Od nowego roku w wielu gminach drastycznie wzrosną opłaty za wywóz śmieci – nawet o kilkaset procent. Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski twierdzi, że to wyłącznie wina rządu PiS. Wyjaśniamy, jak bardzo decyzje resortu środowiska i inne regulacje rządowe uzasadniają podwyżki opłat

Teraz w Warszawie za wywóz śmieci segregowanych mieszkaniec bloku musi zapłacić 10 zł. Jeśli gospodarstwo domowe liczy dwie osoby, należy zapłacić 19 zł miesięcznie, a jeśli trzy – 28 zł.

Prawdopodobnie od lutego 2020 (jest rozważane przesunięcie tego terminu o miesiąc) ten sam mieszkaniec tego samego bloku będzie płacił miesięcznie aż 65 zł – niezależnie od tego, jak dużą ma rodzinę.

W domu jednorodzinnym warszawiak do tej pory płacił 30 zł, jeśli mieszkał sam. Jeśli z kimś – 45 zł. Większe rodziny płacą 60 zł na miesiąc. Jak będzie po zmianie? Opłata ryczałtowa, taka sama dla wszystkich – 94 zł.

Miasto tłumaczy, że w 2020 roku będzie musiało przeznaczyć 925 mln zł na gospodarowanie odpadami. W porównaniu do 2016 roku kwota ta wzrosła o 300 proc. – z 323 mln zł. Prezydent Rafał Trzaskowski bronił się na Twitterze, pisząc, że podwyżki cen były do przewidzenia.

„Przypominam, za skalę podwyżek za odpady, z którymi teraz mierzą się miasta i gminy w całym kraju, odpowiada wyłącznie rząd PiS. Alarmowaliśmy, jakie będą skutki nowych przepisów, ale dla rządu samorząd to wróg. Nieważne, że na tej ich wojnie cierpią przede wszystkim mieszkańcy”.

Do wpisu dołączył grafikę, na której czytamy: „Za skalę podwyżek opłat za odpady w Warszawie odpowiada rząd PiS:

  • Nowe pojemniki po zmianie systemu segregacji – z 3 na 5 frakcji,
  • Wymiana dotychczasowych pojemników po zmianie systemu segregacji,
  • Nowe pojazdy do wywozu odpadów,
  • Praca przewozowa do wykonania”.

(...) za skalę podwyżek za odpady, z którymi teraz mierzą się miasta i gminy w całym kraju, odpowiada wyłącznie rząd PiS.

Rafał Trzaskowski, Twitter - 12/12/2019

Twitter

Rafał Trzaskowski, fot. Agencja Gazeta


półprawda. Wprowadzenie nowego systemu segregacji rzeczywiście mogło podnieść ceny zagospodarowania odpadami, ale nie jest jedyną przyczyną podwyżek. Część zmian wprowadzonych przez rząd jest dobrze uzasadniona


Prezydent Warszawy posłużył się demagogicznym uproszczeniem. Za podwyżki nie odpowiada „wyłącznie PiS” – składa się na nie wiele czynników.

UOKiK przygląda się śmieciom

Choć są gminy – na przykład Kraków, o którym jeszcze wspomnimy – które pomimo zmian w ustawie nie podniosły cen wywozu odpadów, to stawki faktycznie poszybują w górę nie tylko w stolicy, ale również m.in. w Bydgoszczy (z 13 na 22 zł), Łodzi (z 12 na 24 zł dla segregowanych śmieci) i Katowicach (z 14 na 21,30 zł za segregowane).

Sprawie przyjrzał się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Rozesłał ankiety do wszystkich (302) gmin miejskich w Polsce i przeanalizował zmiany w cenach wywozu odpadów w latach 2014-2019.

Jakie przyczyny wzrostu stawek za wywóz odpadów wskazują gminy?

  • Najczęstszą z nich, wymienianą przez 68-71 proc. przepytanych gmin, jest wynik przetargów. Często staje do nich tylko jedna firma wywozowa, która dzięki brakowi konkurencji może ustalać wysokie ceny. A gmina nie ma innego wyboru niż zaakceptować warunki firmy.
  • Ponad połowa gmin wskazywała na wzrost tzw. opłaty marszałkowskiej (więcej na ten temat niżej).
  • Z roku na rok coraz więcej gmin wskazuje wzrost kosztów przedsiębiorstw zajmujących się odpadami (w 2019 aż 44 proc wskazań na wzrost kosztów zakładów nienależących do gminy)
  • Ponad jedna trzecia gmin wskazuje na niewłaściwe zachowania ze strony mieszkańców (np. nieprawidłowe sortowanie).
  • Około jedna trzecia gmin podaje, że wzrost cen jest związany ze zmianę liczby frakcji (czyli pojemników do sortowania odpadów).

Poza tym:

  • 15 gmin odpowiedziało, że do podwyżek przyczyniły się wyższe ceny energii i kosztów transportu.
  • 25 – że odpadów jest coraz więcej.
  • 16 gmin skarży się na wzrost kosztów pracy, w tym płacy minimalnej.
  • Pięć gmin mówi o zmianach w liczbie ludności.

Ustawa dopuszcza trzy sposoby rozliczania mieszkańców za wywóz odpadów – opłatą ryczałtową, stawką od zużycia wody (ustalona jest cena za każdy metr sześcienny zużytej wody) albo stawką od osoby. Ten trzeci sposób bywa problematyczny – twierdzi siedem gmin. Liczba osób mieszkających w domu czy mieszkaniu jest często zaniżana. W Warszawie, jak podaje ratusz, nawet o 20 procent.

Czy zawiniły decyzje rządu?

Pytany o to w radiowej Jedynce wiceminister kultury i dziedzictwa narodowego Jarosław Sellin, odpowiedział: „Na pewno reakcja [rządu] na te drastyczne decyzje jest pożądana. Nie wiem, dlaczego władze Miasta Stołecznego Warszawy zwalają winę na rząd. My ustaliliśmy maksymalne stawki dla firm wywozowych. Z powodu takiego pretekstu takie podwyżki, jakie ordynują samorządy, są niezrozumiałe”.

Trudno powiedzieć, co właściwie znaczą słowa „z powodu takiego pretekstu” wypowiedziane przez Sellina. Skoro samorządy podwyższają stawki, to nie robią tego dla fanaberii. I choć Trzaskowski przesadził, to jednak nie tylko Warszawa skarży się na decyzje PiS dotyczące gospodarki odpadami.

Jak wynika z raportu UOKiK – rzeczywiście decyzje rządu powodujące  wzrost tzw. opłaty marszałkowskiej za korzystanie ze środowiska były drugą najczęściej wymienianą przez gminy przyczyną podwyżek dla mieszkańców.

Opłata marszałkowska za „korzystanie ze środowiska” jest pobierana za składowanie odpadów. Wynika ona z Prawa Ochrony Środowiska, a jej wysokość określa rozporządzenie rządowe. A więc o podwyżkach tej kwoty rzeczywiście zadecydował rząd Prawa i Sprawiedliwości. Obecnie może wynosić maksymalnie 284,71 zł za tonę.

Ale podwyżka jest nieźle uzasadniona. Kwota „korzystania ze środowiska” rośnie, bo produkujemy coraz więcej śmieci, a wciąż za mało przetwarzamy. Opłata jest coraz wyższa, bo jak tłumaczy resort środowiska, ma to zmusić Polaków do segregowania i recyklingu.

Celem jest osiągnięcie unijnych norm – 50 proc. w 2020 roku. Obecnie w Polsce mamy zaledwie ok. 27 proc.

PiS wprowadził również inne zmiany, które mogły wpłynąć na koszty wywozu śmieci spod domów Polaków. Od tego roku składowiska muszą mieć lepszą ochronę i monitoring – ta decyzja była odpowiedzią na serie pożarów odpadów.

Zmieniono również system segregowania odpadów – z trzech na pięć frakcji. Obecnie osobno wyrzucamy odpady zmieszane, bio (czyli resztki jedzenia),  tworzywa sztuczne, szkło i papier. To wygenerowało kolejne koszty – brązowy kosz, czyli bio, musi być wywożony przynajmniej raz w tygodniu. Czyli potrzebnych jest więcej śmieciarek i więcej pracowników.

Jak Krakowowi udało się uniknąć podwyżek?

„Większość miast zleca gospodarkę odpadami zewnętrznym firmom. Kraków ma w zasadzie wszystkie instalacje. Należą do samorządu, więc to miasto ma wpływ na ceny, a nie firmy, które przetwarzają odpady” – tłumaczy Piotr Odorczuk, rzecznik krakowskiego Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania.

Dodaje, że sam koszt przetworzenia odpadów to 70 proc. wydatków. Kolejne 30 proc. to transport, który staje się droższy przez ceny paliwa i koszty zatrudniania kierowców. „MPO w Krakowie kontroluje większość tych kosztów” – zaznacza.

Krakowianie mieszkający samotnie w domach jednorodzinnych płacą 26 zł za wywóz segregowanych odpadów. Dwuosobowa rodzina miesięcznie wydaje na to 36 zł, a trzyosobowa – 46. W bloku trzeba zapłacić 15 zł, jeśli mieszka się samemu. Dwie osoby płacą 29 zł, a większa rodzina między 69 a 103 zł (ta najwyższa stawka obowiązuje, kiedy w mieszkaniu zameldowanych jest siedem osób lub więcej).

„Krakowskie ceny długo uchodziły za wysokie, podczas gdy mniejsze gminy odbierały odpady za 3 czy 4 złote. Takie stawki są nierealne, średnia wartość wywozu i przetworzenia to 12 zł” – mówi Odorczuk.

„W Krakowie dbaliśmy o to, żeby kwoty płacone przez mieszkańców pokrywały koszty. Inne samorządy często ulegały pokusie narzucenia atrakcyjnych, bardzo niskich cen. I w tych gminach dziś ogłaszane są drastyczne podwyżki”.

Przykładem może być Łódź, gdzie stawki do tej pory były bardzo niskie. Ale dziurę, która tworzyła się przez wydatki na gospodarkę odpadami, łatano pieniędzmi z budżetu miasta. W Krakowie, gdzie stawki były wyższe, obecnie jest nawet 28 milionów złotych nadpłaty za wywóz odpadów, dzięki czemu mieszkańcy nie odczuwają skutków zmian w ustawie.

Nie dopłacili za zmianę z trzech na pięć kubłów do segregowania, nie dopłacili też za wzrost kosztów paliwa i pracy. Na razie, jak zapowiada MPO, podwyżek nie będzie.

„Kraków w momencie kalkulowania opłat za gospodarowanie odpadami był bardzo dobrze przygotowany” – mówi prof. Agnieszka Generowicz z Wydziału Inżynierii Środowiska Politechniki Krakowskiej.

„Budowany i eksploatowany system gospodarki odpadami, funkcjonuje od przynajmniej 15 lat. Lata praktyki spowodowały, że Kraków ma swoje własne, nowoczesne, dobrze przygotowane instalacje do odzysku frakcji surowcowej i energii oraz  recyklingu organicznego. Dobrze przygotowana i dopracowana była również selektywna zbiórka »u źródła«, czyli  bezpośrednio u mieszkańców. Zbiórka ta organizuje nie tylko odzysk czterech podstawowych surowców, ale również dodatkowo odpadów zielonych, budowlanych, problemowych, elektrycznych i elektronicznych, tekstylnych itd.” – dodaje.

Za wywóz gabarytów, elektrośmieci czy skoszonej trawy nie płaci się dodatkowo. Ten koszt już wliczono do comiesięcznej opłaty – tak jak utrzymanie spalarni, dwóch sortowni, odbiór śmieci z koszy ulicznych, programy edukacyjne i opłacenie zespołu kontrolerów oraz kadry administracyjnej.

W Krakowie opłata marszałkowska wynosi 270 zł za tonę, ale miasto składuje jedynie 3 proc. odpadów – a więc za „korzystanie ze środowiska” płaci niewiele.

Co ze spalarnią w Warszawie?

Gdyby stolica miała potrzebne instalacje, tak drastyczne podwyżki pewnie nie byłyby konieczne. Spalarnia śmieci na Targówku miała być uruchomiona w 2015 roku. Plany były ambitne – inwestycja za ponad miliard złotych, największa w Polsce, mogąca przerobić 305 tysięcy ton odpadów rocznie. Do dziś jednak nie udało się rozstrzygnąć przetargu na budowę obiektu.

OKO.press sprawdza, czy politycy ratują świat przed katastrofą klimatyczną.
Wesprzyj nas, też chcemy przeżyć.

Katarzyna Kojzar - dziennikarka i redaktorka. Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. Pisze przede wszystkim o środowisku i klimacie, a czasami - dla odmiany - o kulturze. Publikuje także w SmogLabie i Onecie.


Komentarze

  1. Adam Potoczek

    __ Refleksje Adwokata Diabła w sprawie opłat za śmieci:
    _ Dlaczego starania mieszkańca przy segregowaniu śmieci muszą go kosztować CORAZ WIĘCEJ? Najlepiej „ryczałtowo” (od głowy, od litra wody, itp.), czyli praktycznie jak podatek.
    _ W dodatku, jeśli do pojemnika na szkło mieszkaniec wrzuci jakieś świństwo z innego pojemnika, to zostanie ukarany wyższą opłatą. Decyzję o tym chyba podejmie „śmieciarz” (proszę o wybaczenie za to określenie), niezależnie od tego, czy to zrobił sam mieszkaniec, czy to sąsiad złośliwie lub przypadkiem podrzucił, czy może sam „śmieciarz” w interesie ekonomicznym swojego pracodawcy. Odpowiedzialność zbiorowa za śmietniki przy wielorodzinnych blokach również staje się prawem.
    _ Drugim źródłem są odpady z przemysłu, a trzecim śmieci z importu, ale to inne patologie.
    _ Adwokat Diabła widzi w tym jakiś absurd, żeby nie powiedzieć ściemnianie i kolejne dziurawe „prawo”.
    _ PYTANIE NAJWAŻNIEJSZE: dlaczego firmy pozyskujące śmieci NIE PŁACĄ MIESZKAŃCOM za cenne surowce, które dostają „za friko”, tylko organizują szum ekoterrorystyczny i w ten sposób wymuszają dla siebie opłaty?
    _ Że niby koszty odbierania śmieci od mieszkańców rosną? I koszty recyklingu? A gdzie są DOCHODY Z SUROWCÓW, których nie trzeba było wydobywać spod ziemi, nie trzeba było wytapiać w hutach, nie trzeba było wycinać drzew, nie trzeba było importować z drugiego końca świata? Owszem, trzeba trochę popracować nad rozdzieleniem mieszanki produkowanej przez mieszkańców i pozyskane surowce mogą być trochę zanieczyszczone, ale wszystko jest kwestią ekonomii. Czy pozyskiwacze śmieci rzetelnie rozliczają się ze zdobytych surowców, czy może jest to jakiś temat tabu, czyli śmierdząca sprawa?
    _ Gdyby mieszkaniec mógł SPRZEDAĆ SWOJE ŚMIECI (przecież wcześniej sam je kupił za pieniądze!), to może nawet chętniej by je dokładnie posortował i na przykład dał dziecku do zaniesienia, do punktu skupu. Cała poważna gałąź biznesu mogłaby na tym urosnąć.
    _Pieniądz nie śmierdzi!
    .

    • Jan Helak

      Co do ostatniego punktu – tak przecież było w PRL, istniały punkty skupu makulatury i złomu, płacono od kilograma. O ile pamiętam, 1 kg mieszanej makulatury kosztował 1 zł, była też cała tabela za złom żelaza, metali kolorowych, skupowano nawet za grosze skrzepy odlewnicze. A w szkołach uczniowie mieli obowiązek – pod rygorem obniżenia oceny za sprawowanie – sprzedać min. 10 kg makulatury w każdym roku szkolnym. Kwity z punktu skupu oddawano w szkole do rąk wychowawcy klasy (który rozliczał uczniów przy ocenie na świadectwie), a pieniądze zasilały kieszonkowe ucznia… I komu to, panie, przeszkadzało?

      PS. Pamiętam jeszcze nawet, jak w 1 klasie podstawówki (rok szkolny 1966/67) mieliśmy przynieść do szkoły złom plastikowy – sam zanosiłem jakieś zdezelowane zabawki – ale to była jakaś jednorazowa akcja.

  2. Miron Słomiński

    Sortowanie przez końcowych użytkowników, to niekoniecznie najlepsza alternatywa, rozwiązaniem jest technologia firmy Bioelektra.pl której łatwiej jest wdrażać swoją technologię poza granicami Polski… Odzyskują 96% surowców i to bez selektywnej zbiórki!

  3. Roman Mus

    Kilka lat temu widziałem film o fabryce przerabiającej śmieci w Austrii. Z materiałów z recyklingu produkowali różne przedmioty.
    A tak przy okazji: jak to wygląda z wysypywaniem i zbieraniem różnych odpadów (w tym butelek po wódce) na poboczach naszych dróg poza miastami oraz w lasach? Czy to jest normalne społeczeństwo?

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press