Wetując ustawę degradacyjną, prezydent Duda wbił kolejny gwóźdź do trumny czarno-białej narracji PiS o "patriotach" i "zdrajcach". Wyborca PiS, który na tej populistycznej pewności budował swoją tożsamość, czuje się dziś zdezorientowany, oszukany

Siła przekazu PiS opierała się do tej pory na jednoznaczności. Jest tylko biel i czerń, dobro i zło, patrioci i zdrajcy. Wetując ustawę degradacyjną 30 marca prezydent Andrzej Duda naruszył ten populistyczny dogmat, który – według władzy – ma uzasadniać autorytarne rządy.

Do niedawna PiS było postrzegane jako partia o niezłomnych przekonaniach, która jednoznacznie dzieliła Polaków na lepszy i gorszy sort, na „patriotów” (utożsamianych z obozem władzy, biało-czerwoną drużyną itp.) i „zdrajców” (postkomunistyczne elity, byłych ubeków, niemieckich agentów itp.). Ten populistyczny przekaz odstraszał większość Polaków, ale dla sporej części obywateli był atrakcyjny – jasno wskazywał bowiem, kto jest „winny” różnych niepowodzeń i problemów, i obiecywał wymierzyć im sprawiedliwość.

Przekaz PiS w miejsce kłopotliwych odcieni szarości wprowadzał prosty podział na „swoich” i „obcych” – na tym polega skuteczność populizmu. Jej miarą było poparcie dla partii rządzącej, które w sondażach z jesieni 2017 i zimy 2017/2018 regularnie przekraczało 40 procent.

Dla wszystkich tych osób zawetowanie ustawy degradacyjnej przez prezydenta Dudę musiało zadziałać jak kubeł lodowatej wody wylany na głowę. Co więcej, to już piąty zimny kubeł w ostatnich tygodniach. Nic dziwnego, że poparcie dla PiS jest najniższe od wyborów. 

Duda nie zdegraduje Jaruzelskiego i Kiszczaka

Prezydent mówił w 18-minutowym orędziu, że nie można degradować członków WRON, nie dając im – jak zakładał projekt ustawy degradacyjnej – możliwości złożenia wyjaśnień. „Byłoby to niezgodne ze standardami demokratycznego państwa”, powiedział Duda. I nawet nie próbował ukrywać pretensji do rządu PiS:

 „Prosiłem przez moich ministrów, aby były możliwości, by osoby mogły złożyć wyjaśnienia. Nie wzięto tego pod uwagę, czego nie mogę zrozumieć”.

Mogłoby się wydawać, że to z punktu widzenia wyborców PiS dobry znak – że ich prezydent jest człowiekiem myślącym i przynajmniej od czasu do czasu staje na straży – jak powiedział – „standardów demokratycznego państwa”. W istocie jest jednak odwrotnie.

Siła przekazu PiS opierała się do tej pory na jednoznaczności. Jest tylko biel i czerń, dobro i zło, patrioci i zdrajcy, dobra władza i zła opozycja.

Obóz „dobrej zmiany” wypowiada zdradzieckim postkomunistycznym elitom wojnę i nie waha się nawet złamać zasad praworządności, by wymierzyć sprawiedliwość i przywrócić porządek moralny. By znowu białe było białe, a czarne – czarne. Dlatego ustawa miała odebrać stopnie oficerskie wszystkim członkom Wojskowej Rady Odrodzenia Narodowego bez możliwości odwołania.

Andrzej Duda w miejsce tego jednoznacznego podziału wprowadził skalę szarości. Prezydent omówił przypadek gen. Mirosława Hermaszewskiego (w 1981 roku – podpułkownika), pierwszego Polaka w kosmosie, który do WRON został dokooptowany w młodości, „na rozkaz”, wyłącznie dla ocieplenia wizerunku tej instytucji. Według prezydenta Hermaszewski nie zasłużył, by podzielić los generałów Kiszczaka i Jaruzelskiego.

Wyborca PiS musi czuć się zawiedziony. No bo skoro funkcjonariusze „zbrodniczego systemu” (jak PiS nazywa PRL) mogli być niewinni, albo trochę winni, a trochę niewinni, albo po prostu za młodzi,  by odpowiadać za „zbrodnie”, albo przymuszeni do uczestnictwa w systemie, to pewność moralnej wyższości, jaką dawał prawicowy populizm, ulatnia się.

Prezydent, jakby świadomy tego ryzyka, przez pierwsze minuty orędzia zapewniał obywateli o swoim antykomunizmie. „Byłem współtwórcą ustawy lustracyjnej, niedawno podpisałem ustawę, która spowodowała obniżenie emerytur ludziom SB i UB”. „Bez mrugnięcia okiem” – zapewniał.

Mimo to, na koniec Duda zawetował ustawę. Kiszczak i Jaruzelski nie stracą generalskich stopni. Wyborca PiS, który na populistycznej pewności przez PiS budował swoją polityczną tożsamość, musiał poczuć się oszukany.

PiS cofa się w sprawie sądów, aborcji i IPN, a do tego wypłaca sobie kasę

Krok Dudy wpisuje się w ciąg kolejnych posunięć Prawa i Sprawiedliwości w ostatnich tygodniach, w których dawna dyscyplina, pewność i populistyczny przekaz moralnej słuszności zamieniły się w kręcenie, wycofywanie się bokiem, festiwal niekonsekwencji, a także trudną do ukrycia hipokryzję. Efektem jest bezprecedensowy spadek poparcia dla PiS o 12 pkt. proc. na poziom 28 proc., najgorszy od czasów wyborów.

Pozostałe cztery samobójstwa wizerunkowe PiS szczegółowo omawiamy w tekście „PiS się pruje, suweren się wkurzył” z 29 marca:

  • Krok w tył w sprawie reformy sądownictwa (nawet jeśli „ustępstwa są pozorowane) pod wpływem nacisku Komisji Europejskiej.
  • Zatrzymanie projektu „Zatrzymaj aborcję” pod wpływem zapowiedzi ulicznej demonstracji kobiet.
  • Skierowanie do Trybunału Konstytucyjnego ustawy o IPN pod wpływem presji ze strony USA i Izraela i jej samokrytyka.
  • Wysokie nagrody wypłacone przez premier Szydło sobie i rządowi, wbrew deklarowanej walce z przywilejami władzy.

Zatrzymanie ustawy degradacyjnej wpisuje się w ten ciąg, a także pokazuje pękanie moralnego kręgosłupa Prawa i Sprawiedliwości. Teflonowy, niezłomny PiS cofa się pod presją, kruszy się jego pewność siebie, partia i rząd stają się skłonne do ustępstw. Wyborcy populistów mogą wiele wybaczyć swoim przywódcom, ale na pewno nie słabość w sztandarowych kwestiach. 

Przykład nagród dla rządu Szydło obrazuje zaś starą jak świat prawdę: że nawet największych świętoszków rączki zaczynają świerzbić, gdy objawiają im się pokusy świata materialnego. 

Oczywiście, jest to zagrożenie dla każdej partii, która zdobywa władzę. Dla Prawa i Sprawiedliwości jednak – które szło do wyborów z programem moralnej odnowy i rozbicia korupcyjnego układu elit – hipokryzja w sprawach własnych wynagrodzeń może być po prostu zabójcza.

Paradoksy populizmu: im lepiej, tym gorzej

Na tym polega paradoks rządów populistycznych: lepiej robić błąd za błędem, ale iść w zaparte, niż cofać się i przepraszać. W pierwszym przypadku władza okazuje bowiem siłę, propagandowe media i tak tuszują koszty błędnych decyzji, a wyborcy docenią nieprzejednaną postawę. Oczekiwania „ukarania winnych” i „przywrócenia porządku” rozbudzone w kampanii wyborczej zostają spełnione, a pogwałcenie prawa, paradoksalnie może dowodzić, że mają moralną rację.

Jeśli jednak władza się cofa, przeprasza i kręci, to traci wyrazistość i moralną słuszność, a podział na patriotów i wrogów ojczyzny się rozmywa. Co gorsza, ukrywane wcześniej wewnętrzne podziały i spory w obozie rządzącym wychodzą na wierzch, co populistyczni wyborcy odbierają po prostu jako słabość. I to nawet wtedy, gdy te kroki w tył są lepsze z punktu widzenia interesu Polski.

PiS się zaburzył

Rzeczniczka Prawa i Sprawiedliwości Beata Mazurek skomentowała weto prezydenta słowami „Jesteśmy zaskoczeni i zawiedzeni”. I wystąpiła w obronie czarno-białych podziałów:

„Trzeba jasno powiedzieć jedno: wolna, sprawiedliwa Polska nie może zapomnieć o rozliczeniu okresu komunistycznego”.

Antoni Macierewicz dodał w wypowiedzi dla niezalezna.pl:

„To bardzo zła decyzja. To zakwestionuje kierunek rozwoju i przywracania tradycji niepodległościowej, który był formułowany w ciągu ostatnich 26 miesięcy”.

W rozmowie z Radiem Wnet stwierdził jeszcze mocniej: „Szokujące. Bardzo żałuję, że doszło do momentu, w którym prezydent wybrany przez obóz patriotyczny formułuje stanowisko sprzeczne z podstawowymi wskazaniami ruchu niepodległościowego”.

Decyzja prezydenta jest dla środowisk prawicowych tym trudniejsza do przełknięcia, że można ją odebrać jako odpowiedź na apel  wdowy po gen. Kiszczaku, która pisała:

„Mój mąż był polskim bohaterem i patriotą, i służył takiej Polsce, jaka była, bo innej nie było. I to Kiszczak obalił komunizm. On ma wiele zasług dla Polski, jest twórcą zmian!”.

Trudno dziwić się tym reakcjom. To kolejny czarny dzień dla PiS. Z drugiej strony, może można się było tego spodziewać? Jak pisał Maciej Gdula w książce „Nowy autorytaryzm”, rządy obiecujące rewolucyjne zmiany upadają właśnie dlatego, że nie są w stanie zaspokoić ogromnych oczekiwań, które same rozbudziły. 

Być może więc to, co mamy okazję dzisiaj obserwować, to początek końca rządów PiS.

Dziennikarz, filozof, kulturoznawca, doktorant na Wydziale „Artes Liberales” Uniwersytetu Warszawskiego. Autor książki "Fluks. Wspólnota płynów ustrojowych" (PWN 2017). Zajmuje się współczesną filozofią polityczną.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym