0:00
0:00

0:00

W mieście Kachowka na ukraińskim południu zostaje porwany przez Rosjan dziennikarz i krytyk filmowy, mój przyjaciel Ołeh Baturyn.

Podczas przenoszenia dziecka przez rzekę Irpiń ginie aktor Pasza Li - założył na dziewczynkę swoją kamizelkę kuloodporną, dostał kulę w plecy. Dobrze znam to miejsce.

W Kijowie, w dzielnicy Wynohradar pociski niszczą szkołę, do której chodził synek mojej szefowej.

Moja koleżanka-Białorusinka, mieszkanka Buczy, wystawia na Fejsie swoje zdjęcie z pociskiem, który spadł i nie wybuchł 200 m od jej domu. Jest w tym geście triumf. Jeszcze nie wie, że będzie musiała zejść do piwnicy i przez tydzień siedzieć tam bez prądu i jedzenia, a potem ucieknie do Polski.

W takim trybie wiadomości żyjemy już czwarty tydzień. Codziennie, non stop.

16 marca, w dzień urodzin mojej matki, została opuszczona żółto-niebieska flaga nad radą obwodową w Chersoniu, mieście na południu Ukrainy, gdzie spędziłem dziewięć lat młodości. Wcześniej dorastałem we wsi na stepie niedaleko Morza Czarnego. Paradoksalnie, to właśnie Chersoń był jedyną stolicą obwodu ukraińskiego południa i wschodu, gdzie osiem lat temu rebeliantom z Rosji i miejscowym kolaborantom nie udało się zdjąć ukraińskiej flagi ani na minutę.

Wyrosłem wśród chersońskich arbuzów i winogron, ale swoich małych ojczyzn mam więcej. Step na południu. Podole winnickie, skąd pochodzą moi rodzice. Kijów i Kijowszczyzna, gdzie całkiem przypadkiem przyszedłem na świat i dokąd wróciłem w wieku dorosłym.

A jeszcze przybrana ojczyzna w Polsce południowo-wschodniej, gdzie do II wojny światowej mieszkali Ukraińcy, o których napisałem książkę „Wygnani na stepy”. Między tymi ojczyznami miotam się, opisując wojnę m.in. dla polskich mediów, starając się nie urazić żadnej z nich.

Z żoną, która ma rzadkie w Ukrainie imię Radosława, przez ostatnie dwa lata żyliśmy życiem trochę miejskim i trochę wiejskim. Miejskim, bo Rada nie chciała po ślubie porzucić mieszkania wynajmowanego w centrum stolicy niedaleko słynnej Złotej Bramy [Zołoti Worota]. Wiejskim, bo zaczęliśmy pomagać teściowej w prowadzeniu domu i działki, jaką kupiła kilkanaście lat temu 40 km na południe od Kijowa.

Zanim zaczęła się wojna mama Rady żyła - jak to nazwała - jak „downshifter” [człowiek na zwolnionych obrotach (ang.) - red.] - w tygodniu pracowała w uniwersytecie, na weekendy przyjeżdżała do tego domu. My siedzieliśmy tam nawet tygodniami, zwłaszcza gdy zaczęła się pandemia i żona przeszła w tryb pracy zdalnej.

Kiedy w niedzielę 20 lutego, na cztery dni przed rosyjskim uderzeniem, zabraliśmy z mieszkania koło Złotej Bramy najważniejsze dokumenty i co jeszcze mogło się zmieścić w plecakach oraz kotkę Fridę i szliśmy do metra, w głębi duszy czułem, że żegnamy Kijów na dłużej. Tak samo pewnie myśleli patrzący na nas ludzie na cudownej ulicy Wał Jarosławów, gdzie zresztą znajduje się ambasada Polski.

W niedzielę na tej ulicy jest zwykle pusto, ale wydawało mi się, że ludzi jest jeszcze mniej niż zwykle i że nie jesteśmy pierwszymi, którzy wyjeżdżają. Kolejne ambasady przenosiły się do Lwowa.

Żona przez cały czas nie chciała przyjąć do wiadomości, że wojna będzie. Kupiła nawet bilety na samolot w kwietniu do Warszawy. Już dawno chciała odwiedzić przyjaciół – rodzinę polskich Ukraińców, którzy ponad 10 lat mieszkali w Kijowie, a dwa lata temu wrócili do Polski. Mówiliśmy jej, że bilet się zmarnuje, nie słuchała.

Podobnie było, gdy przegrywaliśmy spór o moje mieszkanie kupione na kredyt w Buczy, miasteczku 20 km od Kijowa, przy głównej trasie MO7 do Lublina i Warszawy, które stało się teraz słynne na całym świecie z zaciętej obrony i rosyjskiej okupacji. Jak Bucza wyglądała po pierwszych dniach wojny - widać na zdjęciu poniżej. Dziś wygląda znacznie gorzej.

Gdy było właściwie pewne, że stracimy mieszkanie w Buczy, Rada nadal zawzięcie kupowała wyposażenie, z czego został nam piękny pomarańczowy czajnik. Teraz czajnik w kijowskim mieszkaniu czeka na koniec wojny. Dopiero gdy Rosja uderzyła, Rada powiedziała swojej mamie: „Roman miał jednak rację z tym wyjazdem".

No właśnie. Gdy zaczęła się wojna, nie obudziły nas wybuchy, jak kijowian czy charkowian. Zerwałem się ze snu z powodu przeraźliwego wycia psa sąsiadów, owczarka o imieniu Don. Już wcześniej mu się to zdarzało, ale nigdy tak strasznie nie wył. Na czacie z pracy Radosławy zaczęły przychodzić jedna po drugiej wiadomości potwierdzające, że to już.

Uderzyło mnie deja vu: w noc z 29 na 30 listopada 2013 roku, kiedy nocowaliśmy w tamtym buczańskim mieszkaniu, takim samym gradem posypały się wiadomości o rozpędzeniu studentów z Majdanu [ruch protestu, który doprowadził do obalenia prorosyjskiego prezydenta Janukowycza, w odpowiedzi Rosja zajęła Krym i zaatakowała południowo-wschodnią Ukrainę - red.]. Wtedy także powiedziałem sobie i Radosławie: "Zaczęło się".

Wcześniej, widząc, co się święci, teściowa wzięła na uczelni urlop i przywiozła z Kijowa swoją mamę. Siostra teściowej wyraziła nadzieję, że posiedzimy na działce i zajmiemy się babcią. No tak, posiedzimy, odpowiedziałem, dorzucając w myślach: nie wiadomo, jak długo.

Dzień po wybuchu wojny dojechała jeszcze młodsza siostra Rady, jej też pozwolono nie chodzić do pracy. Znalazłem się w kobiecym królestwie czterech kobiet (plus kotka Frida). Postanowiliśmy nie ruszać się stąd.

Zresztą, gdzie tu jechać? I jak? „Roman nie będzie powołany” - uznała Radosława. Miała chyba rację. W dowodzie wojskowym mam wpisane „urzędnik pracy biurowej”, w wojsku nie służyłem, na uniwerku studium wojskowego nie było.

Pierwszego dnia wojny po obiedzie pojechaliśmy do Obuchowa, miasteczka powiatowego na zakupy. W największym supermarkecie ludzie pracowicie, ale bez paniki, wybierali zapasy kasz, mięsa, jajek. Równie spokojnie pracownicy marketu dowozili zapasy z magazynów. Zdobyliśmy ostatnie 2,5 kg szaszłyku – zrobiłem z niego piław.

Wystawaliśmy cierpliwie po benzynę w długiej kolejce do stacji popularnej w Ukrainie sieci azerskiej Socar, ale tuż przed nami paliwo się skończyło. Zatankowaliśmy dopiero następnego dnia.

W kolejnych dniach zaopatrzenie w niektóre artykuły się poprawiło, w inne się pogarszało. Nasze miasteczko ma na szczęście swoją mleczarnię, problemów z nabiałem nie ma. Normalizowało się wypiekanie chleba, w naszej wsi jest nawet pomysł, by reanimować piekarnię.

Ze sklepów całkowicie za to znikł pokarm dla kotów, brakuje też papierosów.

Radosława zaczęła nas rozpieszczać, piekąc od czasu do czasu własny chleb, uznaliśmy, że jest lepszy od kupnego.

Wojna, która wlazła na teren naszego państwa ze wszystkich stron, jest strasznym wstrząsem. Dla nas wszystkich, bo nagle zaczynają na nas lecieć rakiety i pociski, które nas zabijają, giną znajomi, przyjaciele. Śmierć leci także z terytorium Białorusi - dodatkowy szok.

Wojna jest pewnie także wstrząsem dla niektórych z najeźdźców, którzy dali sobie wmówić, że będziemy na nich czekać z kwiatami a nawet chlebem i solą.

Ale, jak każda wojna, i ta zmusza do przemyślenia kwestii do tej pory nieporuszanych. Przez te trzy tygodnie praktycznie codziennie daję komentarze mediom w Polsce, od PAP i telewizji publicznej po radia lokalne w Lublinie, Wrocławiu, Białymstoku i radiostacje prywatne.

Niektóre pytania są dziwne. Prowadząca (do mnie): "Wspomniał pan o blokadach, o co chodzi?". Zaczynasz wyjaśniać: na drodze stoją betonowe bloki ustawiane w szachownicę, żeby pojazdy wroga nie mogły przejechać. Trudno zrozumieć? Przypomina mi się, że w 2014 moja organizacja, Instytut Mediów, szkoliła ukraińskich dziennikarzy opisujących wojnę na wschodzie, sięgając po doświadczenia kolegów z Polski, którzy jeździli do Afganistanu oraz innych stref ogarniętych konfliktami.

Dobrze, gdy dziennikarze są na tyle przygotowani, że nie trzeba im wyjaśniać, że kiedy przebywasz na południe od Kijowa, to raczej nikt do ciebie nie strzela i nie latają ci nad głową rakiety. Gorzej, gdy na mapie Ukrainy ilustrującej twój komentarz widzisz Ukrainę bez Krymu. Cóż, przez osiem lat uczyliśmy się nazw miejscowości na Donbasie, teraz Bucza, Chersoń czy Mariupol dopiero powoli stają się znane Polakom.

Jednak wiele rzeczy jest niezrozumiałych, nawet dla Ukraińców. Będę starał się w OKO.press wyjaśniać różne kwestie, nie powtarzając wiadomości, które mają już setki udostępnień.

Jestem pośrednikiem pomiędzy swoimi małymi ojczyznami i innymi miejscami w Ukrainie, z którymi mam dalej kontakt, a szerszym kręgiem odbiorców. Bo informacji brakuje. Pytali mnie np., czy jeżeli nasze wojsko nie utrzyma mostu przed Chersoniem, to całe miasto trzeba będzie poddać.

Trzeba było wejść w szczegóły geograficzne i wyjaśnić, że Chersoń jest w kształcie wachlarza, opartego o Dniepr, a więc tak, bez mostu obrońcy nie dadzą rady. Tak się zresztą stało, Rosjanie zdobyli most i miasto.

Są też i takie informacje, jak oficjalne zdjęcia Ministerstwa Obrony Ukrainy przedstawiające zwłoki najeźdźców z Rosji przy wjeździe do Hostomla, tuż obok Buczy, tam gdzie - jak poinformowała gmina - zastrzelono wójta Jurija Pryłypko rozdającego ludziom chleb i lekarstwa [poniżej zdjęcie wójta z gminnego FB - red.].

Zwłoki najeźdźców leżą porozrzucane na kwietniku naruszając architekturę krajobrazu, jaką tu stworzono, by mieszkańcy mogli cieszyć oko. Trupy są jak świadectwo tragedii, absurdu i grozy tej wojny. A Facebook na to: te zdjęcia można uznać za pochwalanie czy nawet wezwanie do przemocy, nie wolno ich udostępniać opinii publicznej. I zablokowali.

To w jaki sposób pokazywać prawdę?

;

Udostępnij:

Roman Kabaczij

Ukraiński historyk i dziennikarz

Komentarze