0:00
06 stycznia 2021

"Albo się wykrwawię albo przyznam do aborcji. Strach, że nie mogę jechać do szpitala, był ogromny"

Klaudia i Kasia aborcję zrobiły w Anglii, Florentyna w Niemczech. Legalnie i pod okiem lekarzy. Wiktoria i Agnieszka były zdane na siebie. Jedna pamięta tylko ulgę, kiedy było po wszystkim, druga przerażenie i strach, bo czuła, że jeśli coś się stanie, nie może liczyć na pomoc [Miałam aborcję]

Wydrukuj

W cyklu Miałam Aborcję publikujemy nadesłane przez czytelniczki historie przerwania ciąży. Chcemy w ten sposób przełamać tabu i pokazać doświadczenia, które są bardzo różne. Dla jednych aborcja była dramatyczną decyzją, dla innych najgorsza była niechciana ciąża, decyzja o jej przerwaniu była oczywista. Więcej historii znajdziecie tutaj.

Dzisiaj kilka historii, w których czytelniczki opowiadają czym była dla nich ciąża, jak przebiegał zabieg, ten legalny lub ten przeprowadzany samemu w domu, oraz co myślą o swojej decyzji dzisiaj.

Klaudia: Nie wahałam się, nie żałuję

Odkąd skończyłam 13 lat, wiedziałam, że dzieci to nie moja bajka i macierzyństwo nigdy nie będzie moim celem w życiu. I tak też myślę nadal czternaście lat później.

Miałam wtedy chyba 23 lata i w ciążę zaszłam przez przypadek z mężczyzną, którego spotkałam wcześniej kilka razy. Po kilku tygodniach spóźniającej się miesiączki zrobiłam test ciążowy. Byłam załamana, spanikowana i przestraszona, myślałam tylko: co dalej?

Nie mieszkam w Polsce, ale w Anglii, gdzie aborcja dostępna jest na życzenie. Okazało się, że mogłam mieć zabieg na NHS (tutejszy NFZ), co bardzo mi pomogło, biorąc pod uwagę, że skończyłam studia rok wcześniej i pracowałam wtedy za dość marne pieniądze.

Tygodnie między testem a zabiegiem były bardzo trudne. Dolegliwościom związanym z ciążą, jak osłabienie, ciągle mdłości, brak apetytu i energii, towarzyszył niepokój, strach i przygnębienie.

Proces przerwania ciąży był prosty. Do kliniki musiałam iść chyba dwa razy. Pierwszy raz na konsultację i żeby wziąć tabletkę, która przygotowuje organizm do poronienia, i drugi, żeby wziąć tę, która poronienie wywołuje.

Jak tylko wróciłam do domu, zaczęły się silne bóle brzucha. Poinformowano mnie o tym, więc byłam na nie gotowa. Nie jest to oczywiście najprzyjemniejszy proces. Skurcze i mocne krwawienie trwały przez kilka godzin. Ale był to też moment ogromnej ulgi, a jeszcze większą ulgę przyniósł mi negatywny test ciążowy dwa tygodnie później.

Była to jedna z najlepszych decyzji, jakie podjęłam w życiu i jedyna słuszna w mojej sytuacji. Gdyby nie aborcja, na pewno nie miałabym teraz kariery, jaką mam, oraz stabilnej sytuacji finansowej i mentalnej.

Boli mnie, że w Polsce wciąż trzeba uważać, komu się mówi o aborcji, szczególnie tej na życzenie, i że często nie można o tym powiedzieć nawet rodzinie.

Wiktoria: Żeby żadna kobieta nie musiała się tak bać

Pierwszy raz zaszłam w ciążę w wieku 21 lat. Z początku poza strachem towarzyszyło mi uczucie szczęścia. Po 10 tygodniach okazało się, że ciąża jest martwa. Łyżeczkowanie i budzenie się z narkozy. Krzyczałam do mojego partnera, że zabrali nam dziecko i ma go szukać. Wyłam półprzytomna: gdzie jest moje dziecko. Wtedy coś w moim partnerze pękło. Zmienił się diametralnie.

Lekarz powiedział, że przez minimum 5 miesięcy będę bezpłodna. Bardzo się pomylił, bo nie minęły 2 miesiące, a znów byłam w ciąży. W tym czasie mój partner stawał się coraz bardziej mroczny. Agresja i przemoc były na porządku dziennym. Tłumaczyłam sobie, że przeżył szok, że to moja wina, bo tak krzyczałam i się załamał.

W końcu uświadomiłam sobie, że posiadanie z nim dziecka byłoby niebezpieczne. Jeśli był gotowy podnieść rękę na mnie, to może na dziecko też? Po moim poronieniu przestał pracować i zaczął brać narkotyki. To był najgorszy możliwy czas na dziecko, bo planowałam uciec z tego związku.

Ktoś może powiedzieć, że trzeba się było zabezpieczać i to był mój błąd, ale byłam przekonana że jeśli lekarz mówi, że nie mogę zajść w ciążę i nie mam okresu, to jestem bezpieczna. Po przeżyciach w szpitalu nie byłam gotowa psychicznie na ciążę. Partner zaproponował aborcję. Załatwił wszystko z Women on Web.

Wzięłam tabletki i się zaczęło. Strach i ból. Strach, bo krwawiłam okropnie. Kilka podkładów dla niemowląt przesiąkniętych krwią. Skurcze. Nie wiem, ile to trwało, bo zasypiałam i budziłam się na kolejny skurcz. Zaczęłam się trząść i mieć mroczki przed oczami. Partner wsadził mnie do wanny i polewał lodowatą wodą, żeby trochę ocucić. Jakoś przeszło.

Strach, że nie mogę jechać do szpitala, że mogę albo się wykrwawić, albo przyznać do aborcji i ponieść tego konsekwencje, był ogromny. Walczę o prawo do aborcji dla innych, żeby już żadna kobieta nie musiała się bać.

Zakaz aborcji nie oznacza, że nie ma do niej dostępu. Oznacza, że kobieta może się wykrwawić we własnym łóżku lub łazience bez opieki lekarza, bo ze strachu przed konsekwencjami prawnymi nie zadzwoni po pomoc na czas.

[red. - zgodnie z prawem kobieta nie ponosi żadnej konsekwencji za przerwanie własnej ciąży, konsekwencje mogą ponieść jedynie osoby, które w przerwaniu ciąży pomagały, np. kupiły tabletki. Dlatego jeżeli kobieta po wzięciu tabletek poronnych zaobserwuje niepokojące objawy, powinna zgłosić się do lekarza].

Agnieszka: Nie chcę być matką, tylko człowiekiem

Miałam aborcję. W tym roku, na początku lipca. O szóstej nad ranem obudziły mnie skurcze i spędziłam sama pod nieswoim prysznicem kilka dobrych godzin. Poczułam tylko i wyłącznie ulgę.

Dlaczego? Bo nie miałam stałej pracy. Bo od 15. roku życia zmagam się z własną psychiką, a co dopiero dbać o cudzą. Bo nie mam pieniędzy, bo nie mam do tego głowy, bo... Po prostu nie czas. Nie widzę w swoim partnerze ojca, a siebie jako matki. Czekam na dzień, w którym nie będzie w tym nic dziwnego, a ja będę mieć prawo do bycia po prostu człowiekiem.

Florentyna: Dla świętego spokoju rodzinie nie powiem

Od 12. roku życia wychowywałam się w Niemczech, aborcję zrobiłam w wieku 24 lat. To było w Berlinie, 6 albo 7 lat temu. Nie byłam gotowa na dziecko. U ginekologa dowiedziałam się, że to 8. tydzień.

Pojechałam do kasy chorych załatwić zwolnienie z opłaty z powodu niskich dochodów. Po kilku dniach byłam już na rozmowie z ginekolożką, akurat Turczynką. Jej zadaniem było przedstawienie alternatywy dla mojej decyzji, ale szybko skończyła, bo byłam zdecydowana. Powiedziała mi o metodach antykoncepcji.

Po kolejnych 3 dniach trafiłam do malutkiej kliniki aborcyjnej, strasznie się stresowałam. Pamiętam, jak podali narkozę i traciłam kontrolę nad ciałem. Dla mnie to było okropne, zasnęłam z obrazem trzech mężczyzn stojących nade mną.

Po zabiegu zaczęłam płakać, miałam koszmary. Ale te koszmary nie miały nic wspólnego z aborcją. Bałam się presji społecznej, komentarzy ze strony personelu medycznego. Całe szczęście na obawach się skończyło.

Przerwanie ciąży nie było dla mnie problemem, wiedział o tym mój chłopak, ale nie chciałam, żeby dowiedziała się rodzina. U nas w domu o seksualności się nie rozmawia, pewnie jak w większości polskich domów. To była moja decyzja i nie chciałam, żeby ktoś mnie do czegoś przekonywał.

Chociaż teraz widzę, że moi rodzice są zbulwersowani wyrokiem Trybunału. Mama najbardziej. Może porozmawiamy o aborcji, ale dla świętego spokoju o mojej nigdy im nie powiem.

Powiedziałam tylko 8 lat młodszej siostrze. Mieszkała w Polsce i zawsze jej powtarzałam, że gdyby coś się stało, to zawsze służę pomocą. Było mi bardzo przykro, gdy zaszła w ciążę jej 14-letnia koleżanka z klasy.

Myślę, że rząd utknął gdzieś w średniowieczu, a społeczeństwo jest jednak bardziej liberalne, teraz pękła zmowa milczenia. Ten wyrok to zamach przede wszystkim na osoby biedne, bo aborcja i badania za granicą są dostępne, ale nie każdego na nie stać.

Kasia: To nie było łatwe

Pochodzę z małego miasteczka. Jestem samotną matką, po rozwodzie. Moi rodzice nigdy nie byli bardzo religijni, ja też nie lubiłam Kościoła. Pierwsze dziecko urodziłam mając 18 lat. Mój pierwszy mąż nawet nie wiedział „jak to się stało”. Córka nie miała w szkole przyjaciół, bo nie chodziła do kościelnego chórku. Cierpiała.

W 2014 roku postanowiłam zacząć wszystko od nowa. Wyjechałyśmy do Anglii. Poznałam tam nowego partnera. Nigdy nie używałam antykoncepcji, bo po rozwodzie nie miałam żadnego partnera na stałe. Po dwóch miesiącach związku zaszłam w ciążę.

Nie chciałam tego dziecka, bo mój partner zaczynał być coraz bardziej agresywny. Nie widziałam dłużej w tym związku ani siebie, a tym bardziej siebie w kolejnej ciąży. Kocham moją córkę, ale nie lubię dzieci. Nigdy nie chciałam mieć więcej niż ją jedną.

Mój partner, gdy dowiedział się, że jestem w ciąży, powiedział, żebym zadzwoniła do naszej przychodni. Recepcjonistka zapytała, czy chcę tej ciąży. Dostałam numer do kliniki aborcyjnej. Byłam w szoku, że w Anglii aborcja jest całkowicie legalna.

Najpierw była rozmowa z psychologiem, później USG i wyznaczono datę zabiegu. Bałam się. Powiedziałam o wszystkim mamie. Cieszyła się, że mam dostęp do bezpiecznej i legalnej aborcji.

Zabieg odbył się w 12. tygodniu ciąży. Podczas kolejnego USG widziałam małe dziecko na ekranie. Dziwnie się czułam. Nie było to łatwe. Byłam smutna. Dookoła mnie było dużo innych kobiet, dziewczyn. Oglądały gazety, filmy na YouTube. Luz.

Sam zabieg nie trwał długo. Bolało tylko chwilę. Wiem, że to była dobra decyzja. W Anglii antykoncepcja jest darmowa, po zabiegu poprosiłam o implant antykoncepcyjny, został mi wszczepiony od razu. Każda kobieta powinna mieć wybór, każda kobieta powinna decydować o sobie, swojej przyszłości.

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne