"Ustawa jest próbą politycznego oddziaływania na opinię publiczną i próbą ratowania wizerunku nieudolnej władzy. Rząd nie potrafi rozwiązać problemu ASF i to widać gołym okiem. Dzik jest ofiarą ASF-u. Choroba została rozniesiona przez rolników nielegalnie handlujących prosiętami na targach". Jak myśliwi oceniają "Lex Ardanowski"

Kontrowersyjna ustawa „Lex Ardanowski” szturmem przeszła przez Sejm i Senat i wylądowała na biurku prezydenta. Jej zapisy zakładają między innymi karanie więzieniem za utrudnianie polowań, zezwalają na użycie przez myśliwych tłumików w broni, oraz zmieniają zasady wyboru szefa Polskiego Związku Łowieckiego. Minister rolnictwa, który forsował przepisy zupełnie pomijając argumenty naukowców i głos społeczny twierdzi, że nowelizacja ma ułatwić walkę z Afrykańskim Pomorem Świń.

Szczegółowo pisaliśmy o niej tutaj:

W powszechnej opinii z nowych przepisów mogą cieszyć się myśliwi. Przemysław Staciwa* zapytał ich, co naprawdę sądzą o „Lex Ardanowski” i kolejnej odsłonie walki z ASF.

„Większość z nas to idioci”

„Proces legislacji przebiegał tak szybko, że myśliwi zostali zaskoczeni formą wdrażania tej specustawy”, mówi Przemysław Kobacki, łowczy okręgowy i przewodniczący Zarządu Okręgowego PZŁ w Łodzi. „Zawiera ona zarówno elementy pozytywne, jak i takie budzące kontrowersje. Z pewnością wymóg stosowania się do zasad bioasekuracji  jest dobry, bo zarówno rolnicy jak i myśliwi powinni się w tym elemencie doszkalać”.

Jeden z przepisów rzeczywiście dotyczy złamania zasad bioasekuracji. W przypadku stwierdzenia nadużyć przez powiatowego lekarza weterynarii, możliwe będzie wyciągnięcie konsekwencji wobec konkretnego myśliwego, bądź całego koła łowieckiego. Pytam moich rozmówców czy do tej pory nie było żadnych przepisów dyscyplinujących nieuważnych myśliwych.

Kobacki: „Nie wiem, nie są mi znane tego typu przypadki. Ostatnio szerokim echem odbił się materiał TVN24 o tuszach jeleni składowanych w chłodni razem z zabitymi dzikami. Nie możemy doprowadzać do sytuacji patologicznych. Konsekwencje w stosunku do osób dopuszczających się tych czynów powinny być wyciągnięte z surowością”.

„W dobie takiego kryzysu podobne rzeczy nie mogą się zdarzać, ale niestety się zdarzają, bo wśród myśliwych, podobnie jak i w innych grupach społecznych, nie ma świętych”, twierdzi Jacek Tyrankiewicz, myśliwy, powiatowy lekarz weterynarii z Łodzi, sam o sobie mówiący, że jest ekologiem łowieckim.

„Brak bioasekuracji, wleczenie tych padniętych dzików po trawie, niezmienianie ubioru. To się czasem zdarza”.

Bardziej radykalny w tych ocenach jest Krzysztof Lechowski, myśliwy, autor artykułów i podręcznika o łowiectwie: „W swoim podręczniku, który Polski Związek Łowiecki wydał trzy lata temu piszę, że kilkanaście lat kupowałem od myśliwych dziczyznę i wiem w jakim stanie oni ją przywozili.

Trudno jest szafować liczbami, ale myślę, że wielu z posiadających w Polsce legitymację myśliwego nie powinna jej z różnych powodów mieć”.

Piotr, myśliwy z Kielecczyzny, który chce pozostać anonimowy nie przebiera w słowach: „Większość z nas to idioci. Tak proszę Pana, idioci. Będę nazywał rzeczy po imieniu. To są ludzie bardzo często nieświadomi, nieprzygotowani kompletnie do tego typu zadań. Minister próbuje narzucać je Polskiemu Związkowi Łowieckiemu, mówi „zróbcie to, zróbcie tamto”, a tu absolutnie nie ma ludzi przeszkolonych. To są osoby przypadkowe, nierzadko starsze, bardzo często wychodzące ze sztucerem do lasu raz do roku. I powiedzieć takiemu człowiekowi o bioasekuracji?”.

Nie karać za ideały

Opinię publiczną poruszył przepis karzący aktywistów i miłośników zwierząt za utrudnianie polowań. „No nie wiem, ja nie pisałem tej ustawy”, zaczyna Kobacki. „W każdej dziedzinie życia potrzebny jest umiar i rozsądek. Rzeczywiście, myśliwi mieli problemy z ludźmi przebierającymi się za Trzech Króli, króliki, czy inne zwierzęta. Biegali im przed lufami uniemożliwiając strzelcom wykonania odstrzału sanitarnego, do którego zostali zobligowani. Nie wydaje mi się to rozsądne”.

Łowczemu okręgowemu wtóruje powiatowy lekarz weterynarii:

„Polowanie musi być oznakowane, nikomu nie można zabronić chodzenia po lesie, ale ewidentne przeszkadzanie w wykonywaniu odstrzałów podlega restrykcjom”.

Krzysztof Lechowski patrzy na sprawę pod innym kątem. „Jestem zwolennikiem dialogu, nie karania ludzi za ich ideowe podejście. Widzę u część ekologów troskę o zasady, przyrodę i zwierzęta. Inni są trochę nawiedzeni i oderwani od rzeczywistości. Apelowałbym do obu stron, by usiadły i porozmawiały merytorycznie. Ktoś powie »przestańmy strzelać do jeleni«. Ok, tylko one wtedy zjedzą plony rolników. I kto za to zapłaci? Obie strony zyskały by więcej spokojnym dialogiem. Zdaniem Roberta, myśliwego z Pomorza zapis o karaniu ekologów za spacery po lesie w trakcie polowań mogą odbić się myśliwym czkawką: Te przepisy mogą wywołać złą krew między ludźmi. Konflikt jest według mnie nieco sztucznie wytwarzany i na rękę obecnej władzy.

To nie jest spór pomiędzy myśliwymi a ekologami. Słyszał Pan, by ktoś atakował ministra za to, że sobie nie radzi z ASF? Nie? Bo słychać jak kłócą się ekolodzy z myśliwymi”.

Walka z ASF?

Wprowadzane na mocy „Lex Ardanowski” zmiany tłumaczone są zwiększeniem efektywności w walce z ASF. Chodzi między innymi o skuteczniejszą redukcję populacji dzika. Myśliwi są podzieleni w tym temacie. „Byłem zaproszony do Strzelec Krajeńskich koło Gorzowa Wielkopolskiego na polowanie”, opowiada Marian Głąbała. „Siedziałem niby »na jelenia«, ale wyszło sześćdziesiąt dzików. Ja takiego towarzystwa jeszcze nie widziałem, a tam ta choroba właśnie ponoć wchodzi”.

I wszystkie te dziki państwo zastrzelili? – pytam. „A gdzie tam, Panie. My nie strzelamy z RKM-u, że „tatatata tatata”. Jak się jednego strzeli, to reszta jedzie do lasu”, mówi.

„Jeśli mamy tego dzika redukować, to róbmy to z głową”, mówi Przemysław Kobacki. „Rozrzedzenie populacji jest według mnie jak najbardziej zasadne.

Inna sprawa, że przypadek przeskoku wirusa o trzysta kilometrów i zdiagnozowanie go w województwie zielonogórskim nie jest winą dzika. To niemożliwe, dzik nie jest maratończykiem. Poza tym nawet gdyby tyle przebiegł, to zaraziłby po drodze inne osobniki”.

Krzysztof Lechowski rysuje inny scenariusz wdrażania specustawy ASF: „Ustawa jest próbą politycznego oddziaływania na opinię publiczną i próbą ratowania wizerunku nieudolnej władzy. Rząd nie potrafi rozwiązać problemu ASF i to widać gołym okiem. Dzik jest ofiarą ASF-u. Choroba została rozniesiona przez rolników nielegalnie handlujących prosiętami na targach, oraz brak odpowiedniej bioasekuracji na fermach trzody chlewnej. Winne są także nieudolne służby weterynaryjne. Wiem co mówię, bo one przez 15 lat kontrolowały mój zakład. Inna sprawa, że pracownicy tych służb są skandalicznie nisko wynagradzani, brak im też dostatecznego wyposażenia technicznego”.

Powiatowy lekarz weterynarii i myśliwy z Łodzi przyznaje, że podczas kontroli gospodarstw rolnych zdarza mu się napotkać szereg nieprawidłowości. „Na pewno winny jest człowiek. Po części rolnik, czasem nie bez winy są też myśliwi. Pokątny handel, »produkcja« na własną rękę, to wszystko jest”, mówi Jacek Tyrankiewicz. „Na szczęście robimy z tym porządek. Idzie w dobrą stronę”.

Tłumik na nielegalu

Że ktoś jest myśliwym, to nie znaczy, że on umie polować”, mówi Marian Głąbała, myśliwy z Koła Łowieckiego „Daniel” z Tomaszowa Mazowieckiego. „Są myśliwi co tylko na zbiorowych polują, a są tacy co na indywidualnych. No i tu trzeba mieć trochę pojęcia, żeby pierdół nie robić. U nas w kole jest dużo doświadczonych myśliwych, koło 70-tki, są zmęczeni i oni sobie na zbiorówki przyjeżdżają. Do nas dziki nachodzą z lasów spalskich. Weterynaria dawała odstrzały, to się strzelało”.

Pytam moich rozmówców o użycie tłumików, na które zezwala nowela. „Nie widzę w tym nic złego, to rozwiązanie techniczne, jak każde inne”, mówi Krzysztof Lechowski.

„Jeśli dzik wchodzi rolnikowi w pole i mamy go odstrzelić nocą, to lepiej to zrobić z tłumikiem, żeby nie pobudzić okolicznych mieszkańców strzałami”.

Kwestia używania przez myśliwych tłumików pojawiła się już rok temu. Opinia publiczna dowiedziała się o tym, gdy wyciekło nagranie z zamkniętego spotkania ministra środowiska Henryka Kowalczyka z władzami Polskiego Związku Łowieckiego i ponad czterdziestoma łowczymi okręgowymi.

Łowczy z Wielkopolski przyznaje na nagraniu, że wielu myśliwych ma już sprzęt do noktowizji i termowizji, których używają „po cichu”, czyli nielegalnie.

„Moja broń nie posiada możliwości konstrukcyjnych do zamontowania tłumika”, mówi Przemysław Kobacki. „Używam broni kniejowej, »dwururki«. Należy wyjaśnić, że tłumiki używane przez myśliwych nie dają efektu jak z amerykańskiego filmu, gdzie nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Według różnych badań akustycznych pochłaniają one od 25 do 30 proc. huku. Ten strzał będzie słyszalny. Jednak głównym celem tych tłumików jest tłumienie nie dźwięku, tylko energii odrzutu, który powstaje w momencie wystrzału. Strzelec byłby więc bardziej precyzyjny.

Innego zdania jest Jacek Tyrankiewicz: „Nie bardzo jestem zwolennikiem tego rozwiązania. Jeżeli ktoś jest w łowisku i założy tłumik, to nawet można go nie widzieć i nie słyszeć, że strzelał. Huk jest sygnałem. Myśliwi odnotowują liczby strzałów, to pomaga w organizacji polowania. Ktoś może z tym kłusować, coś przywlec z innego terenu, lub wywieźć coś, co należałoby na przykład zbadać. Jestem sceptyczny”.

Chłopiec do bicia

W grudniu 2019 roku dymisji szefa PZŁ domagało się rolnicze OPZZ za niewywiązywanie się z obowiązku odstrzału dzików. Przewodniczący Ogólnopolskiego Porozumienia Związku Zawodowych Rolników niejednokrotnie krytykował myśliwych za opieszałość w tym względzie. Wydaje się, że naciski ze strony rolników mogły mieć wpływ na kształtowanie się noweli „Lex Ardanowski”.

Myśliwych najbardziej interesuje w obecnej ustawie zmiana wyboru szefa Polskiego Związku Łowieckiego. Na mocy noweli ma tego dokonywać minister.

„Stajemy się takim przysłowiowym chłopcem do bicia”, mówi Sylwester, myśliwy z Krakowa. „Z jednej strony rząd ma wobec nas wymagania, z drugiej nie mamy wsparcia do wykonywania planów, a z trzeciej, pretensje mają do nas i rolnicy – bo za mało strzelamy i ekolodzy – bo za dużo strzelamy”.

Krzysztof Lechowski: „Polski Związek Łowiecki jest organizacją pozarządową. Myśliwi płacą składki na budżet, z którego zatrudnia się zarząd, pracowników administracyjnych etc. Do tej pory zarządzanie związkiem było naszą suwerenną decyzją. Teraz dalej będziemy płacić składki, ale rządzić będzie człowiek mianowany przez ministra. Co stoi na przeszkodzie by na przykład ustawą zarządzić, że szefa fundacji Jerzego Owsiaka będzie mianował minister kultury? Ta ustawa to niebezpieczny precedens, balon próbny”.

Układ

Na koniec pytam swoich rozmówców, co ich zdaniem powinno się zmienić w Polskim Związku Łowieckim. Piotr: „Trzeba ukrócić patologiczne układy, które są obecne w wielu kołach łowieckich. Są lokalne koterie. Dajmy na to, jeden facet ma tartak. Trzech myśliwych u niego pracuje. On dla kogoś deski rżnie, komuś to sprzedaje, w to wchodzą poszczególni leśniczowie i trzęsą tym kołem. Poczciwi myśliwi siedzą cicho i nie mają żadnej siły przebicia”.

Sylwester: „Podam Panu przykład. W kole łowieckim w okręgu katowickim jest specyficzny zarząd. Żaden z członków tego gremium nie ma pozwolenia na broń, bo z różnych przyczyn je utracili. Jeden z członków tego koła jest nawet członkiem Zarządu Okręgowego w Katowicach. Jak poszukać, to w Polsce będzie nie jeden taki przykład. Swój pomysł na zreformowanie PZŁ ma Krzysztof Lechowski.

Najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie elementów wolnego rynku. Chodzi o zlikwidowanie monopolu PZŁ, rozproszenie go, oddanie łowiectwa ludziom oddanym, etycznym i kompetentnym”.

Przemysław Staciwa*: Dziennikarz Telewizji TOYA. Współpracuje z kwartalnikiem Liberte!, Krytyką Polityczną i OKO.press

OKO.press sprawdza, czy politycy ratują świat przed katastrofą klimatyczną.
Wesprzyj nas, też chcemy przeżyć.

Komentarze

  1. Tom Paskuda

    Smutna prawda jest taka, że walkę z ASF trzeba rozpocząć od „zdezynfekowania” Polskiego Związku Łowieckiego przesiąkniętego patologią. Czyli weryfikacja myśliwych i ich struktur. Dopiero zdrowe środowisko myśliwych można dopuścić do wyłącznie sanitarnych odstrzałów. Nie dla zabawy ani dla sportu. Na razie rząd uprawia tylko papierowe ściemnianie.

  2. Lech Małolepszy

    Zaraz, zaraz… Czy szanowny Pan paskuda właśnie napisał, że wg. niego myśliwi jako organizacja społeczna ma wyręczać państwo z jego powinności?
    Bo napisał tak: " Dopiero zdrowe środowisko myśliwych można dopuścić do wyłącznie sanitarnych odstrzałów."
    Już abstrahuję, co to znaczy „zdrowe środwisko” i kto ma się zająć tą weryfikacją oraz na podstawie jakich kryteriów…
    Czyli myśliwi mieliby zostać sprowadzenie do roli deratyzatora i zajmować się tylko sanitarnymi odstrzałami? I to jeszcze za swoje prywatne pieniądze w wolnym czasie? No to Panie Paskuda, pan pierwszy.
    Albo pójdźmy dalej, niech np. każdy kierowca zajmie się utrzymanie kawałka drogi publicznej za własne pieniądze we własnym czasie. Pomysł równie celny…

    • Tom Paskuda

      Skoro myśliwi, a nie kto inny, załatwiają sobie w parlamencie możliwość wsadzania do więzienia osób spacerujących po państwowym lesie, to proszę nie mówić o „społecznej” organizacji.
      Do chodzenia po lesie lub polach i strzelania do zwierząt nikt nikogo nie zmusza. A prywatne pieniądze i wolny czas to nie jest wystarczający argument, aby dać myśliwym pierwszeństwo dostępu do publicznego lasu lub cudzych pól.
      Podobno koła łowieckie „opiekują się” swoimi obwodami łowieckimi. Jeśli otrzymują takie przywileje, niech także mają obowiązek odstrzelania chorych zwierząt lub limitowanej (bez oszustw!) selekcji nadmiernej populacji. Nawet za pieniądze od państwa. I niech się z tego rozliczają! Chyba potrafią to sobie „załatwić”?
      Natomiast polowanie dla zabawy lub dla sportu, nadal uważam za moralnie odrażające.
      A „zdrowe środowisko myśliwych” jest przeciwieństwem środowiska patologicznego, które nie przestrzega zasad bioasekuracji, łamie prawo i ukrywa „po koleżeńsku” przestępstwa. Tutaj patologia obejmuje także pobłażliwość organów ścigania.

      • Lech Małolepszy

        Wystarczy obejrzeć nagrania z komisji sejmowej i senackiej w kontekście "lex Ardanowski". Oglądałem i nie widziałem tam „załatwiania sobie w parlamencie przez myśliwych” czegokolwiek. Wręcz przeciwnie, np. ta wyrzutka na nominowanie szefa PZŁ przez ministra. Przypominam, że PZŁ to nie jest organizacja państwowa. Ten cały „zakaz spacerowania” jest potrzebny myśliwym jak dziura w moście, ciekawym bardzo kto jest autorem tego „cudownego” pomysłu….
        Tak samo jak tłumiki; sens w tym może jest ”jakiś”, ale marginalny raczej. Ale mleko się wylało i nie przetłumaczysz „wszystko-wiem-lepiej” z Internetu, że to nieprawda, iż huk wystrzału z broni doposażonej w tłumik jest niesłyszalny. Argumenty na nie dla tłumików od pana Zdrojewskiego to, proszę wybaczyć, bujda na resorach. Całe te tłumiki to niepotrzebne paliwo do i tak już rozgrzanego konfliktu i myśliwym jest to potrzebne jak zeszłoroczny śnieg. Ale oczywiście rząd wie lepiej.

      • Lech Małolepszy

        Dalej; opiekowanie się obwodem łowieckim to nie jest żaden przywilej, a obowiązek. Przywilejem można by nazwać możliwość wykonywania na terenie danego obwodu. Ale nie ma nic za darmo; polować można, ale trzeba zająć się też ochroną upraw i wypłacaniem odszkodowań wyrządzanych przez zwierzęta łowne, zagospodarowaniem łowisk, itd. Wszystko w ramach obowiązującego prawa i narzuconych (tak dokładnie!) limitów odstrzału. Tu jest ciągły konflikt z LP; lasy zazwyczaj wywierają presję, aby więcej polować na jeleniowate a mniej na dziki. Dlaczego tak LP na tym zależy? To proste, dzik w lesie to żaden szkodnik a wręcz przeciwnie. Natomiast jeleń zgryza nasadzenia drzew przez co powoduje znacznie szkody w uprawach leśnych. Pewnie, są one grodzone, ale to jeleniowatych nie powstrzyma. A z uprawami polnymi sytuacja jest ciut inna; rolnikom każde „bydle” na polu wyżera ich plon. I trudno im się dziwić, że nie pałają do nich miłością. Rozwiązanie, które istnieje aktualnie nie jest idealne (PiS i na tym polu ma własne „sukcesy” z których wycofał się zaledwie po kilku miesiącach), ale problem jest złożony i żadna ustawa i nakaz niczego nie poprawi. A mam wrażanie, że aktualny rząd wierzy w moc sprawczą swoich ustaw i rozporządzeń. No niestety, tak to nie działa…
        Tereny prywatne super-prosto można wyłączyć z obwodu łowieckiego, wystarczy oświadczenie. W czym problem?

      • Lech Małolepszy

        Limitowanie populacji odbywa się od zawsze i naprawdę nie pojmuję o jakich możliwych oszustwach Pan pisze. O pozyskaniu zwierza i niezgłoszenie tego faktu? Szanowny Panie, to jest po prostu kłusownictwo. I naprawdę nie rozumiem po co myśliwy miałby to robić. Potencjalne korzyści w stosunku do grążących kar są niewspółmierne. Taki dzik, którego myśliwy chce zagospodarować, kosztuje go ok. 100-200 zł. Wpaść w naprawdę poważne tarapaty za 200 zł? Bez sensu. To jest dzisiejszy mit z czasów słusznie minionych, ale to byłą zupełnie inna rzeczywistość, która dawno (i dobrze) temu mamy za sobą.
        I tak, koła łowieckie rozliczają się z każdej strzelonej sztuki. Tylko pewnie Pan nie wie, że aktualny rząd zdjął okres ochronny dla dzików oraz zlikwidował limity ich odstrzału. Koła łowickie, które nie wykonują narzuconych limitów odstrzału są karane finansowo (a na które to limity, tak naprawdę, nie mają żadnego wpływu), a minister Ardanowski zapowiada dalsze rozwiązania których celem jest wręcz przymuszenie realizacji planów odstrzału. Ciekawe co zrobią te koła, gdzie zwierzyna danego gatunku bywa sezonowo i zazwyczaj nie sezonie polowań na te gatunki. To wcale nie tak rzadki przypadek…
        O moralności proszę ze mną nie dyskutować, nie znamy się na tyle. Ja za niemoralne uważam nazywanie sojowej brei pasztetem. I fakt, jest to odrażające w smaku i zapachu. I bardzo proszę nie brać przykładu z nowej mody, gdzie jedna parta zawłaszcza sobie termin „prawdziwy Polak”. Nie musi Pan podzielać pasji łowieckiej, nikt Pana do tego nie zmusza. I proszę mnie nie zmuszać do własnego światopoglądu. Dziękuję, ale mam własny.

      • Lech Małolepszy

        Państwowe usankcjonowaniem łowiectwa, tj. gdzie specjalizowane służby zajmą się tym problemem w PL nie ma racji bytu. Nie ma na to planu, kadr i możliwości. To oczywiście dałoby się zrobić, ale tak naprawdę to najgorszy z możliwych pomysłów, który wymaga czasu i niebagatelnych nakładów. Wielokrotnie słyszałem „niech tym zajmą się leśnicy”. Tak może mówić tylko ktoś, kto nie ma bladego pojęcia jak dziś wygląda struktura organizacyjna Lasów Państwowych. Dość powiedzieć, że Państwowa Straż Łowiecka nie ma nic wspólnego z Lasami Państwowymi. Dzisiejszy Leśniczy to bardziej administrator danego terenu leśnego w ramach organizacji LP.
        Społeczny monitoring polowań to też fantasmagoria… Jak można dyskutować z ludźmi, którzy pałają nienawiścią? Ale OK, mi monitoring polowań w niczym nie przeszkadza. Uważam tylko, że powinna się tym zająć Państwowa Straż Łowiecka, a nie jacyś tam „wolontariusze”. PSŁ ma stosowne możliwości prawne i techniczne. Problemem jest tylko to, że ich liczebność wystarcza chyba tylko na tworzenie papierów. Dość powiedzieć, że np. w woj. Pomorskim na 1801 tyś ha obwodów łowieckich jest 6 etatów w PSŁ, resztę proszę sobie poskładać samemu…

        • Tom Paskuda

          Dziękuję za tak obszerny komentarz naświetlający, ale widzę, że dopisał Pan z tuzin dodatkowych szczegółowych wątków, świadczących o zabagnieniu spraw w organizacji łowiectwa, tym bardziej w kontekście ASF. To, że rząd nieudolnie w sposób „urzędniczy”, usiłuje na papierze stworzyć pozory rozwiązywania problemu, to jest oczywiste. W parlamencie „załatwianie sobie” czegokolwiek kontrowersyjnego, nie odbywa się przy włączonych kamerach na komisjach sejmowych.
          Ale problem z ASF istnieje realnie i myśliwi, chcąc czy nie chcąc, sami stanęli na linii strzału rządu i opinii publicznej. To na pewno jest łatwy kozioł ofiarny, ale trzeba też przyznać, że nie wszyscy polujący dojrzali do takiego zajęcia, tym bardziej do przejmowania się obowiązkami i prawem, a nie jedynie do rabunkowego traktowania przyrody. Bo jest świat realny i „świat” na oficjalnym papierze. Całością problemu nie ma się kto zająć. Ot, co!

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press