0:00
16 czerwca 2016

Waszczykowskiego ślepa miłość do traktatów

Kontrola praworządności nie jest opisana w traktatach. Jest tylko i aż pomysłem urzędników, jak stosować traktaty. Waszczykowski nie rozumie lub udaje, że nie rozumie, jak działa Unia

Wydrukuj

Wypowiedź Waszczykowskiego (PiS) odnosi się do procedury kontroli praworządności, która ma pomóc Komisji Europejskiej w pilnowaniu państw członkowskich, by postępowały zgodnie z zasadami demokracji opisanymi m.in. w artykule 2 Traktatu o Unii Europejskiej z 2007 r. (zwanego lizbońskim). Chodzi o: „poszanowanie godności osoby ludzkiej, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, jak również poszanowanie praw człowieka, w tym praw osób należących do mniejszości. Wartości te są wspólne Państwom Członkowskim w społeczeństwie opartym na pluralizmie, niedyskryminacji, tolerancji, sprawiedliwości, solidarności oraz na równości kobiet i mężczyzn”.

Urzędnicy UE są od tego, żeby przestrzegać traktatów europejskich, które zostały ratyfikowane (...). Niech mi pan Timmermans wskaże, w którym traktacie europejskim jest procedura, którą którą uruchomił wobec Polski.
Oceń wypowiedź
PrawdaFałsz
TVP Info,20 maja 2016

Procedura kontroli ma zdyscyplinować dany kraj, tak by nie trzeba było używać art. 7 zwanego atomowym, który stosuje się, gdy „istnieje poważne ryzyko naruszenia przez państwo członkowskie wartości Unii”. Grozi to niesubordynowanemu państwu zawieszeniem prawa głosu w UE, o co Komisja (lub jedna trzecia państw UE) może wnioskować, gdy uzna, że procedura nie pomogła. Art. 7 nie był dotychczas stosowany i nie ma pewności, jak będzie interpretowany. Pojawiły się głosy, że Rada może dążyć do podjęcia decyzji o sankcjach głosami 20 z 27 państw, bez wcześniej wymaganej jednomyślności. Oznaczałoby to, że instytucje unijne zastosują niestandardową i nieoczywistą interpretację przepisów traktatowych.

Waszczykowski twierdzi, że Komisja nie ma prawa stosować procedury kontroli, bo nie ma o niej ani słowa w żadnym traktacie UE. Podobne słowa powtarzają padły z ust ważnych polityków PiS, m. in. rzecznika rządu Rafała Bochenka, europosła prof. Ryszarda Legutki czy prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Rzeczywiście, procedury w traktatach nie ma. Komisja Europejska wprowadziła ją w marcu 2014 r. zwykłym komunikatem: „Nowe ramy opierają się w pełni na obowiązujących obecnie traktatach UE i stanowią uzupełnienie istniejących instrumentów, zwłaszcza procedury określonej w art. 7 i postępowania w sprawie uchybienia zobowiązaniom państwa członkowskiego wszczynanego przez Komisję”. Przekładając z unijnego na polski: warto reagować na poważne naruszenia wartości UE i próbować rozwiązać problem zamiast od razu zawieszać kraj w członkowstwie.

Komisja wprowadziła procedurę po doświadczeniach z Austrią Joerga Heidera, Węgrami Viktora Orbana i Francją Sarkozy’ego (przy okazji „relokacji” Romów). Służba Prawna Rady Unii Europejskiej oceniła, że jest ona sprzeczna z tzw. unijną zasadą delegacji (art. 5 Traktatu): UE ma jedynie kompetencje wprost przyznane jej w traktatach przez państwa członkowskie. Podobnie zdanie wyrazili niektórzy badacze London School of Economics w raporcie pisanym, gdy Komisja Europejska chciała użyć procedury kontroli praworządności wobec Węgier.

Waszczykowski wyraża te same zastrzeżenia: Komisja wychodzi poza swoje kompetencje i dyktuje państwom warunki nie opisane w traktatach. Formalnie ma rację. Rzecz w tym, że UE nie zawsze działa na podstawie jasno określonego prawa, a tym bardziej zapisów traktatowych. Liczy się praktyka, dyplomacja, prawo zwyczajowe.

Przykładem może być tzw. Eurogrupa – potężna instytucja, która przez 10 lat decydowała o polityce finansowej krajów euro na podstawie nieformalnych uzgodnień, zanim została wspomniana (bez szczegółowych kompetencji) w traktacie lizbońskim. Do dziś na oficjalnej stronie określa sama siebie jako „nieformalne ciało”.

Procedura kontroli praworządności w UE obowiązuje i chcąc respektować reguły unijnej gry, trzeba jej przestrzegać. Zdaniem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka ten mechanizm kontrolny jest uzasadniony i nie narusza suwerenności państw członkowskich.

Co więcej, procedura jest miękką formą rozwiązania sporów prawnych i politycznych. Nie wywołuje sankcji ani innych konsekwencji prawnych – jest tylko biurokratyczną ścieżką „ucierania” wspólnego stanowiska na linii rząd kraju członkowskiego – KE.

Udostępnij:

Filip Konopczyński

Współzałożyciel, członek zarządu i analityk Fundacji Kaleckiego. Prawnik i Kulturoznawca, absolwent MISH UW. Współpracownik i doradca ds. międzynarodowych Instytutu Myśli Demokratycznej powołanego przez Roberta Biedronia. Publikował też m.in. w Gazecie Wyborczej, Krytyce Politycznej, Przekroju, Newsweeku, Kulturze Liberalnej, Res Publice Nowej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne