Siedmiu osobom związanym z Obywatelami RP stołeczna policja wytoczyła proces za próbę pokojowego zablokowania miesięcznicy smoleńskiej. Zarzuca im siedzenie na ulicy. A jednemu z liderów Obywateli, Pawłowi Kasprzakowi - użycie wulgarnych słów w miejscu publicznym

Proces zaczął się we wtorek, 17 października 2017 roku, w Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia. Dotyczy wydarzeń z 10 marca 2017 roku, gdy działacze ruchu Obywatele RP i inne osoby sprzeciwiające się polityce PiS podjęły pierwszą próbę zablokowania miesięcznicy smoleńskiej.

Same kontrmiesięcznice Obywateli zaczęły się rok wcześniej – wiosną 2016 roku. Ale początkowo miały charakter pikiet organizowanych w sąsiedztwie uroczystości miesięcznicowych. Decyzję o podjęciu bardziej radykalnych działań i próbie zablokowania marszu uczestników miesięcznicy Obywatele RP podjęli, gdy Sejm zmienił ustawę o zgromadzeniach. Nowe przepisy dały pierwszeństwo rezerwowania miejsca imprezom cyklicznym, takim jak miesięcznice smoleńskie.

17.10.2017 rok. Proces Obywateli RP o blokadę miesięcznicy smoleńskiej w marcu 2017 roku. Na ławie oskarżonych od lewej: Michał Korczak, Monika Dąbrowska, Paweł Wrabec, Marek Madej-Sierski, Wojciech Kinasiewicz, Tadeusz Jakrzewski. Stoi Paweł Kasprzak. Fot. OKO.press

Zarzuty za blokadę

Na ławie obwinionych zasiedli trzej członkowie zarządu Obywateli RP czyli Paweł Kasprzak, Tadeusz Jakrzewski i Paweł Wrabec oraz Wojciech Kinasiewicz, Monika Dąbrowska, Michał Korczak i Marek Madej-Sierski.

Stołeczna policja wszystkim postawiła zarzut z artykułu 52 paragraf 2 punkt 1 kodeksu wykroczeń, czyli przeszkadzania w organizowaniu lub przebiegu legalnego zgromadzenia.

Wszyscy 10 marca 2017 roku, o godz. 20.40, usiedli na Krakowskim Przedmieściu nieopodal Pałacu Prezydenckiego, gdy zbliżał się marsz smoleński z Jarosławem Kaczyńskim i innymi politykami PiS na czele. Ostatecznie nie zablokowali go, bo zostali siłą usunięci przez policję.

Wojciech Kinasiewicz usłyszał dodatkowy zarzut – przerwania kordonu policji, który oddzielał uczestników marszu smoleńskiego od kontrmanifestacji organizowanej przez Obywateli RP.

Najwięcej zarzutów przedstawiono Pawłowi Kasprzakowi:

  • dwa za siedzenie na jezdni,
  • jeden dotyczący podżegania do przeszkodzenia marszowi smoleńskiemu oraz
  • dwa za używanie nieprzyzwoitych słów w miejscu publicznym (artykuł 141 kodeksu wykroczeń).

Wszystkim podsądnym grozi grzywna lub kara ograniczenia wolności.



Obywatele: blokowaliśmy, ale nie przyznajemy się do winy

We wtorek policjantka odczytała w sądzie zrzuty, a obwinieni zaczęli składać wyjaśnienia.

Długie przemówienia wygłosili Kinasiewicz i Kasprzak.

Kinasiewicz nie przyznał się do zarzutu, ale nie zaprzeczał, że siedział krótko na jezdni próbując zatrzymać marsz smoleński. Wyjaśniał, że to nie on przerwał kordon policji odgradzający uczestników miesięcznicy i kontrmiesięcznicy, lecz został wypchnięty przez policję.

Mówił, że Obywatele RP od marca 2016 roku, co miesiąc, manifestowali obok przemawiającego pod Pałacem Prezydenckim prezesa PiS. „Stawaliśmy tam w obronie współobywateli, notorycznie lżonych z drabinki przez przewodniczącego partii (…) Stawaliśmy tam milcząc i szanując prawa uczestników tzw. uroczystości smoleńskiej będącej mieszanką kultu religijnego i ewidentnego wiecu politycznego ich szefa” – zeznawał Kinasiewicz.

Zapewniał, że kontrmiesięcznica była legalnym zgromadzeniem i zawsze zgłaszano ją w urzędzie miasta, a jako miejsce zgromadzenia wskazywano chodnik przed Pałacem Prezydenckim. Podkreślał, że Obywatele swoje przemówienia zaczynali „dwie i pół minuty po przemówieniu Kaczyńskiego”.

Ale z miesiąca na miesiąc ich zgromadzenie było co raz gorzej traktowane przez uczestników miesięcznicy oraz policję. „Zasłaniano nas banerem, zagłuszano nasze przemówienia. Policja wiele razy nie dopuszczała osób chcących wziąć udział w naszym zgromadzeniu. Ograniczano nam powierzchnię do zgromadzenia” – wyliczał. Potem zaczęto ich odsuwać z chodnika przylegającego do Pałacu Prezydenckiego, by zrobić miejsce dla miesięcznicy oraz delegacji PiS, która 10 każdego miesiąca rano składa tam kwiaty. Tak było w grudniu 2016 roku. W styczniu 2017 roku pod Pałacem pojawiły się barierki; stanęły na części chodnika. W lutym barierki rozstawiono na całej szerokości chodnika. Obywatele swoje zgromadzenie musieli przenieść na drugą stronę ulicy, pod Kordegardę.

„Nasze konstytucyjne prawo do zgromadzeń łamano przez kilka miesięcy. Znosiliśmy to z pokorą i w milczeniu do 10 marca tego roku” – mówił Kinasiewicz.

W międzyczasie Sejm zmienił ustawę o zgromadzeniach, dając pierwszeństwo organizatorom imprez cyklicznych. Według Kinasiewicza uchwalono ją z myślą o miesięcznicach smoleńskich, by inne zgromadzenia nie przeszkadzały w ich organizacji. Obywatele RP chcieli zaprotestować przeciw takim działaniom władzy.

10 marca 2017 roku nie udało im się jednak stanąć blisko Pałacu, bo znów rozstawiono tam barierki. Stanęli pod Kordegardą. Otoczyła ich policja. W proteście przeciwko temu, że nie dopuszczono ich na miejsce ich zgromadzenia, usiedli na ulicy.

„Nie uważam tego czynu za szkodliwy społecznie. Był potrzebny, bo bezsilnym obywatelom zabiera się wolności konstytucyjne. Pozostaje nam nieposłuszeństwo obywatelskie”– wyjaśniał w sądzie Kinasiewicz.

Jak mówił, nie siedział długo na ulicy. Wstał i podszedł do barierki z białą różą. Stanął naprzeciwko Kaczyńskiego. „Stałem tam do końca uroczystości tzw. smoleńskiej” – mówił. A potem, jak wyjaśnił, funkcjonariusze przepchnęli go przez kordon policji, by poszedł „do swoich”.



Brzydkie słowa na łamanie praw obywatelskich

Paweł Kasprzak też się nie przyznał do zarzutu, ale nie negował, że siedział na ulicy i że użył niecenzuralnych słów. Uważa, że nie powinien być za nie karany, bo przestrzeń publiczną rozumie jako coś nieograniczonego, a tymczasem ich zgromadzenie było ogrodzone kordonem policji i nie można było do niego swobodnie dojść.

Wyjaśniał też, w jakim kontekście padły niecenzuralne słowa. „Kurwa” powiedział gdy policja siłą usunęłą go z ulicy. „Kurwa, wynieśliście mnie z mojego zgromadzenia” – powiedział do funkcjonariuszy. A potem mówił do nich z podestu: „w tył zwrot do cholery”, by funkcjonariusze nie napierali na zgromadzenie Obywateli RP. Policja cofnęła się. Mówił też, że słowa wypowiedział po tym jak policja wyrywała megafon jednej z uczestniczek kontrdemonstracji. Policjanci mieli do niej mówić: „Trzeba się było kurwa nie drzeć”.

Kasprzak tłumaczył też, po co Obywatele organizują kontrmiesięcznice: „Przeciwko fałszowaniu pamięci o ofiarach. Przeciwko treści tej ceremonii [miesięcznicy-red.], która polega na odbieraniu godności politycznym przeciwnikom Jarosława Kaczyńskiego” – wyjaśniał.

Sąd we wtorek odebrał jeszcze wyjaśnienia od trzech pozostałych obwinionych. Też nie przyznali się do zarzutów. Następne posiedzenie sądu w tej sprawie odbędzie się 5 grudnia 2017. Wyjaśnienia ma złożyć wówczas jeszcze dwójka obwinionych. Być może sąd wyda już wówczas wyrok.

Wtorkowa sprawa to jeden z kilku procesów zbiorowych, które podległa PiS prokuratura i policja wytoczyły obywatelom za protesty antyrządowe. Kilka dni temu odbyła się pierwsza sprawa w procesie za blokowanie marszu ONR w tym roku, a wcześniej – za protest pod Sejmem w grudniu 2016 roku. W przyszłym tygodniu ma zacząć się kolejny proces – za zakłócanie miesięcznicy w kwietniu 2017 roku.



Opłać abonament na wolność słowa


Lubisz nas?

Powiedz o tym innym