Węgierski parlament przyjął rezolucję popierającą Polskę w sporze o praworządność z Komisją Europejską. Decyzję o tym, co zrobić dalej z Polską, przywódcy krajów unijnych podejmą po 20 marca. Jednak w Brukseli panuje przekonanie, że niezależnie od tego, czy wobec Polski zastosowane będą sankcje, nasza pozycja w Unii bardzo osłabła

O następnym kroku wobec Polski zdecyduje Rada Unii Europejskiej, czyli przywódcy krajów unijnych. Dlatego rezolucja węgierskiego parlamentu nie ma mocy wiążącej – jest jedynie sposobem wywarcia presji na Viktora Orbána, bo to on będzie mógł zablokować ewentualne sankcje wobec Polski. Tyle że to nie ma większego znaczenia – jak powiedział OKO.press wysoki urzędnik unijny, w Brukseli panuje przekonanie, że niezależnie od tego co będzie dalej, Polska już straciła swoją moc sprawczą w Unii i pozycję lidera regionu.

Węgierscy parlamentarzyści wezwali rząd do poparcia Polski w sporze z Unią Europejską, która ich zdaniem stosuje „podwójne standardy moralne”. Nałożenie sankcji na Polskę oznaczałoby, zdaniem autorów rezolucji „uszczuplenie zagwarantowanych w traktacie podstawowym praw Polski i ograniczenie zasadniczych praw wynikających z członkostwa w Unii Europejskiej”. Poparcie wniosku Komisji Europejskiej byłoby niebezpiecznym precedensem, Komisja przekracza bowiem swoje kompetencje strażniczki traktatów. Autorem rezolucji jest szef komisji spraw zagranicznych i przedstawiciel partii chadeków, Zsolt Nemeth.

Orbán może zablokować sankcje wobec Polski

Już w najbliższy piątek, 24 lutego 2018, w Brukseli odbędzie się nieformalny szczyt unijnych przywódców, podczas którego z pewnością dyskutować będą również o propozycjach Komisji. Przypomnijmy: 20 grudnia 2017 Komisja Europejska ogłosiła uruchomienie procedury z art. 7 – ale jednocześnie dała rządowi PiS kolejną „ostatnią szansę”. Komisja wycofa wniosek o uruchomienie procedury, jeśli w ciągu trzech miesięcy rządzący dostosują się do rekomendacji – czyli wycofają się ze zmian w KRS, SN, TK i sądach powszechnych.

Artykuł 7 Traktatu o Unii Europejskiej mówi o ochronie podstawowych wartości Unii Europejskiej – „szacunku dla ludzkiej godności, wolności, demokracji, równości, poszanowania praworządności, praw człowieka oraz praw mniejszości”, i o tym, co robić, jeśli państwo członkowskie je narusza. Żeby rozpocząć procedurę art. 7, potrzebny jest wniosek Komisji Europejskiej, zgoda 1/3 krajów UE oraz Parlamentu Europejskiego. 20 grudnia 2017 właśnie na wniosek Komisji uruchomiono pierwszy etap procedury wobec Polski. Wydanie czwartej rekomendacji było zaskoczeniem. Dlaczego? Tzw. procedura kontroli praworządności, która prowadzona jest w sprawie Polski już od dwóch lat, przewiduje tylko trzy rekomendacje. Komisja wyczerpała więc limit rekomendacji wobec Polski.

  • Przeczytaj więcej o procedurze art. 7

    Sama procedura składa się z trzech etapów.

    Pierwszy to tzw. mechanizm prewencyjny, czyli stwierdzenie „wyraźnego ryzyka poważnego naruszenia” przez Polskę podstawowych wartości UE. Do jego uruchomienia potrzeba zgody 4/5 Rady Unii Europejskiej (czyli 22 spośród 27 głów państw, bez udziału Polski) i 2/3 Parlamentu Europejskiego. Polega on na wystosowaniu oficjalnego ostrzeżenia dla Polski (krok ten został dodany po wycofaniu się Komisji z sankcji nałożonych na Austrię, w traktacie lizbońskim UE w 2009 roku).

    Drugi etap to „stwierdzenie istnienia poważnego  i trwałego naruszenia” unijnych wartości. Taka decyzja musi zostać podjęta jednomyślnie przez Radę Europejską za zgodą Parlamentu Europejskiego.

    Trzeci etap to tzw. mechanizm sankcyjny – jeśli polski rząd nie zareagowałby na dwa poprzednie, a jego wyjaśnienia uznane zostałyby przez Radę za niesatysfakcjonujące. Może oznaczać zawieszenie praw Polski w Unii, m.in. prawa głosu. Do jego przegłosowania potrzebna jest większość kwalifikowana w Radzie Europejskiej (72 proc. członków Rady, w których mieszka co najmniej 65 proc. ludności Unii). Traktat w tym punkcie nie wymaga zgody Parlamentu.

Wprawdzie do nałożenia sankcji potrzebna jest jedynie większość kwalifikowana Rady (72 proc. Członków Rady, którzy reprezentują 65 proc. Ludności UE), ale ten etap nie może zostać uruchomiony bez uruchomienia etapu drugiego – do którego niezbędna jest jednomyślność wszystkich członków UE.  Dlatego właśnie kluczowy będzie głos Viktora Orbána, który deklarował chęć poparcia Polski.

Polski precedens

To, że sytuacja jest wyjątkowa, przyznają też urzędnicy Komisji zajmujący się tematem praworządności w Polsce. Jeden z nich powiedział OKO.press, że teraz tak naprawdę wszystko jest możliwe – prawo unijne w tym aspekcie po raz pierwszy jest sprawdzane w praktyce. „Od czasu rekonstrukcji rządu czujemy nowego ducha i chęć dialogu, ale na razie żadnej zmiany w treści tego, co mówi rząd. Czekamy na odpowiedź Polski na naszą ostatnią rezolucję, którą z pewnością dokładnie przeanalizujemy” – dodał.

Polskie ustawy dotyczące sądownictwa są analizowane przez dział prawny Komisji Europejskiej i DG Justice, ale także przez reprezentację Unii Europejskiej w Polsce. Jej szefem jest wieloletni polski dyplomata, nie ma więc mowy problemach wynikających z bariery językowej. Analizowane są wszystkie ustawy, które przegłosowuje Sejm i dokumenty, które przedstawia Komisji Europejskiej polski rząd.

Artykuł 7 miał chronić obywateli krajów unijnych przed konsekwencjami rządów populistycznej prawicy, która w późnych latach 90. zaktywizowała się w Europie. Unia Europejska zastosowała „sankcje dyplomatyczne” wobec Austrii w lutym 2000 roku, kiedy Partia Wolności (FPÖ) weszła do koalicji rządowej. Nie było to zastosowanie artykułu 7, ale dużo osób – w tym Austriaków – do tej pory tak uważa. W związku z sankcjami antyeuropejskie nastroje i popularność prawicy w Austrii tylko się wzmocniły, dlatego w czerwcu 2000 roku Unia się z nich wycofała. Od tego czasu Komisja Europejska ma alergię na sankcje – artykuł 7 jeszcze nigdy nie został zastosowany. W październiku 2015 roku Parlament Europejski odrzucił wniosek, by uruchomić art. 7 w sprawie Węgier. Zachowanie polskiego rządu zmusiło Komisję do zmiany kursu – to precedens.

Szkoda już się dokonała

W Brukseli panuje powszechne przekonanie, że Polska zniszczyła już swoją reputację i moc sprawczą w Europie. Wysoki urzędnik unijny powiedział OKO.press: „Tak naprawdę nie ma znaczenia, czy na Polskę zostaną nałożone sankcje w związku z artykułem 7, czy nie. Szkoda już się wydarzyła, a jej naprawa będzie trwała długie lata. Wystarczył fakt, że po raz pierwszy trzeba było ten artykuł uruchomić – nikt w Unii nie wierzył, że kiedykolwiek będzie to konieczne. W Unii Europejskiej ścierają się interesy państw członkowskich, ale jest też to wspólnota zbudowana na zaufaniu. To skomplikowana, delikatna struktura, w której trzeba umieć się poruszać. Polska zachowuje się obecnie jak słoń w składzie porcelany: nasz rząd stracił zaufanie u swoich europejskich partnerów, w związku z czym polskie stanowisko po prostu nie będzie brane pod uwagę w najważniejszych dla nas kwestiach. A żaden Polak nie zostanie znów wybrany na wysokie stanowisko w unijnych strukturach”.

Najbliższy test już niedługo – w związku z negocjacjami dotyczących długofalowego budżetu po roku 2020, czyli tzw. długotrwałej struktury finansowej. Z pewnością będzie mniej pieniędzy na tzw. politykę spójności, której największym beneficjentem jest Polska. Ale najnowszy plan Komisji Europejskiej zakłada również, że unijne pieniądze będą uzależnione od przestrzegania unijnych zasad – to oznaczałoby poważne cięcia w pieniądzach przekazanych Polsce. Ostateczna decyzja ma zostać podjęta w maju 2018.


Absolwentka studiów europejskich na King’s College w Londynie i stosunków międzynarodowych na Sciences Po w Paryżu. Współzałożycielka inicjatywy Dobrowolki, pomagającej uchodźcom na Bałkanach i Refugees Welcome, programu integracyjnego dla uchodźców w Polsce.
W OKO.press pisze o służbie zdrowia, uchodźcach i sytuacji Polski w Unii Europejskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym