zostanie zwrócony ponownie.

Od stycznia do września 2021 roku służby niemieckie wysłały 650 próśb do strony polskiej o cofnięcie uchodźców, którzy wcześniej zaczęli procedurę azylową w Polsce. Polska strona wydała zgody na powrót 497 osób. Faktycznie wróciło 77 z nich.

Udostępnij:

Julia Theus

Dziennikarka, pracowała w „Gazecie Wyborczej” i Wirtualnej Polsce. W OKO.press od 2021 roku, absolwentka Filologii Polskiej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, stypendystka nauk humanistycznych i społecznych na Sorbonie IV w Paryżu (Université Paris Sorbonne IV).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne