01 sierpnia 2020

Wierzymy, możemy, zwyciężymy. 63 tys. osób na wiecu konkurentki Łukaszenki

Wybory prezydenckie w Białorusi już 9 sierpnia. Wiec poparcia dla konkurentki urzędującego Łukaszenki zgromadził rekordowe 63 tys. osób. Łukaszenka atakuje, ale kolejne aresztowania tylko wzmacniają pozycję Swietłany Cichanouskiej. O sytuacji na Białorusi dla OKO.press pisze Nikita Grekowicz

Bezprecedensowe, 63 tysiące ludzi zebrało się w czwartek 30 lipca 2020 w parku na Placu Bangalor w Mińsku, by manifestować swoje poparcie dla kandydatki na prezydentkę Białorusi Swietłanę Cichanouską. Żadna manifestacja w Białorusi nie zebrała tylu ludzi w jednym miejscu przez ostatnią dekadę, włączając w to wydarzenia państwowe, na które nierzadko zwoływano ludzi pod przymusem.

Czwartkowy wiec przyciągnął niespotykany wcześniej tłum mimo prób zastraszenia przez białoruskie władze i mimo widma wysokich wyroków dla aresztowanych w przeciągu dwóch miesięcy dziesiątek blogerów, dziennikarzy i opozycyjnych działaczy.

Milicja z Białorusinami?

Przez lata powtarzano w kuchniach białoruskich domów, że jeśli na ulice Mińska wyjdzie na demonstrację 20-30 tys. osób, to milicja i wojsko pójdzie za ludźmi. Jurij Zacharenko, szef białoruskiego MSW w latach 1994-1995, jeden z zaginionych w 1999 roku przedstawicieli opozycyjnych sił powszechnie uznanych za ofiary szwadronu śmieci Łukaszenki, uczulał milicjantów, że służą oni w pierwszej kolejności Białorusinom, a dopiero w drugiej prezydentowi próbując przekonać w ten sposób resort siłowy do wypowiedzenia posłuszeństwa dyktatorowi.

W 1999 roku podczas antyreżimowych demonstracji na białoruskich ulicach bywało po kilkanaście tysięcy osób. Szacuje się, że w grudniu 2010 roku w powyborczej demonstracji brało udział 10-15 tys. osób, ale i to nie wystarczyło, żeby milicja przyłączyła się do ludzi.

Czwartkowe 63 tysiące osób to co najmniej trzy razy więcej. Dzisiaj wiece połączonych sztabów nowej opozycji pod przewodnictwem kobiecego trio codziennie zbierają tysiące ludzi w mniejszych miastach Białorusi - około 10 tys. osób przyszło na wiec w Homlu, a prawie 8 tys. w Witebsku. Niemal każda pikieta organizowana przez zjednoczoną opozycję wyznacza w mieście, w którym się odbywa, nowy rekord frekwencji na tego typu wydarzeniach.

Temat zmiany frontu przez mundurowych nie jest przypadkowy. Mówią o nim wszyscy zaangażowani w dzisiejszy ruch ludzie – od popularnego blogera Nexta, przez tradycyjnych opozycjonistów, po liderkę nowego ruchu Swietłanę Cichanouską, która podczas czwartkowego wiecu upraszała milicję, w szczególności oddziały prewencji, by nie stosowali oni przemocy wobec Białorusinów.

Gdyby milicja lub wojsko zdecydowały się pójść za ludźmi, oznaczałoby to de facto koniec władzy Aleksandra Łukaszenki.

Gorzej być nie może

Czwartkowe przemówienie Cichanouskiej zostało przez opinię publiczną odebrane jako wyjątkowo udane, celne i poruszające – mówiła o przemocy aparatu bezpieczeństwa, dramacie bycia bliską osobą więźnia politycznego, podawała też racjonalne i proste argumenty za nieudolnością obecnej władzy.

W podobnym stylu utrzymane było jej środowe (i dotychczas drugie) wystąpienie w państwowej telewizji.

Głównym i właściwie jedynym postulatem ruchu Cichanouskiej jest doprowadzenie do demokratycznych wyborów maksymalnie pół roku po własnej elekcji.

Cichanouska i jej partnerki, Maria Kalesnikowa i Weronika Cepkało nie ustają przy tym w zapewnianiu, że przez te pół roku Białoruś nie pogrąży się w chaosie, a zmiany na gorsze są niemożliwe, bo gorzej być już nie może. Strach przed wojną, który państwowe media próbują na okrągło podsycać, „połączony sztab” (jak lubią nazywać siebie trzy kobiety) umiejętnie obraca przeciwko Łukaszence punktując, że to on jest jedyną frakcją, która realnie rozważa użycie siły.

Aresztowanie grupy Wagnera

W piątek 31 lipca, zaledwie dzień po historycznym już zgromadzeniu na Placu Bangalor, na wiecu w Lidzie jedna z trójki liderek Maria Kolesnikowa - szefowa sztabu aresztowanego Wiktora Babaryki - stwierdziła, że „dzisiaj w Białorusi nikt nie czuje się bezpiecznie, ani rozpędzani, ani rozpędzający”. To wyjątkowo celne ujęcie atmosfery panującej dzisiaj w Białorusi. Wydaje się, że

wszyscy wierzą, że nadchodzące dni będą dla Łukaszenki decydujące, a ta wiara powoli przedostaje się przez coraz wyraźniejsze szczeliny w cenzurze.

Na wiecach poparcia z dnia na dzień przybywa ludzi, a biało-czerwono-białe flagi nierzadko są uzupełniane przez oficjalne, poradzieckie czerwono-zielone i utożsamiane dotychczas z Łukaszenką proporczyki.

Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że sama Cichanouska aż dwie z trzech części swojej piątkowej wypowiedzi poświęciła na przekonywanie najpierw milicji, a później urzędników kontrolujących wybory, by ci zachowali się w dniu wyborów uczciwie, zgodnie ze swoim sumieniem. Trzecią część swojej wypowiedzi poświęciła seniorom i zapewnianiu ich, że zmiana władzy nie odetnie im wypłat emerytur. Nadzieja na to, że dojdzie do pokojowego przełamania obozu władzy rośnie w ludziach i w sztabie nowej opozycji z dnia na dzień.

I to mimo coraz bardziej niepokojących informacji docierających do Białorusinów z niezależnych mediów. Właściwie każdy dzień obarczony jest komunikatem o kolejnym zatrzymaniu dziennikarzy lub działaczy. Zatrzymania blogerów trochę ustały, ale tylko dlatego, że wszyscy znajdują się już w areszcie.

Ostatecznie w środę 29 lipca, dzień przed planowanym wielkim wiecem poparcia w Mińsku, Białorusinami wstrząsnęła informacja o zatrzymaniu na terenie Białorusi 33 obywateli Rosji, których białoruskie MSW określiło jako najemników z tzw. grupy Wagnera, czyli półjawnej jednostki zrzeszającej rosyjskich żołnierzy wysyłanych do wypełniania nieoficjalnych i bardzo kontrowersyjnych zadań w konfliktach, które mogą pomóc Rosji poszerzyć jej strefę wpływów. Żołnierze tego oddziału zniesławili się między innymi w trakcie konfliktu w Syrii, lub podczas wykonywania politycznie motywowanych morderstw na zlecenie.

"Ruskomirzec"

W czwartek rano, przed planowanym wielotysięcznym wiecem poparcia w Mińsku, zarzuty wobec znajdującego się w areszcie od 29 maja 2020 Siarhieja Cichanouskiego zostały zamienione na „organizację masowych zamieszek i niepokojów” - ten sam paragraf, na podstawie którego skazywano liderów opozycji w 2010 na wieloletnie wyroki - a zatrzymanych wagnerowców powiązano właśnie z nim.

Prawdopodobnie nieprzypadkowo tego samego dnia wypłynęła też informacja o tym, że Cichanouski w 2017 roku odwiedził anektowany przez Rosję Krym. Odwiedzanie Krymu jest odbierane jako zaakceptowanie jego siłowego zajęcia przez Rosję, a w Ukrainie taka podróż jest obarczona przyszłym zakazem wjazdu na teren Ukrainy.

Ale nawet ta informacja nie wzburzyła opinii publicznej i nie nastawiła jej negatywnie do youtubera. Franak Viacorka, wieloletni działacz opozycyjny, pokusił się nawet o stwierdzenie, że to poniekąd dobrze świadczy o Cichanouskim, bo widać jaką drogę przez dwa lata może przybyć „ruskomirzec”, czyli człowiek wychowany w świecie zbudowanym przez rosyjską propagandę.

Straszenie Rosją

Trudno jednoznacznie stwierdzić, jakie są prawdziwe motywy zatrzymania domniemanych najemników. Cichanouska w czwartkowym przemówieniu wspominała o tym, że Białoruś może być punktem przerzutowym grupy Wagnera, dlatego ich obecność w tym kraju, choć niepokojąca, nie jest zaskakująca. Za jej wersją może przemawiać fakt, że zatrzymani obywatele Rosji wynajęli pokoje w państwowym sanatorium pod własnymi nazwiskami. Ukraina niezwłocznie zażądała ich ekstradycji (w związku z udziałem grupy Wagnera w wojnie w Donbasie), natomiast Rosja właściwie nie wykonała żadnych znaczących ruchów poza oficjalnym odradzeniem podróży do Białorusi swoim obywatelom.

Białoruscy eksperci od spraw bezpieczeństwa spekulują, że Łukaszenka mógł zatrzymać wagnerowców bez wiedzy Kremla w zagraniu va banque, którego efekty są trudne do przewidzenia.

Oprócz zastraszenia Białorusinów celem takiego posunięcia miałoby być wzmocnienie pozycji negocjacyjnej w światowej polityce - zniechęcając Zachód do angażowania się w dzisiejsze wydarzenia w zamian za wizję osłabienia Rosji i jednocześnie utwierdzając Rosję w przekonaniu, że Łukaszenka może sobie sam poradzić wewnętrznym kryzysem.

Po 14 lipca, kiedy ogłoszono oficjalną listę kandydatów i okazało się, że wszystkie siły nowej opozycji solidarnie zjednoczyły się przy Cichanouskiej, władza rozpoczęła kampanię oczerniania i zastraszania wszystkich, którzy deklarują poparcie dla jej ruchu. Ataki wymierzone w Cichanouską to festiwal internetowego trollingu, w którym główną rolę odgrywa przywoływanie wizji majdanu oraz, w konsekwencji, rosyjskiej agresji.

Dlatego, jak powiedziała Kolesnikowa w innym momencie swojego piątkowego wystąpienia - „władze mogą sobie poradzić z „płoszczą” (białoruska, hipotetyczna wersja ukraińskiego euromajdanu), ale nie poradzą sobie z długotrwałym, zdecentralizowanym i systematycznym okazywaniem niezadowolenia”.

Łukaszenka się miota

Działania połączonego sztabu nowej opozycji wydają się iść tym kluczem wymyślając coraz to nowe metody na pokojowe i trudne do skontrolowania manifestowanie swojego poparcia dla Cichanouskiej. Jednym z takich pomysłów jest zakładanie na przedramię białej wstążki, której powszechność ma uświadamiać ludziom jak dużo jest osób wspierających dzisiejsze dążenie do obalenia Łukaszenki. Podobny charakter ma uruchomiony przez aktywistów chatbot „Holas” (Głos), który ma na celu alternatywne i niezależne podliczenie głosów oddanych na Cichanouską.

W państwowej telewizji nie ustają oskarżenia o próby wpłynięcia na wybory przez Rosję. Każdy z liderów i liderek jest oskarżany o bycie prowokatorem podstawionym przez Rosję i mimo że w tym roku te oskarżenia mają hipotetycznie najwięcej sensu w porównaniu do analogicznych oskarżeń wysuwanych przy okazji wyborów w poprzednich latach, to zyskują najmniej poklasku wśród opinii publicznej. Liderki opozycji na wiecach podkreślają, że są przeciwne unii z Rosją, a tym bardziej nie dopuszczają możliwości włączenia Białorusi do Federacji Rosyjskiej. Przypominają, że jednym z ich najważniejszych założeń jest suwerenna Białoruś, a ludzie wydają się im wierzyć. Sama Rosja też na razie przygląda się wydarzeniom w Białorusi nieco z boku.

Każde z działań Łukaszenki wymierzone w nową opozycję paradoksalnie wydaje się wzmacniać dzisiejszy ruch skupiony wokół Cichanouskiej, Kalesnikowej i Cepkały. Kolejne zatrzymania i nowe zarzuty dla już zatrzymanych ściągają na wiece poparcia coraz większe tłumy.

Władza zjada obecnie własny ogon, miotając się między oskarżeniami o wpływy rosyjskie i niebezpieczny nacjonalizm nowej opozycji.

W tym samym czasie państwowe media jakby wbrew własnej woli tworzą coraz bardziej spójny obraz Łukaszenki jako człowieka kompletnie oderwanego od rzeczywistości, w której się znajduje. Człowieka, który chwali się tym, że był nosicielem COVID-19. Coraz to nowe ujęcia ćwiczeń z rozpędzania demonstracji pokazywane w państwowej telewizji są dzisiaj tylko przerażającą wizją użycia przez władzę przemocy wobec własnych obywateli. Nikt nie ma wątpliwości, że Łukaszenka jest zdolny do wydania takiego rozkazu, ale coraz więcej osób wątpi w to, czy zostanie on wykonany. Czy może raczej coraz więcej osób wierzy w to, że nie zostanie on wykonany.

Białorusinom można pomóc w ich wolnościowych dążeniach wspierając organizacje niosące pomoc zatrzymanym i ich rodzinom. Zachęcamy do wspierania!

Autor Nikita Grekowicz jest Białorusinem, aktywistą Inicjatywy Wolna Białoruś, mieszka w Polsce

Udostępnij:

Nikita Grekowicz

Niezależny dziennikarz specjalizujący się w tematach Białorusi i Europy Wschodniej. Od 2022 pracuje w Dziale Edukacji Międzynarodowej Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Od 2009 roku związany ze Stowarzyszeniem Inicjatywa Wolna Białoruś, członek Zarządu Stowarzyszenia w latach 2019-2021. Absolwent Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW z dyplomem zrealizowanym na kierunku Artes Liberales. Grafik i ilustrator. Z pochodzenia Białorusin.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne