0:000:00

0:00

Kryzys na granicy polsko-białoruskiej stał się w ostatnich dniach przedmiotem międzynarodowej gry, w której Polska i polski rząd nie odgrywają już szczególnie podmiotowej roli. W tym teatrze występują już przede wszystkim Angela Merkel i Emmanuel Macron z jednej i Władimir Putin z Aleksandrem Łukaszenką z drugiej strony. Choć może to być bolesne dla obozu Zjednoczonej Prawicy, którego retoryka w polityce krajowej odnosząca się do spraw międzynarodowych opiera się na kodach wstawania z kolan, zrzucania okowów i odzyskiwania suwerenności, w gruncie rzeczy nie ma w tym niczego szczególnie bulwersującego.

W dodatku to właśnie tędy może prowadzić najskuteczniejsza droga do deeskalacji kryzysu i zakończenia gehenny kilkunastu tysięcy uchodźców i migrantów uwięzionych na Białorusi i na granicy polsko-białoruskiej.

To paradoks, ale skłócona z niemal całą Europą Polska w sytuacji kryzysu korzysta w ten sposób pełnymi garściami z obecności w strukturach Unii Europejskiej. A unijni sojusznicy – zwłaszcza w obliczu wspólnoty interesów, która występuje wokół kryzysu granicznego – okazują się nadzwyczaj silnym wsparciem, nie pozostawiając rządu Warszawie sam na sam z Aleksandrem Łukaszenką i Władimirem Putinem. Kontakt z prezydentem Rosji nawiązali kanclerz Niemiec i prezydent Francji. Działo się to jednak bez inicjatywy Warszawy.

„Putin zapewne nie zechciałby rozmawiać z nikim innym. Ale kluczowe wydaje się to, że Merkel i Macron podjęli działania wyłącznie z własnej inicjatywy – kierując się troską o sytuację Unii Europejskiej w tym kryzysie, a nie swymi relacjami z Polską. Rząd PiS nie poprosił ich o wsparcie i pośrednictwo w relacjach z Putinem – nie odbyło się zresztą w sprawie kryzysu na granicy ani jedno spotkanie od dawna istniejącego już tylko formalnie Trójkąta Weimarskiego" – mówi OKO.Press Dariusz Rosati, były minister spraw zagranicznych w rządzie SLD-PSL, w ostatnich latach eurodeputowany, a następnie poseł Koalicji Obywatelskiej.

Sankcje nie takie znów ogromne

Bruksela obejmuje Białoruś pierwszymi sankcjami. Polityczne porozumienie w tej kwestii zostało ogłoszone przez Josepa Borellla (szefa dyplomacji UE) już w poniedziałek.

  • Sankcje personalne mają spowodować rozszerzenie tzw. listy sankcyjnej do około 200 osób z kręgu dygnitarzy białoruskiego reżimu i współpracujących z nimi oligarchów oraz kilkanaście białoruskich firm – wchodzą tu w grę zakazy wjazdu do Unii czy blokowanie rachunków bankowych.
  • Do tego możliwy jest zakaz lotów na terytorium Unii Europejskiej tych przewoźników lotniczych, którzy przyczynili się do sprowadzenia do Mińska kilkunastu tysięcy uchodźców i migrantów z krajów Bliskiego Wschodu.

Zaznaczmy tu jednak, że sankcje obejmą tylko około 30 nowych nazwisk i firm. Na liście sankcyjnej widnieje ich już 166 – jednak bez związku z kryzysem granicznym, tylko z powodu wcześniejszych przewinień – UE obejmowała sankcjami białoruskich decydentów na przykład za udział w represjach wobec opozycjonistów. Na marginesie: najwyraźniej nie do końca wiedział o tym wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński, który w RMF FM mówił o mającym według niego nastąpić rozszerzeniu właśnie do 166 pozycji listy podmiotów objętych sankcjami.

Przeczytaj także:

Seria telefonów

Na tym etapie od sankcji ważniejszy jest jednak fakt, że Angela Merkel i Emmanuel Macron – dokładnie tak jak kanclerz Niemiec i kolejni prezydenci Francji robili to już w trakcie wojny rosyjsko-gruzińskiej i rosyjskiej agresji na Ukrainę – wzięli na siebie ciężar bezpośrednich negocjacji z Władimirem Putinem i Aleksandrem Łukaszenką.

Kluczowa tu była zwłaszcza pierwsza rozmowa telefoniczna Merkel-Putin, która miała miejsce 10 listopada. Kanclerz Niemiec zadzwoniła do prezydenta Rosji i stwierdziła, że „instrumentalizacja migrantów przeciwko Unii Europejskiej przez białoruski reżim jest nieludzka i nie do przyjęcia” (jak podał rzecznik rządu Niemiec Steffen Seibert), po czym wprost zażądała, by Putin wpłynął na Łukaszenkę i jego rząd, czego jednak prezydent Rosji się nie podjął, sugerując, by Merkel rozmawiała bezpośrednio z białoruskim dyktatorem.

W kolejnym etapie – 15 listopada – do Putina zadzwonił Macron, zaś Merkel zajęła się Łukaszenką.

Po rozmowie Macron-Putin agencja Reutera cytowała nieoficjalną wypowiedź jednego z doradców prezydenta Francji. "W sprawie związanej z migracją, nawet mimo braku porozumienia co do źródeł obecnego kryzysu, Władimir Putin powiedział prezydentowi, że rozumie potrzebę zakończenia kryzysu, w pierwszej kolejności ze względu na ludzką przyzwoitość, ponieważ migranci są traktowani instrumentalnie" – mówił o przebiegu rozmowy francuski urzędnik.

Rozmowa Merkel z Łukaszenką skutkowała przedstawieniem przez białoruskiego dyktatora nadal nieokreślonej „propozycji rozwiązania kryzysu” – tak przynajmniej podały służby prasowe Łukaszenki. Po konsultacjach Merkel z przywódcami UE ma się odbyć kolejna rozmowa.

Skutki tych działań już zaczyna być widać.

  • Już kilka dni temu Ministerstwo Spraw Zagranicznych Iraku ogłosiło wstrzymanie lotów z tego kraju na Białoruś.
  • Co więcej, Irak 18 listopada ma wysłać pierwszy samolot po swych obywateli, którzy utknęli na Białorusi lub na granicy polsko-białoruskiej zwabieni przez służby Łukaszenki wizją łatwego przedostania się do Europy.
  • Turcja i Zjednoczone Emiraty Arabskie ogłosiły, że wstrzymują tranzyt pasażerów z Iraku i Syrii na Białoruś. To o tyle ważne, że większość lotów odbywała się przez Stambuł i Dubaj.

Unijne placówki dyplomatyczne przyłączają się natomiast do kampanii informacyjnej prowadzonej w krajach pochodzenia części uchodźców i migrantów – przede wszystkim na Bliskim Wschodzie – mającej ostrzegać ich przed tym, jak zwodnicze są obietnice reżimu Łukaszenki dotyczące łatwej drogi z Mińska przez Polskę do Niemiec i innych krajów Zachodu. Takie kampanie z relatywnym sukcesem prowadzono już w trakcie kryzysu migracyjnego 2015 roku. I takiej kampanii brakowało jak dotąd w trakcie kryzysu na granicy polskiej białoruskiej.

„O konieczności prowadzenia szeroko zakrojonych działań informacyjnych na Bliskim Wschodzie mówiłem otwarcie już dwa miesiące temu. Ale przez ten czas sprowadzało się to do wywieszenia bardzo ogólnej informacji na stronach internetowych naszych ambasad w tych krajach. To o wiele za mało, bo skutek mogłaby odnieść dopiero cała kampania informacyjna z plakatami, ulotkami, reklamami w prasie i mediach elektronicznych i sporym medialnym nagłośnieniem." – mówi Dariusz Rosati.

Co dalej?

Teraz pozostaje nam czekać na skutki rozmów Merkel z Łukaszenką lub na rozszerzenie sankcji na Białoruś także na środki o charakterze gospodarczym.

Sankcją o chyba najbardziej dotkliwym dla reżimu Łukaszenki i białoruskiej gospodarki charakterze byłoby wstrzymanie tranzytu kolejowego i samochodami ciężarowymi przez granicę polską-białoruską. Problem w tym, że naruszałoby to jednocześnie interesy krajów Unii Europejskiej w tym Polski, a także Rosji i Chin – bo szlaki transportowe wiodące przez Białoruś mają kluczowe znaczenie dla wymiany handlowej tych podmiotów. Sam polski eksport na Białoruś (nie licząc tranzytu przez ten kraj) miał w 2020 roku wartość ok. 5,5 miliarda złotych - jak wynika z cytowanego przez Gazetę Wyborczą raportu Ministerstwa Rozwoju.

„Taka możliwość istnieje, ale zobaczymy jaki efekt będą miały sankcje zatwierdzone wczoraj. To też nie jest tak, że w tym momencie możemy użyć wszystkich dostępnych nam argumentów, bo też trzeba brać pod uwagę to, że sytuacja, która dzisiaj jest na granicy, jest bardzo napięta, ale ona może być jeszcze poważniejsza. Mamy nadzieję, że do tego nie dojdzie, że ten poziom gotowości Białorusi do eskalacji nie jest nieskończony, że gdzieś nastąpi zatrzymanie" - tak o możliwym zamknięciu granicy z Białorusią i wstrzymaniu tranzytu mówił 16 listopada w RMF FM wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński.

„Wstrzymanie ruchu na granicy biłoby bezpośrednio w interesy zarówno krajów Unii, jak i Rosji – więc raczej należy takie posunięcie wykluczyć. Ale moglibyśmy na przykład wprowadzić bardzo drobiazgowe kontrole na drogowych i kolejowych przejściach granicznych uzasadniając to zresztą całkiem zasadnie spowodowanym przez Łukaszenkę kryzysem migracyjnym. To mógłby być skuteczny element nacisku zarówno na Białoruś, jak i na Rosję" – mówi Dariusz Rosati.

Problem dla Rosji

We wtorek 16 listopada wydarzyło się coś jeszcze. Niemiecki regulator energetyczny BNetzA (Federalna Agencja ds. Sieci) ogłosił, że wstrzymuje proces certyfikacji gazociągu Nord Stream 2. Oficjalny powód jest taki, że spółka Nord Stream 2 AG odpowiedzialna za gazociąg wbrew wcześniejszym ustaleniom pozostaje zarejestrowana w Szwajcarii, a nie w Niemczech. Nord Stream 2 AG ogłosiła, że powoła niemiecką spółkę córkę – ale regulator wstrzymał proces certyfikacji do czasu pełnego przeniesienia do tego nowego podmiotu aktywów i zasobów ludzkich. Tymczasem gazociąg jest już gotowy, a jedna z jego nitek została już wypełniona gazem.

To rzecz o tyle ciekawa, że Niemcy mają u progu zimy magazyny gazu ziemnego zapełnione w 69 procentach, natomiast zdecydowana większość dostaw trafia do tego kraju z Rosji Rurociągiem Jamalskim, biegnącym przez Polskę i… Białoruś. Aleksandr Łukaszenka formułował już otwarte groźby wstrzymania dostaw gazu prowadzonych tą drogą, co jednak grozi mu konfrontacją z Władimirem Putinem. Nie tylko dlatego, że gazociągami przez Białoruś płynie rosyjski gaz, ale także dlatego, że cały białoruski odcinek Rurociągu Jamalskego jest własnością rosyjskiego Gazpromu. Do tego przed mniej więcej dekadą Gazprom przejął cały białoruski system gazociągów – w zamian za finansową pomoc Rosji dla białoruskiego reżimu.

„Teoretycznie Łukaszenka jako prezydent kraju tranzytowego oczywiście może dać polecenie wstrzymania naszych dostaw do Europy. Chociaż to byłoby naruszeniem naszego kontraktu tranzytowego i mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Nie sprzyjałoby to rozwojowi naszych relacji z Białorusią" – tak komentował groźby Łukaszenki Władimir Putin.

Wynika z tego dość jasno, że wejście w etap wojny gospodarczej opartej na blokadzie tranzytu gazu lub towarów – czy to z inicjatywy Łukaszenki, czy na skutek kolejnych sankcji wprowadzanych przez Unię – oznaczałoby poważny problem także dla Rosji. Już ta groźba może skłaniać Putina do wywierania nacisków na Łukaszenkę, by zmierzał w stronę deeskalacji kryzysu granicznego.

;

Udostępnij:

Witold Głowacki

Dziennikarz, publicysta. Pracował w "Dzienniku Polska Europa Świat" i w "Polsce The Times". W OKO.press pisze o polityce i sprawach okołopolitycznych.

Komentarze