Andrzej Poczobut spędził w białoruskim więzieniu ponad pięć lat. 28 kwietnia został wymieniony na rosyjskich i białoruskich szpiegów. Wyjaśniamy, dlaczego reżim Aleksander Łukaszenko tak długo nie wypuszczał polsko-białoruskiego dziennikarza oraz jak sprawę przedstawiała białoruska propaganda
Wychudzony, zmęczony mężczyzna w szarym dresie i czapce z daszkiem uśmiecha się, ściskając w dłoniach niebieską książeczkę – paszport Republiki Białorusi. To zdjęcie uwolnionego Andrzeja Poczobuta obiegło całą Polskę. Dziennikarz spędził w białoruskim więzieniu ponad pięć lat, jednak jednymi z pierwszych słów, które wypowiedział na wolności, było naiwne pytanie: „Będę mógł tam wrócić?”.
„Tam”, czyli na Białoruś. Do kraju, w którym się urodził, uczył się, grał w punkowym zespole wykonującym utwory w języku białoruskim, pracował. I dla którego chciał europejskiej przyszłości. Za to w 2021 roku został skazany na osiem lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze.
A także za to, że był Polakiem i działaczem Związku Polaków na Białorusi, wobec którego białoruskie władze rozpoczęły działania już w 2005 roku, inspirując jego rozłam i tworząc lojalną wobec Łukaszenki organizację. Tych, którzy odmówili przystąpienia do niej, zaczęto prześladować. W tamtym okresie Andrzej Poczobut był kilkakrotnie zatrzymywany, także podczas pracy dziennikarskiej. Tak stało się na przykład podczas protestu w Mińsku w grudniu 2010 roku.
Pierwszą poważną sprawę karną wszczęto przeciwko niemu w 2011 roku. Andrzej Poczobut został oskarżony o znieważenie i zniesławienie prezydenta. Pretekstem były jego artykuły publikowane w białoruskich mediach oraz w „Gazecie Wyborczej”. Dziennikarz spędził trzy miesiące w areszcie śledczym i został skazany na trzy lata w zawieszeniu. Rok później wszczęto wobec niego kolejną sprawę karną o zniesławienie prezydenta, jednak został uniewinniony.
Do białoruskich Polaków Łukaszenko zawsze odnosił się z nieufnością. Już w latach 90. oskarżał ich o nielojalność. W 1999 roku Komitet ds. Narodowości i Religii wskazywał, że Związek Polaków na Białorusi opowiada się po stronie „radykalnych sił opozycyjnych”.
Po rozłamie w 2005 roku Związek Polaków na Białorusi działał półlegalnie. Zarejestrowana, prorządowa organizacja przejęła natomiast na własność Domy Polskie, zbudowane za pieniądze Polski. Z czasem niemal wszystkie zostały zamknięte.
Władze uderzyły także w szkolnictwo w języku ojczystym dla dzieci z polskiej mniejszości. W Grodnie i Wołkowysku w roku szkolnym 2003/2004 było 14 tysięcy dzieci uczących się języka polskiego, natomiast w 2020/2021 już tylko 4 tysiące.
Od 2022 roku jedyne dwie szkoły z polskim językiem nauczania na Białorusi, zbudowane w latach 90. ze środków państwa polskiego, zostały przestawione na rosyjski język nauczania. To samo spotkało szkoły litewskie w dwóch wsiach, niedaleko granicy z Litwą.
Represje wobec Związku Polaków na Białorusi nasiliły się po stłumieniu protestów w 2020 roku. Aleksander Łukaszenko niemal natychmiast oskarżył polskie służby specjalne o „organizację zamieszek”.
W marcu 2021 roku Prokuratura Generalna wszczęła postępowanie karne przeciwko członkom Związku Polaków na Białorusi. Zatrzymano pięć osób, w tym Andżelikę Borys oraz Andrzeja Poczobuta.
Postawiono im zarzuty podżegania do nienawiści na tle narodowościowym i religijnym, a także rehabilitacji nazizmu. Według prokuratury zatrzymani w 2018 roku organizowali „masowe wydarzenia ku czci antysowieckich formacji zbrojnych”. Chodziło o Armię Krajową.
Troje oskarżonych wydalono do Polski już w czerwcu 2021 roku. W negocjacjach dotyczących ich uwolnienia uczestniczyli polscy dyplomaci. Na granicy białoruscy Polacy zostali zmuszeni do podpisania dokumentów zakazujących im powrotu na Białoruś. Andrzej Poczobut odmówił wyjścia na wolność w zamian za deportację.
Andżelika Borys została zwolniona na początku 2022 roku. Pozostała w Grodnie i zrezygnowała z funkcji przewodniczącej Związku Polaków na Białorusi. W 2025 roku udzieliła wywiadu propagandowemu medium, w którym twierdziła, że na Białorusi nie dochodzi do dyskryminacji polskiej mniejszości.
Aresztowania członków Związku Polaków na Białorusi zbiegły się z początkiem kolejnej antypolskiej kampanii propagandowej. Była ona wymierzona w historię – przede wszystkim oczerniała okres II Rzeczypospolitej oraz Armię Krajową.
W ramach tej kampanii w 2021 roku wszczęto postępowanie karne przeciwko byłym żołnierzom AK, których oskarżono o „ludobójstwo narodu białoruskiego”. Później prokurator generalny wprost nazwał ich „zbrodniarzami nazistowskimi”. Rok później władze zaczęły niszczyć cmentarze i miejsca pamięci związane z AK. W propagandzie utrwalano narrację, że Polacy zawsze uciskali Białorusinów i chcą to robić dziś.
Wśród zarzutów wobec Andrzeja Poczobuta także znalazły się „przestępstwa historyczne”. Prokuraturze nie podobało się między innymi to, że nazywał napaść ZSRR na Polskę w 1939 roku agresją, a także, że napisał artykuł o Anatolu Radziwoniku, działaczu polskiego podziemia antykomunistycznego na Grodzieńszczyźnie.
Wyrok wobec Andrzeja Poczobuta zapadł w 2023 roku – osiem lat kolonii karnej o zaostrzonym rygorze. Został także wpisany na listę terrorystów. Skazano go na podstawie dwóch artykułów: za wzywanie do działań wymierzonych w bezpieczeństwo narodowe oraz za podżeganie do nienawiści i wrogości.
W kolonii Andrzeja Poczobuta, mimo problemów zdrowotnych, przetrzymywano w zimnej celi, często umieszczano w karcerze. Andżelika Borys, która kilkakrotnie go odwiedzała, mówiła, że więzień polityczny cierpi na arytmię i nadciśnienie. Wiadomo też, że usuwano mu czyraki.
Stosunek białoruskich władz do Andrzeja Poczobuta i kwestii jego uwolnienia się zmieniał. Na początku 2023 roku Łukaszenko deklarował, że nie odda dziennikarza w zamian za otwarcie przejścia granicznego Bobrowniki, które Polska zamknęła w odpowiedzi na wydanie wyroku.
W 2024 roku propagandyści zmienili taktykę i zaczęli twierdzić, że są gotowi oddać Andrzeja Poczobuta, ale Polacy nie chcą przyjechać na Białoruś, by go odebrać. Utrzymywano, że polskie władze zapomniały o swoim rodaku, nazywano dziennikarza „ofiarą sakralną”.
W 2025 roku powrócił temat umowy związanej z przejściami granicznymi. W październiku pojawiły się informacje, że Polska wkrótce je otworzy. Do tego jednak nie doszło – z powodu solidarności Warszawy z Litwą, dokąd z Białorusi zaczęły masowo przylatywać balony meteorologiczne wykorzystywane do przemytu.
„Chcecie Poczobuta? Jesteśmy gotowi i na to. Jednak KGB melduje mi, że oni [Polacy] wycofali się z tej pozycji w geście solidarności z Litwą przez te baloniki… Wycofali się, to i my się wycofamy” – komentował tę sytuację Łukaszenko.
Przejście graniczne zostało otwarte 17 listopada 2025 roku. Jednak Andrzeja Poczobuta nie wypuszczono. Nie było go także wśród 250 więźniów politycznych, którzy odzyskali wolność 19 marca 2026 roku. Na finalizację umowy trzeba było czekać ponad pięć miesięcy.
Być może powodem było to samo, co wcześniej powstrzymywało Łukaszenkę przed jego uwolnieniem. Były więzień polityczny, który siedział z Andrzejem Poczobutem w tej samej kolonii, po wyjściu na wolność opowiadał, że dziennikarzowi proponowano napisanie prośby o ułaskawienie do prezydenta.
„Łukaszenko chce, żeby Andrzej osobiście okazał skruchę” – twierdził.
Skruchy białoruski dyktator się nie doczekał. Jednak w wiadomościach o uwolnieniu Andrzeja Poczobuta białoruska propaganda szczególnie podkreślała, że został on wpisany na listę do wymiany na prośbę jego matki oraz Andżeliki Borys.
Wyjście na wolność Andrzeja Poczobuta było możliwe nie tylko dzięki umowie między Polską a Białorusią. Doszło do niego także w ramach negocjacji, które specjalny wysłannik ds. Białorusi John Coale prowadzi z Łukaszenką. Dzięki nim doszło już do kilku fal uwolnień – na wolność wyszło ponad 400 więźniów politycznych. W zamian z białoruskiego reżimu zdejmowane są sankcje.
Razem z Andrzejem Poczobutem 28 kwietnia do domu wróciło jeszcze dwóch Polaków oraz dwóch obywateli Mołdawii. W zamian Polska przekazała wcześniej zatrzymanych szpiegów, pracujących na rzecz Rosji i Białorusi oraz rosyjskiego archeologa prowadzącego prace na okupowanym Krymie.
Białoruski niezależny dziennikarz, obecnie mieszkający w Polsce. Współpracował z Internews, a także z białoruskimi mediami na uchodźstwie, w tym z MOST Media i Zerkalo.io, największym portalem informacyjnym piszącym dla czytelników na Białorusi oraz białoruskiej społeczności za granicą. Dla OKO.press pisze o życiu białoruskiej społeczności w Polsce.
Białoruski niezależny dziennikarz, obecnie mieszkający w Polsce. Współpracował z Internews, a także z białoruskimi mediami na uchodźstwie, w tym z MOST Media i Zerkalo.io, największym portalem informacyjnym piszącym dla czytelników na Białorusi oraz białoruskiej społeczności za granicą. Dla OKO.press pisze o życiu białoruskiej społeczności w Polsce.
Komentarze