Nowy rząd Włoch zatrzęsie UE, a zwłaszcza strefą euro, o ile zacznie szybko spełniać zapowiedzi z umowy koalicyjnej. Ale to wcale nie jest pewne. Na zdjęciu: lider Ligi Matteo Salvini z hasłem "Stop inwazji. Przede wszystkim nasz naród"

Włoski prezydent Sergio Mattarella w środę wieczorem (23 maja 2018) powierzył misję tworzenia nowego rządu Giuseppowi Conte. To profesor prawa z Uniwersytetu Florenckiego, nowy w polityce, choć od dość dawna bliski Ruchowi Pięciu Gwiazdek (M5S).

Nie wiadomo, jak Conte poradzi sobie z niemal gwarantowanymi próbami kierowania nim z tylnego siedzenia przez przywódców dwóch ugrupowań niezwykłej koalicji rządowej – silniejszego M5S (33 proc. wyborach) oraz Ligi (17 proc).

Jak twierdzi włoska prasa, Lider Ligi Matteo Salvini ma zostać ministrem spraw wewnętrznych, a lider M5S Luigi Di Maio ma objąć resort rozwoju gospodarczego.

Ale znacznie ważniejsze pytanie dotyczy tego, jak bardzo nowy rząd utrudni relacje między Rzymem i Brukselą.

Bliżej Rosji

Zarówno Liga, jak i M5S opowiadają się za poprawą stosunków z „partnerem strategicznym” Rosją i chcą zniesienia unijnych sankcji wobec Moskwy (za wojnę na Ukrainę), dość kosztownych dla włoskiej gospodarki.

Obecne restrykcje wygasają z końcem lipca, a o ich przedłużeniu o kolejne pół roku powinien zdecydować szczyt UE już pod koniec czerwca. Dotychczasowe rządy Włoch deklarowały, że są przeciwne tym sankcjom, ale godzą się na nie w imię unijnej solidarności.

Teraz otwarte pozostaje pytanie, czy Rzym pójdzie już teraz na wojnę o Rosję czy raczej – jak twierdzą niektórzy unijni dyplomacji – weźmie na pierwszy ogień kwestie budżetowe, a spór o sankcje odsunie na później i przynajmniej tym razem zgodzi się na ich przedłużenie.

Deportacja pół miliona imigrantów

Koalicja M5S i Ligi, która celuje w antyimigranckich i ksenofobicznych hasłach, zapowiada szybką deportację pół miliona imigrantów (przybyłych nielegalnie do Włoch w ostatnich kilku latach), co – w takiej ogromnej skali – jest niewykonalne choćby logistycznie.

Ale zarazem nowa koalicja zapowiada twardą batalię o nowy i stały rozdzielnik uchodźców (a właściwie też legalnych imigrantów) w Unii, co najostrzej zwalczają rządzący w Polsce PiS i rząd Orbána na Węgrzech. Oba rządy chcą wetować takie rozwiązanie.

To zmniejsza szanse na kompromis co do reformy unijnych przepisów azylowych, a tym samym zwiększa prawdopodobieństwo trwania status quo. Tyle że Włochy są płatnikiem netto do budżetu UE (choć znacznie mniejszym od Niemiec bądź Francji), więc – jeśli obecna koalicja przetrwa tak długo – mogą zażądać słonej budżetowej ceny od Europy Środkowej za brak pełnej współpracy w kwestiach migracji.

W założeniach nowego budżetu na lata 2021-2027 przewidziano zresztą wydzielenie dużego funduszu na przyjęcie i integrację imigrantów kosztem innych części budżetu unijnego.

Obawa nowej Syrizy

Obecnie niemała część unijnej Brukseli stawia na to, że Włochy raczej nie dojdą do „momentu Syrizy”, czyli do ostrej konfrontacji z resztą UE na wzór greckiego rządu Aleksisa Tsiprasa. Nim z Grexitowym nożem na gardle Tsipras poszedł na układy z eurolandem, w 2015 roku zdecydował się na radykalne starcie z Brukselą, a nawet przeprowadził referendum wymierzone w drakoński program oszczędnościowy narzucony Grecji przez pozostałe kraje euro.

Za duże, by upaść. Dług 2,3 bln euro

Włochy, członek grupy G7 i trzecia gospodarka strefy euro, zapewne nie dałyby się politycznie „złamać” tak, jak swego czasu Ateny. Zresztą skala gospodarki oraz długu publicznego (2,3 bln euro) sprawia, że eurolandu nie byłoby stać na ratowanie Włoch przed bankructwem.

Dlatego niewykluczone, że nowy rząd w Rzymie – zamiast zapamiętałej konfrontacji à la Tsipras z 2015 roku – podejmie próbę stopniowego wyszarpywania ustępstw od UE (np. w kwestiach reguł budżetowych) szantażem, że wprawdzie „nie można go uratować przed bankructwem”, ale zarazem „jest za duży, by móc upaść” bez katastrofalnego trzęsienia ziemi w strefie euro.

Rząd antyestablishmentowego (i pierwotnie zakorzenionego głównie w lewicowym alterglobalizmie) Ruchu Pięciu Gwiazdek (M5S) oraz mocno prawicowej Ligi Północnej (posługującej się teraz skrótową nazwą „Liga”) nieco przypomina obecną grecką koalicję rządową mocno lewicowej Syrizy i konserwatywno-nacjonalistycznej partii Anel.

Ale są też bardzo poważne różnice – optymiści przekonują, że i Liga i M5S mogą okazać się bardziej mainstreamowe.

Sceptycy przeważają, ale Italexit wątpliwy

Włochy są jedynym państwem UE, gdzie – wedle najnowszych unijnych badań – mniej niż połowa obywateli (a dokładnie 48 proc.) uważa, że ich kraj skorzystał z członkostwa w UE.

Szef Ligi Matteo Salvini od paru lat radykalizował swój eurosceptyczny przekaz w ramach przekształcenia swego północnowłoskiego ugrupowania zwolenników dużej autonomii dla tego uprzemysłowionego regionu, m.in. podatkowej i budżetowej, w partię ogólnokrajową. Przeciwnikiem nie był już „złodziejski Rzym” i upadłe Południe, lecz Bruksela. Salvini prowadził kampanię wyborczą nawet na Sycylii.

Jednak to nie zmienia faktu, że Liga ma za sobą łącznie blisko dekadę współrządzenia Włochami (w koalicji z partią Silvia Berlusconiego), kiedy potrafiła miarkować swe slogany.

Optymiści wierzą, że – choć lider partii zmienił się od czasów rządów z Berlusconim – to stary aparat partyjny, baza wyborcza (m.in. pragnące stabilności małe i średnie, często rodzinne firmy rodzinne na północy) nie pozwoli na żadne rewolucje. Dowodem ma być m.in. region Veneto, gdzie Liga rządzi od ładnych paru lat.

I politycy Ligi, i M5S snuli w przeszłości scenariusze wyjścia ze strefy euro, ale skoro większość Włochów tego nie chce, oba ugrupowania w zasadzie zrezygnowały z tego tematu podczas kampanii. Wypłynął podczas negocjacji umowy koalicyjnej nowego rządu, ale na krótko.

Optymiści wierzą, że  Italexit był w przeszłości tylko cyniczną zagrywką porzuconą, gdy okazało się, że nie działa na Włochów. Pesymiści ostrzegają, że to jednak dowód nieobliczalności, która może powrócić z pełną siłą w razie solidnego kryzysu. Kto ma rację?

Pięć gwiazdek nie takie populistyczne

M5S to ruch zbudowany z tak wielu nurtów (w tym z dość umiarkowanych zielonych czy nawet centrolewicowców), że Guy Verhofstadt w 2017 roku usiłował wciągnąć eurodeputowanych M5S do swej liberalnej frakcji w Parlamencie Europejskim.

Ostatecznie zwyciężył opór ze strony wielu członków tej frakcji (a także ostatecznie negatywna decyzja twórcy M5S Beppe Grillo), ale Verhofstadt do dziś broni poglądu, że jego plan był dobry, bo M5S da się odradykalizować.

Virginia Raggi, burmistrz Rzymu z M5S (wybrana w bezpośrednich wyborach w 2016) nie radzi sobie dobrze, ale i raczej nie gorzej od wielu poprzedników z partii „establishmentowych”, którzy rządzili Wiecznym Miastem.

W sprawach wewnątrz włoskich już wkrótce okaże się, z jakim skutkiem będą się ścierać radykalniejsze nurty M5S (w tym ugrupowaniu swą sporą niszę mają m.in. antyszczepionkowcy) z „pragmatyczniejszą” Ligą.

Już teraz trwa spór o budowę szybkiej kolei (TAV) z Turynu (północ Włoch) do francuskiego Lyonu. Ruchy „anty-TAV” stały u początków M5S w tym rejonie. Przekonują, że to i za drogie, i niezdrowe, bo przebijanie tunelu przez Alpy miałoby według nich – wbrew ekspertyzom geologów – odkryć radioaktywne skały. Ale politycy Ligi w większości chcą tej kolei poprawiającej łączność przemysłu włoskiej Północy z Francją.

Budżet na pierwszy ogień

W stosunkach z UE na pierwszy ogień chyba pójdą reguły budżetowe. Wbrew obiegowym opiniom Włochy nie „wydają więcej, niż zarabiają” – w ostatnich dwóch dekadach miały, z niewielkimi wyjątkami, pierwotną nadwyżkę budżetową, czyli obliczaną przed odjęciem kosztów obsługi długu.

Rzym w zasadzie nie ma teraz problemów w mieszczeniu się pod unijnym progiem (3 proc. PKB) dopuszczalnego deficytu budżetowego (2,5 proc. PKB w 2016 r., 2,3 proc. w 2017, prognozowane 1,7 proc.  w 2018 i 2019 r.).

Ale ugina się pod potężnym długiem (130 proc. PKB) odziedziczonym głównie po czasach przed przyjęciem euro. Dług nie maleje, a zwiększa się w relacji do PKB, bo

włoska gospodarka nie rośnie – realny PKB z 2017 roku jest równy temu z 2003 roku, a jeśli liczyć go w przeliczeniu na głowę – równy temu z 1999 roku.

Tyle, że reformy przyjęte w UE wskutek kryzysy finansowego, nakazują krajom UE ścisłe pilnowanie nie tylko deficytu, ale i aptekarsko wyznaczonego tempa zbijania długu publicznego (m.in. określa to pakt fiskalny z 2012 roku).

To właśnie sprawia, że Włochom  – zgodnie z obecnymi regułami UE – nie wolno zwiększyć rocznego deficytu aż po próg 3 proc. PKB, choć zdaniem niektórych ekonomistów głównego nurtu takie budżetowe poluzowanie przydałoby się stagnacyjnej gospodarce we Włoszech.

To także powód – wprawdzie szybko porzuconych – absolutnie nierealistycznych pomysłów ze wstępnych szkiców umowy koalicyjnej M5S – Liga, by Europejski Bank Centralny umorzył tę część włoskiego długu, która  – to około 250 mld euro – jest w jego rękach.

Koszt radykalnych zapowiedzi koalicji M5S-Liga, czyli zmniejszenia wpływów do budżetu m.in. przez obniżenie podatków (przez uproszczenie PIT do dwóch progów 15 i 20 proc., obecnie minimalna stawka to 23 proc. a maksymalna to 43 proc.) i zarazem znaczne zwiększenie wydatków przez m.in. „gwarantowany dochód podstawowy” dla najgorzej sytuowanych rodzin oraz wycofanie się z podwyższania wieku emerytalnego, jest szacowane przez część ekspertów na ponad 100 mld euro.

Nie da się tego zrealizować w bliskiej przyszłości bez – jak przestrzegają pesymiści – kompletnego wywrócenia unijnych limitów budżetowych, a w efekcie bez ryzyka zatopienia Włoch przez rynki finansowe.

Ale zdaniem optymistów nowy rząd po prostu nie zrealizuje sporej części obietnic, choć – może nawet ze niemałym powodzeniem – będzie cisnął na Brukselę, by pozwoliła Rzymowi wydawać więcej, niż obecnie.

Inne pole sporu z Komisją Europejską może dotyczyć zgody na większą od dozwolonej – i kosztowną dla włoskiego budżetu  – pomoc państwa w ratowaniu banków. Rzymowi chodzi o uchronienie zwykłych obywateli, którzy oszczędności – to włoska specyfika – często lokują nie w depozytach, lecz w udziałach.

Co to oznacza dla reszty Unii?

Gwałtowniejsze bądź spokojniejsze przepychanki między Rzymem i Brukselą mogą stać się przyczyną – albo co najmniej dodatkowym pretekstem – dla Niemiec i innych krajów Północy, by wykręcić się od poważnych zmian w strefie euro.

Już teraz rośnie osamotnienie francuskiego prezydenta Emmanuela Macrona, bo kanclerz Angela Merkel – pomimo wiąż manifestowanego partnerstwa na rzecz reform –  nie chce zgodzić się na co ambitniejsze projekty m.in. kończące budowę unii bankowej państw strefy euro.

Niemcom pachnie to zwiększaniem ich odpowiedzialności finansowej za inne kraje euro. Ta niechęć do reform tylko zwiększyłaby się wskutek włoskich turbulencji. W takim przypadku znów niezreformowany euroland pozostałby nie dość przygotowany na kolejny kryzys. A z punktu widzenia Polski – spowolniłoby się oddalenie krajów „pierwszej prędkości”.

Tomasz Bielecki jest dziennikarzem specjalizującym się w sprawach europejskich i NATO, mieszka w Brukseli, współpracuje na stałe z Deutsche Welle, pisze też do OKO.press



Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press