Redaktor naczelny "Łowca Polskiego" zamieścił na FB wpis o zjedzeniu przez wilki dwóch chłopców. Po czym napisał, że choć to nieprawda, to kwestią czasu jest, gdy coś takiego się stanie. "To skandal" - mówi dr hab. Sabina Pierużek-Nowak. I tłumaczy jak działania mieszkańców, którzy dokarmiali wilki, spowodowały, że kilka razy wilki ugryzły człowieka

W naszym kraju żyje ok. 2 tys. wilków. W Polsce objęte są ścisłą ochroną – od 1995 roku w części kraju, a od 1998 roku na całym obszarze – co oznacza, że nie można na nie polować.

Ale myśliwi od lat łakomym okiem spoglądają na tego drapieżnika.

Po części dlatego, że wilk dla nich naturalnym konkurentem („Populacje saren zmalały do tego stopnia, że w tym roku niektóre koła łowieckie chcą ograniczyć lub wręcz wstrzymać ich odstrzał. Oddziaływanie wilków na jelenie i daniele jest również widoczne” – skarżył się w 2017 r. dyrektor jednej z Regionalnych Dyrekcji Lasów Państwowych). Są też pewnie i tacy myśliwi, którzy po prostu marzą o zapolowaniu na tego legendarnego drapieżnika.

Od końca wojny zdarzyły się zaledwie cztery przypadki pogryzienia ludzi przez wilki, wszystkie w 2018 r. I wszystkie wskutek działalności człowieka. Myśliwi postanowili te przypadki rozdmuchać, by doprowadzić do zniesienia ochrony wilka.

Wszczęli kampanię o rzekomym zagrożeniu jakie wilki stanowią dla ludzi.  Najdalej jak dotychczas posunął się Paweł Gdula, redaktor naczelny „Łowca Polskiego”, oficjalnego pisma Polskiego Związku Łowieckiego (PZŁ).

„W województwie zachodniopomorskim wataha wilków zagryzła dwóch chłopców, którzy w odległości zaledwie kilkuset metrów od swoich domów zbierali grzyby. Ich niemal całkowicie pożarte szczątki odnaleziono wczoraj wieczorem w czasie poszukiwań zarządzonych po tym, jak chłopcy nie wrócili na noc do domu. Lokalna społeczność jest w szoku!” – tak zaczyna się wpis Gduli na jego profilu na Facebooku.

I dalej Gdula pisze, że władze zadecydowały o redukcji wilków na obszarze całego kraju (poza Bieszczadzkim Parkiem Narodowym) a Regionalne Dyrekcje Ochrony Środowiska zaczęły przygotowywać plany odstrzału. „Odstrzał redukcyjny dwóch tysięcy wilków ma być wykonany do końca roku” – napisał myśliwy.

Kilka akapitów niżej rozbrajająco tłumaczy, że to wszystko zmyślone, fikcja. „Mam nadzieję, że nikt nie nabrał się na tę wizję, choć muszę przyznać, że podobnej treści wiadomość nie byłaby dla mnie zaskoczeniem. … Śmiertelne ofiary wilków, szczególnie dzieci, są […] jedynie kwestią czasu i wywołają w społeczeństwie trudną do opanowania panikę”. Wpis zilustrował zdjęciem szczerzącego kły wilka.

„To, co zrobił pan Gdula, zaczynając wpis na Facebooku od fikcyjnej informacji o zagryzieniu i zjedzeniu przez wilczą watahę dwóch chłopców, to po prostu skandal” – mówi OKO.press dr hab. Sabina Pierużek-Nowak ze Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”.

„Od kilku dni odbieramy telefony z alarmami, że wilki zabiły dzieci, bo ludzie nie doczytują do końca tekstu redaktora naczelnego „Łowca Polskiego”. A my musimy tłumaczyć, że do niczego takiego nie doszło” – dodaje uczona.

Przypuszcza, że red. Gdula zrobił to celowo, by podgrzać atmosferę związaną z niedawnymi pogryzieniami przez wilki.

„To jest haniebne w sytuacji, w której ludzie są poruszeni tymi wydarzeniami i potrzebują rzetelnej informacji, a w zamian dostają tak drastyczny przekaz bazujący na najbardziej pierwotnych fobiach i metodach rodem z okresu antywilczej kampanii z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku” – mówi.

Dr hab. Sabina Pierużek-Nowak jest biologiem, specjalistą od wilków i prezeską Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”. O ssakach drapieżnych napisała kilkadziesiąt artykułów naukowych, kilka książek i wiele artykułów popularnonaukowych. W latach 90. koordynowała ogólnopolską kampanię na rzecz ochrony wilka i rysia, a także kampanię na rzecz objęcia całej polskiej części Puszczy Białowieskiej ochroną w formie parku narodowego. Pełny biogram można przeczytać na stronie Stowarzyszenia „Wilk”.

Poniżej rozmowa z badaczką wilków. Wyjaśnia ile było przypadków ataków przez wilki na ludzi w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w Polsce i jak do nich doszło. „Za te zdarzenia znaczną część odpowiedzialności ponoszą ludzie” – podkreśla.



Robert Jurszo, OKO.press: Ile przypadków ataku wilków na człowieka mieliśmy od końca II wojny światowej w Polsce?

Dr hab. Sabina Pierużek-Nowak, Stowarzyszenie dla Natury „Wilk”: Takich, w wyniku których doszło do zranienia człowieka? Cztery. Wszystkie w 2018 r.

Trzy pierwsze w Bieszczadach w czerwcu. Za pierwszym razem wilk ugryzł turystkę w łydkę na polu namiotowym w Wetlinie. Za drugim razem pokąsał ośmioletnią dziewczynkę w miejscowości Strzebowiska (kilka kilometrów od Wetliny), i w tym samym dniu – zranił dziesięcioletniego chłopca w pobliskiej wsi Przysłup.

We wszystkich tych przypadkach był to ten sam wilk. Po niespełna godzinie od pokąsania dzieci został on zastrzelony przez myśliwego tuż koło lokalnej smażalni.

Czwarty przypadek miał miejsce w lipcu w Trzebiczu w województwie lubuskim. Zwierzę ugryzło kobietę w łydkę. Tuż koło posesji, gdzie trwała huczna impreza z grillowaniem. Ten wilk od wielu miesięcy przesiadywał pod płotem tego gospodarstwa i kilku sąsiednich. Był widywany tam codziennie!

Żerował w miejscach wyrzucania odpadków żywności, podkradał jedzenie i zjadał psy. Niestety, mieszkańcy nie alarmowali od początku odpowiednich organów, z czasem poinformowali Urząd Gminy i umieszczali filmiki z wilkiem na swoich Facebookach. Ten wilk również został zabity.

W obu przypadkach, zaraz po pierwszych informacjach o pogryzieniu, zostały wydane błyskawiczne zgody na odstrzał przez Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska (GDOŚ).

Dlaczego te wilki zaatakowały?

Trzeba to podkreślić z całą stanowczością: za te zdarzenia znaczną część odpowiedzialności ponoszą ludzie. Obydwa zabite wilki były wcześniej intensywnie dokarmiane przez ludzi.

Jeśli chodzi o zwierzę z woj. lubuskiego, to przeprowadzono bardzo szczegółową sekcję jego zwłok, w której byłam obserwatorem. Protokół z sekcji jest w przygotowaniu i zostanie przekazany do GDOŚ, do dalszych analiz zostały wysłane niektóre tkanki.

Wstępnie można jednak stwierdzić, że zwierzę było dokarmiane przez ludzi tak intensywnie, że miało pod skórą grubą jak u tucznika warstwę tłuszczu. Ponadto wszystkie jego organy wewnętrzne był zatopione w tłuszczu.

Nigdy czegoś podobnego nie widziałam u dzikiego wilka, jest to problem przekarmianych psów.

Natomiast wilk z Bieszczad miał bardzo krótkie, starte pazury. To typowe dla wilków, ale też psów, które są przetrzymywane w kojcach albo wolierach. Takie otarcia powstają w wyniku intensywnego drapania. Na przykład w podmurówkę ogrodzenia, zza którego zwierzę chce się wydostać na wolność.

Więc ten wilk najprawdopodobniej uciekł z niewoli.

Z niewoli? Jak się w niej znalazł?

Jako stowarzyszenie co roku stykamy się z sytuacjami, gdy ludzie zabierają z nor wilcze szczenięta. Zamykają je w kojcach i próbują przetrzymywać.

Po co to robią?

Niektórzy chcą takie młode wilczki sprzedać. Taki los dotknął wilka Dino, który jest teraz w rezerwacie pokazowym Białowieskiego Parku Narodowego.

Inni próbują chyba spełnić jakąś fantazję o posiadaniu i panowaniu nad dzikim zwierzęciem. Tymczasem wilka nie da się całkowicie oswoić. Roczne zwierzę jest już duże, silne i zaczyna sprawiać kłopoty. I najczęściej – wcześniej lub później – ucieka albo jest wypuszczane przez zniecierpliwionego „właściciela”.

To prawdopodobnie zdarzyło się w zeszłym roku wilczycy Hardej, która obecnie jest w ośrodku rehabilitacji dzikich zwierząt w Napromku.

Ale wilk to bardzo inteligentne zwierzę. Zanim ucieknie, przyzwyczaja się ludzi i traktuje ich jak przedstawicieli własnego gatunku. No i uczy się, że pożywienie można dostać – bądź zabrać – od człowieka.

Po co ma więc polować na zwinne jelenie i sarny w lesie, skoro może zabić i zjeść pilnującego gospodarstwa psa na łańcuchu? Albo wyjeść odpadki ze śmietnika? Trzyma się więc blisko ludzkich siedzib, robi się nachalny, czasem próbuje wymuszać dokarmianie. I zaczyna dochodzić do konfliktów.

Takich wilków nie da się już przywrócić do ich naturalnego środowiska. One nawet przez chwilę nie chcą mieć kontaktu z lasem i dzikimi wilkami. Dla nich człowiek jest rodziną.

Albo się je wyłapuje i zamyka w ogrodach zoologicznych ..

… albo zabija, jak te dwa wilki, gdy zaczynają stanowić zagrożenie.

Niestety. Na domiar złego, w Bieszczadach obserwujemy również przypadki dokarmiana dziko żyjących wilków.

Jak to?

To biznes, który kwitnie od kilku lat. W pobliżu specjalnie wybudowanych czatowni, które oferuje się na wynajem fotografom przyrody z całej Europy, wykłada się regularnie duże ilości mięsa, by zwabić wilki.

A ponieważ nie da się dostarczać zanęty w taki sposób, by wilki nie wiedziały, że wykłada ją człowiek, to wilki zaczynają kojarzyć jedzenie z ludźmi. Obecność fotografów w czatowniach też nie uchodzi uwadze wilków, bo ich zmysły słuchu i węchu są setki razy bardziej czułe niż ludzkie, zatem uczą się ignorować obecność człowieka w pobliżu jedzenia.

Wiemy, że przynajmniej jedna wilcza wataha w Bieszczadach regularnie korzysta z tego źródła pożywienia. Ta rodzina ma co roku szczenięta, które gdy tylko podrosną, przyprowadza na takie nęciska. Takie młode wilki po osiągnięciu dojrzałości i opuszczeniu grupy rodzinnej, zamiast polować, szukają jedzenia w pobliżu ludzkich siedzib. To w sposób nieuchronny doprowadzi do kolejnych konfliktów.

Ale z bieszczadzkich nęcisk korzystają też inne duże drapieżniki…

Jakie?

Niedźwiedzie. One też przyprowadzają tam młode, które uczą się, jak można łatwo i bez wysiłku się pożywić. I kojarzą jedzenie z człowiekiem.

W ten sposób tworzy się populację potencjalnie bardzo problemowych i konfliktowych zwierząt.

Czyli w przyszłości może dojść do przypadków ataków już nie tylko wilków, ale też niedźwiedzi?

Dokładnie tak. Dlatego osoby, które zanęcają w ten sposób przy czatowniach, zachowują się skrajnie nieodpowiedzialnie.

Wiem też, że w Bieszczadach są prywatne gospodarstwa agroturystyczne, których właściciele – przyciągając karmą – pozwalają na wchodzenie niedźwiedzi na teren swojego biznesu, za ogrodzenie.

Wszystko po to, by turyści mogli je zobaczyć z bliska. O sprawie zaalarmowaliśmy już Ministerstwo Środowiska i Generalną Dyrekcję Ochrony Środowiska. To problem, który powinien zostać pilnie rozwiązany. Dla dobra zwierząt i ludzi.

Czyli potencjalne zagrożenie dla ludzi stanowią te wilki, które ludzie „zepsuli” dokarmianiem bądź zabieraniem z ich naturalnego środowiska? A nie wszystkie wilki, jak napisał na redaktor naczelny „Łowca Polskiego”?

Tak. To, co zrobił pan Gdula, zaczynając swój wpis na Facebooku od podania fikcyjnej informacji o zagryzieniu i zjedzeniu przez wilczą watahę dwóch chłopców w województwie zachodniopomorskim to po prostu skandal.

Od kilku dni w naszym Stowarzyszeniu odbieramy telefony, w którym alarmuje się nas, że wilki zabiły dzieci, bo ludzie nie doczytują do końca tekstu redaktora naczelnego „Łowca Polskiego”. A my musimy tłumaczyć, że do niczego takiego nie doszło.

Niestety, obawiam się, że pan Gdula zrobił to celowo, by podgrzać atmosferę związaną z pogryzieniami, o których mówiliśmy. To jest haniebne w sytuacji, w której ludzie są poruszeni tymi wydarzeniami i potrzebują rzetelnej informacji, a w zamian dostają tak drastyczny przekaz bazujący na najbardziej pierwotnych fobiach i metodach rodem z okresu antywilczej kampanii z lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku.



Dziennikarz i publicysta. Członek zespołu redakcyjnego „Dzikiego Życia”. Jeśli czegoś nie pisze lub nie czyta, to najpewniej siedzi gdzieś w lesie. Instruktor sztuki przetrwania.
W OKO.press pisze o ekologii (w tym o działalności min. Szyszki) i dokonaniach komisji smoleńskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym