Amerykański prezydent zderzył się ze ścianą. Jego groźby nie działają na Irańczyków. Dziś w nocy mija termin ultimatum przedłużanego od ponad dwóch tygodni: albo otwarcie cieśniny Ormuz, albo zniszczenia, jakich jeszcze nie widzieliśmy. Jesteśmy blisko dramatycznej eskalacji
Pierwszy raz niszczeniem irańskich elektrowni Trump zagroził w sobotę 21 marca. I ogłaszał, że jeśli Iran nie otworzy cieśniny Ormuz w ciągu dwóch dni, to rozpocznie się nowa faza wojny.
Kilka przedłużeń ultimatum później jesteśmy w najgroźniejszym momencie wojny. Obecna data, do której Iran ma się przed Trumpem ugiąć, to godzina 20 czasu waszyngtońskiego.
A jeśli się nie ugnie?
„Zginie dziś cała cywilizacja, i nigdy nie wróci. Nie chcę, żeby to się zdarzyło, ale raczej się wydarzy. Jednakże, skoro mamy teraz Kompletną i Totalną Zmianę Reżimu, w którym mamy teraz innych, mądrzejszych, mniej zradykalizowanych ludzi, może coś rewolucyjnie pięknego się wydarzy, KTO WIE? Dowiemy się dziś wieczorem, jeden z najważniejszych momentów w długiej i skomplikowanej historii świata. 47 lat wymuszeń, korupcji, śmierci, w końcu się zakończy. Niech Bóg błogosławi wspaniałym Irańczykom!” – napisał Trump dziś rano czasu waszyngtońskiego.
To kolejny w ostatnich dniach komunikat Trumpa, który z całą pewnością przejdzie do historii.
Człowiek, który do niedawna obsesyjnie marzył o zdobyciu Pokojowej Nagrody Nobla, dziś grozi wymazaniem całej irańskiej cywilizacji. Ciągła interpretacja słów Trumpa to zadanie karkołomne. Gdyby rozumieć ten wpis dosłownie, można tu zobaczyć zapowiedź ludobójstwa – cywilizację tworzą bowiem ludzie. I tego wpisu z pewnością nie należy lekceważyć. To retoryka, przy której prezydent George Bush junior wygląda na mistrza subtelności i zrozumienia dla narodów islamskich. Trump zrównuje się z retoryką przywódców Iranu wobec Izraela z ostatnich dekad – a być może nawet ją przebija.
Jeśli ktokolwiek miał jeszcze złudzenia, że rządzący USA mają moralną przewagę nad swoimi przeciwnikami, wraz ze słowami Trumpa z ostatnich dni, powinien to przekonanie porzucić.
Jednocześnie, trzeba pamiętać, że amerykański prezydent traktuje rzeczywistość i związek słów z nią, bardzo luźno.
Trump mówił już wielokrotnie, że Iran został pokonany. W zeszłym roku ogłaszał, że irański program atomowy został kompletnie zniszczony. Dziś prowadzi wojnę, by ten program zniszczyć kolejny raz. Od niedawna powtarza też, że zmienił reżim w Iranie, a obecni rządzący tym krajem są mniej radykalni – co powtarza przecież również w tym wpisie.
Nie należy więc zakładać, że jeśli nie dojdzie do porozumienia w ciągu najbliższych godzin, Iran przestanie istnieć.
Nie należy natomiast również liczyć, że do porozumienia dojdzie. Szansa, że albo Iran przyjmie warunki Amerykanów, albo Amerykanie przyjmą warunki Iranu, jest bliska zeru. W tej kwestii zmieniło się niewiele od początku wojny. Obie strony uważają, że podchodzą do rozmów (a właściwie do wymiany wiadomości za pośrednictwem krajów trzecich) z pozycji siły. Amerykanie uważają, że zadali Iranowi dotkliwe ciosy i mają w zanadrzu dalszą degradację irańskiej infrastruktury. Iran trzyma w szachu cały świat przy pomocy blokady cieśniny Ormuz, władze w Teheranie za sukces uznają utrzymanie się przy władzy. A jej zmiana przy pomocy samych nalotów i przy wciąż bardzo silnym aparacie przymusu i bezpieczeństwa jest ekstremalnie trudna.
Skoro więc nikt nie chce się wycofać, sytuacja jest bardzo niebezpieczna. Trudno jest przewidzieć, co dokładnie stanie się dziś w nocy. Podpisanie porozumienia satysfakcjonującego obie strony i trwałe zawieszenie broni można właściwie wykluczyć.
Trump wielokrotnie przesuwał swoje ultimatum, gdy Iran nie uginał się przed jego żądaniami. Być może zrobi to w jakiejś formie po raz kolejny. Możliwe niestety są też, zgodnie z zapowiedziami, bardzo ostre naloty na irańskie elektrownie, mosty i inną infrastrukturę.
Iran wówczas z całą pewnością odpowie ostrymi atakami, być może na podobną infrastrukturę krytyczną w krajach Zatoki Perskiej. Irańczycy nieoficjalnie mówią wprost: jeśli Amerykanie spróbują wyłączyć nam prąd, my zrobimy to samo z krajami Zatoki Perskiej, w tym z Arabią Saudyjską. Iran straszy też zamknięciem cieśniny Bab al-Mandeb (zapewne przy pomocy jemeńskich sojuszników – Hutich) między Jemenem a Dżibuti (to wyjście z Kanały Sueskiego ku Oceanowi Indyjskiemu) i atakami na stacje odsalania wody. Nie jest jasne, czy Huti faktycznie będą działali na zawołanie Teheranu – to grupa, która zachowuje sporą niezależność. Ale jeśli pierwsze tygodnie tej wojny czegoś nas nauczyły, to że Iran faktycznie swoje groźby spełnia i dalej zachowuje możliwości ofensywne.
Czyli – jeśli atak amerykański będzie dotkliwy, ucierpi w nim bardzo wiele osób, a jego konsekwencje mogą trwać latami. I nie chodzi tutaj o ewentualne użycie broni atomowej, które jest mało prawdopodobne. Amerykanie mają jednak w swoim arsenale broń, która może doprowadzić do ogromnych zniszczeń, znacznie większych niż dotychczas.
Nie można jednak wykluczyć też, że Trump znajdzie nową, kreatywną formę wycofania się. Niejednokrotnie ogłaszał już zwycięstwo i pokonanie Iranu. Nic nie stoi na przeszkodzie, by Amerykanie przeprowadzili ograniczony atak na cele infrastrukturalne, po którym Trump ogłosi, że Iranu został zniszczony. Skoro może twierdzić, że zmienił irański reżim, co stoi na przeszkodzie, by ogłosić, że Iranu już nie ma?
Próby doprowadzenia do jakiejś formy porozumienia będą trwały do ostatniej chwili. Na pewno trwały w ciągu dnia. Ale sygnały, jakie do nas docierają, bywają sprzeczne. Irańczycy za pośrednictwem mediów mówią o odrzuceniu ultimatum. Irański ambasador w Pakistanie rano mówił o postępach w rozmowach.
Około 19 czasu teherańskiego i 10:30 czasu waszyngtońskiego dziennikarka „New York Times” Farnaz Fassihi podała, że Irańczycy przekazali, że zaprzestali rozmów z Amerykanami i nie będą już brać udziału w rozmowach o zawieszeniu broni. Niedługo później związany z rządzącymi w Iranie „Tehran Times” podał, że rozmowy wcale nie zostały zerwane. Z kolei „Wall Street Journal” pisze, że w odpowiedzi na groźby Trumpa kontakt bezpośrednim kanałem (może to oznaczać np. linię Arakczi-Witkoff) zostały zerwane, ale wiadomości dalej są przesyłane przez pośredników.
Tego rodzaju nieporozumienia mogą być wynikiem tarć wśród frakcji rządzących Iranem. Strażnicy Rewolucji niemal na pewno dążą do dalszej konfrontacji, ale w rządzie i na innych stanowiskach władzy są też osoby, które wolałyby krok ku powstrzymaniu wojny.
Tego rodzaju tarcia nie służą jednak szybkiej i skutecznej dyplomacji w tak napiętym momencie.
Z kolei Axios pisze, że trwają poważne rozmowy, a Amerykanie czekają na kolejną – być może kluczową odpowiedź Iranu.
Mówimy tu wciąż o rozmowach, wysiłkach dyplomatycznych i groźbach tak, jakby wojna dopiero miała się rozpocząć. Tymczasem wojna trwa, giną w niej cywile, a ataki na irańską infrastrukturę (nie tylko wojskową) trwają od dawna.
Izraelska armia ogłosiła dziś w ciągu dnia, że uderzyła w Iranie w osiem mostów. Nie wiemy, czy ataki te były skoordynowane, czy Izrael po raz kolejny prowadzi swoją, niezależną politykę i wyprzedza ruchy Trumpa. Izraelczycy twierdzą, że mosty te należało zaatakować, by zapobiec transportowi broni i sprzętu wojskowego. Zaatakowane mosty znajdują się jednak w okolicach największych miast: Teheranu, Tabrizu, Kaszanu, Kom czy Karadżu. Wątpliwe, by były to mosty używane tylko i wyłącznie przez armię. Atakowane były dziś też linie kolejowe.
Z kolei wczoraj połączone siły amerykańsko-izraelskie uderzyły w Uniwersytet Techniczny Szarif w Teheranie. To znana uczelnia: według rankingu szanghajskiego w 2025 roku uniwersytet mieścił się w dziewiątej setce na świecie (warszawska Politechnika – w dziesiątej). Ale już w kategorii inżynierii cywilnej – na miejscach 101-150. Absolwentką uniwersytetu jest m.in. Mariam Mirzachani (zrobiła tam licencjat) – pierwsza kobieta, która otrzymała Medal Fieldsa, zwany matematycznym Noblem.
Nie wiemy, dlaczego uniwersytet został zaatakowany. Izraelczycy regularnie uzasadniają ataki na tego rodzaju instytucje ich połączeniem z władzami państwowymi. I faktycznie w irańskim systemie władzy te połączenia istnieją. Problem w tym, że jest to też zwykła placówka badawcza i edukacyjna. Tym razem agresorzy nie czują nawet potrzeby, by takie ataki uzasadnić.
A z niektórych ataków i ich następstw będzie się bardzo trudno wytłumaczyć. W dzisiejszym porannym ataku kompletnie zniszczona została jedna z teherańskich synagog – Ria-Nafi. Irańska konstytucja uznaje trzy mniejszości religijne – zoroastrian, żydów i chrześcijan. Spośród nich to żydzi są najmniej liczną grupą – to kilka tysięcy osób. Podobnie jak w wypadku Uniwersytetu Szarif – nikt nie przyznał się do ataku. Oczywiste jest, że dla Izraela, który uważa się za obrońcę wszystkich wyznawców judaizmu na świecie – jest to potencjalnie spora plama na tym wizerunku.
Zróbmy teraz krok w tył i przypomnijmy: cały ten kryzys powstał w wyniku działań Trumpa i fatalnej oceny sytuacji przez niego i jego administrację. Gdyby do ataku 28 lutego nie doszło, cieśnina Ormuz byłaby otwarta, nie byłoby narastającego ryzyka globalnego kryzysu gospodarczego. Stosunki amerykańsko-irańskie były co prawda najbardziej napięte od lat, a jakiś rodzaj konfrontacji mógłby się wydarzyć wcześniej czy później, ale nic z tego, co się teraz dzieje nie było nieuniknione.
A co Iran zrobi w przypadku ataku, nigdy nie było wiedzą tajemną.
Spójrzmy na poniższy cytat:
„Jeśli Amerykanie oszaleją i nas zaatakują, nie będziemy bronić się tylko w naszych granicach. Mamy długie i silne ramię, i możemy zagrozić amerykańskim interesom tam, gdzie chcemy. Wcale nie musimy patrzeć daleko. Amerykanie mają wiele aktywów w Zatoce Perskiej. 60-70 proc. światowej energii jest produkowane właśnie tutaj. Obserwujemy to miejsce i mamy je w zasięgu. Nie chcemy oczywiście nikomu grozić, ale jeśli nasze bezpieczeństwo zostanie naruszone, nikt inny też nie będzie mógł się czuć bezpiecznie”.
To cytat z Mohammada Zolkadra, przewodniczącego irańskiej Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Słowa te pochodzą… z lutego 2002 roku. Zolkadr był wówczas dowódcą w Korpusie Strażników Rewolucji. Słowa te były reakcją na przemówienie George’a Busha ze stycznia 2002 roku, gdy zaliczył Iran do „osi zła”, razem z Irakiem i Koreą Północną.
Warto te słowa przypomnieć, gdy Trump mówi, że jest zaskoczony reakcją Iranu i atakami na kraje Zatoki Perskiej. Cytat ten można też odczytywać jako próba odstraszania. Jest też w nich nieco przesady (dane co do produkcji energii nie są prawdziwe). Ale są one też przypomnieniem: strategia Iranu na wypadek amerykańskiego ataku była taka sama od dekad.
Duża część frustracji Trumpa to właśnie zderzenie z rzeczywistością. Zderzenie to może dziś w nocy poskutkować najdotkliwszą dotychczas eskalacją. Trump jednak nie przejmuje się ewentualnym popełnieniem poważnych zbrodni wojennych.
Zapytany pod Białym Domem w poniedziałek wielkanocny, w jaki sposób ataki na elektrownie i mosty miałyby nie być zbrodniami wojennymi, odpowiedział krótko:
„Bo zabili 45 tys. ludzi w ostatnim miesiącu. Więcej, być może nawet 60 tys. Zabili protestujących. To zwierzęta. Musimy ich zatrzymać, nie możemy pozwolić, by mieli broń atomową. To bardzo proste”.
Masakry protestujących w Iranie nie miały miejsca w zeszłym miesiącu, a niemal trzy miesiące temu – kluczowe dni rozbicia protestów antyrządowych miały miejsce 8-10 stycznia tego roku. Nie mamy dowodów na to, by ofiar było aż 45 tys. Tuż przed wojną Trump mówił o 32 tys. zabitych. Ani wtedy, ani obecnie, nie podał żadnych źródeł tych liczb.
Najpewniej ofiar było mniej, choć nie wiemy tego na pewno. Prowadzona przez Irańczyków i zlokalizowana w USA organizacja HRANA zweryfikowała ponad 7 tys. śmierci, a ponad 10 tys. kolejnych przypadków czeka na weryfikację. Szacunki HRANA w poprzednich falach protestów okazywały się dosyć dokładne. Organizacja równie dokładnie liczy ofiary cywilne amerykańsko-izraelskich ataków. Trudno jest więc zarzucić jej stronniczość. Skala przemocy ze strony państwa w styczniu tego roku faktycznie była ogromna, nie można więc wykluczyć, że liczba ta była nieco większa.
Problem w tym, że Trump sprowadza te liczby do jednego – do pretekstu do dalszych ataków. Usprawiedliwia tym ewentualne zbrodnie wojenne. Można uznać, że faktycznie mówiąc o zwierzętach, ma na myśli jedynie przedstawicieli reżimu. Ale w żadnym stopniu nie zmienia to faktu, że z prądu produkowanego przez irańskie elektrownie korzystają wszyscy Irańczycy.
Ataki na tak kluczową infrastrukturę uderzą w mieszkańców Iranu bez rozróżnienia na zwolenników i przeciwników władzy.
Ze złotych myśli amerykańskiego prezydenta z wielkanocnego spotkania można jeszcze przywołać tę o wystąpieniu z JCPOA, umowy atomowej z Iranem z 2015 roku. Trump kolejny raz bowiem powtórzył, że celem wojny jest to, by Iran nie posiadał broni atomowej (jeśli to ważny cel, to w pierwszych pięciu tygodniach wojny zrobiono w tym kierunku niewiele).
Umowę wynegocjowała administracja Baracka Obamy, a Trump z niej wystąpił, bo uznał, że jest zła.
„Gdybyśmy nie złamali umowy Baracka Husseina Obamy, Izrael już by nie istniał, a cały Bliski Wschód przynajmniej miałby potężne kłopoty” – mówił dziennikarzom Trump 6 kwietnia.
Wracamy tutaj do historii alternatywnej, ale w wydaniu Trumpa i z dozą fantastyki. JCPOA ograniczało bowiem wzbogacanie uranu przez Iran, co potwierdzały kontrole Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej. Dziś wiemy, że Iran posiada około 440 kg wysokowzbogaconego uranu, blisko poziomu koniecznego do utworzenia broni atomowej. JCPOA ograniczało irański program atomowy do 2030 roku. Można spierać się, czy JCPOA wystarczająco ograniczało ekspansję regionalną Iranu – Trump podnosił wcześniej, że umowa nie ograniczała irańskiego programu rakietowego.
Problem w tym, że Trump od wyjścia z umowy w 2018 roku nie zrobił de facto nic, by doprowadzić do innego porozumienia. To też kolejny przykład, że opowieść o Trumpie – świetnym negocjatorze – to mit. Trump właściwie nie negocjuje – narzuca on swoje warunki i czeka, aż druga strona je przyjmie. W niektórych wypadkach sposób ten może działać, ponieważ USA wciąż są potężnym państwem.
W przypadku Iranu to nie działało nigdy.
Wiedzieli to negocjatorzy JCPOA sprzed ponad dekady. Trump do dziś nie zauważył, że jego groźby nie mają tutaj zastosowania. W ten sposób znaleźliśmy się w dramatycznej sytuacji.
Dziś w nocy może dojść do dramatycznych wydarzeń. Irańskie media publikują zdjęcia ludzkich łańcuchów na mostach i wokół elektrowni.
Nie wiemy, jak spontaniczne są to wystąpienia, a na ile są inspirowane przez władze. I nie dowiemy się tego na pewno. Ale jednocześnie nie powinniśmy zakładać, że ludzie ci są zakładnikami. Poczucie dumy narodowej jest w Iranie silne. To kolejna rzecz, której Trump nie docenił.
Jeśli łańcuchy te pozostaną na noc, a Trump się nie wycofa, nadchodząca tragedia zyskuje kolejny wymiar.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze