13 czerwca 2020

Wojna domowa w "New York Times", czyli rzecz o granicach i zasadach dziennikarskiego zawodu

"Nie chcemy mówić wam, co macie myśleć, lecz pomóc wam myśleć samodzielnie” - bronił się James Bennet, redaktor "New York Timesa" (na zdjęciu), atakowany za wpuszczenie na łamy gazety opinii senatora, który wzywał Trumpa do rozprawy z demonstrantami przy pomocy wojska. Pasjonujący esej Konstantego Geberta

"Nauczałem w tym semestrze na znakomitym liberalnym amerykańskim college’u; gdy na zajęciach o niewolnictwie użyłem słowa nigger („czarnuch”), studenci poskarżyli się uczelni. Nie twierdzili, bym użył tego słowa w sposób niewłaściwy (mówiłem o tym, jak Biali właściciele postrzegali swych Czarnych niewolników); niewłaściwe było już to, że ja, Biały mężczyzna, użyłem go na zajęciach, w których uczestniczyli też Czarni, i tym samym zadałem im emocjonalny ból. Wyjaśniłem, iż na zajęciach o Zagładzie użyłem słowa kike („żydłak”): dowiedziałem się, że mnie, Żydowi, było wolno, ale tylko dlatego, że sam jestem Żydem. Nie wolno byłoby natomiast tak powiedzieć w mojej obecności, chyba, że powiedziałby to inny Żyd" - o pułapkach poprawności politycznej pisze z Nowego Jorku Konstanty Gebert*.

Tematem eseju jest głośny casus "wojny domowej" w "New York Times" (dalej - NYT), która doprowadziła 8 czerwca 2020 do dymisji najpoważniejszego kandydata na następnego redaktora naczelnego i w której podstawowe zasady redakcyjne ukazującego się od 169 lat dziennika zostały zakwestionowane.

Czytamy esej o granicach i wartościach naszego zawodu, który także dla polskich dziennikarzy może być momentami niewygodny.

Oto kolejny esej Geberta dla OKO.press.

PRAWO I PORZĄDEK, a nawet Prawo i Sprawiedliwość

1 czerwca 2020, gdy protesty spowodowane zamordowaniem przez policjanta Czarnego obywatela George’a Floyda rozszerzały się w USA coraz bardziej, przeradzając się niekiedy w zamieszki i akty wandalizmu, prezydent Donald Trump zagroził, że wyprowadzi na ulice wojsko, by przywrócić „prawo i porządek”.

„Słabość nigdy nie pokona anarchistów, złodziei i chuliganów. PRAWO i PORZĄDEK" – oznajmił w tweecie, w którym skrytykował swego demokratycznego konkurenta Joe Bidena w wyborach prezydenckich.

„A nawet Prawo i Sprawiedliwość”, odpowiedział Trumpowi na jego Twitterze, polski wiceminister spraw zagranicznych Szymon Szynkowski vel Sęk, dorzucając "pozdrowienia i wyrazy wsparcia z Polski i od polskiego prezydenta". Pokazał tym samym, że

w kwestii rasizmu i przemocy istnieje międzynarodowa solidarność po obu stronach Atlantyku.

To, co dzieje się dziś w USA, ma jednak znaczenie nie tylko dla tego kraju, lecz dla przyszłości demokracji w ogóle.

Senator wzywa Trumpa do użycia wojska przeciw demonstrantom. NYT to publikuje

Stanowisko Trumpa poparł, co nie było dla nikogo zaskoczeniem, senator Tim Cotton, republikanin z Arkansas, który na Twitterze wezwał był, by

„Powstańcom, anarchistom, rozrabiakom i szabrownikom nie okazywać miłosierdzia”.

Senator, weteran wojny w Iraku, wpływowy członek komisji sił zbrojnych oraz wywiadu, prawdopodobny republikański kandydat na prezydenta w 2024 roku, opublikował w „New York Times” komentarz zatytułowany „Wprowadzić wojska”.

Stwierdził w nim, że „choć większość demonstrantów usiłuje manifestować pokojowo”, to

„kadry lewicowych radykałów takich jak antifa przenikają” w ich szeregi. W efekcie mamy do czynienia z „orgią przemocy” której „ciężar spada na policjantów”, i zasadne jest, by „prezydent użył wojska lub dowolnych innych środków’”, by ją stłumić.

NYT jest gazetą liberalną, ale szczyci się tradycją udostępniania swych łamów także tym, z którymi się głęboko nie zgadza, lub których potępia: publikowali tam prezydenci Recep Tayyip Erdoğan, Nicholas Maduro i Władimir Putin, szef irańskiego MSZ Mohammad Dżawad Zarif, czy przywódca Talibów Siradżuddin Hakkani. Mimo to, komentarz Cottona wywołał szok.

Wojna domowa w NYT

Jego publikację potępiło w liście otwartym ponad ośmiuset pracowników gazety. Naruszając firmowy zakaz publikowania w mediach społecznościowych „stronniczych komentarzy”, dziesiątki z nich potępiły artykuł w mediach tych właśnie, często używając zwrotu

„Ta publikacja sprowadza niebezpieczeństwo na Czarnych pracowników @NYTimes”.

Ponad 160 zadeklarowało gotowość wzięcia udziału w publicznej akcji protestacyjnej. Lewicowa komentatorka redakcyjna Michelle Goldberg, już nazajutrz po publikacji nazwała artykuł Cottona „faszystowskim”.

Ogień krytyki skupił się na szefie działu opinii Jamesie Bennecie, szykowanym na następcę obecnego redaktora naczelnego. Bennet znany był z umiarkowanej linii politycznej, a w 2017 roku udało mu się sprowadzić do zespołu dwóch konserwatywnych, lecz anty-trumpowskich komentatorów: laureata Pulitzera Bretta Stephensa, który zerwał z „Wall Street Journal”, i młodszą od niego o pokolenie Bari Weiss, która podczas studiów na uniwersytecie Columbia zasłynęła ze skutecznej walki z dyskryminacją pro-izraelskich poglądów na uczelni.

Ich teksty często budziły polemiki ze strony innych komentatorów, a także generowały antysemickie komentarze części czytelników – ale w sposób znaczący wzbogacały paletę opinii, z która można było się na łamach gazety zapoznać.

Buntowi części dziennikarzy przeciwko tekstowi Cottona NYT poświęcił obszerny artykuł, opisując wydarzenia tak, jakby opisywał konflikt w jakiejkolwiek innej redakcji. Charakterystyczne było, że tekst odnotował, iż zarówno Bennet, jak i wydawca gazety A.G. Sulzberger „odmówili wypowiedzi” dla NYT w tej sprawie.

Szef działu opinii przedstawił jednak na łamach gazety swe stanowisko 4 czerwca 2020 w autorskim komentarzu, który ma wszelkie szanse, by pozostać w annałach dziennikarstwa jako klarowne wyjaśnienie zasad, deklarowanych przez naszą profesję.

Redaktor Bennet: "Nie mówić wam, co macie myśleć, lecz pomóc wam myśleć samodzielnie”

Bennet zaczął od stwierdzenia, że „jest stanowczo przeciwny” użyciu wojska, tak ze względów prawnych, jak i z obawy, że nasili to jedynie przemoc, i przypomniał, że takie samo stanowisko zajęła we wstępniaku redakcja, która opublikowała też liczne inne komentarze, wyrażające podobne punkty widzenia.

„Opublikowaliśmy opinię Cottona – wyjaśnił – po części dlatego, że mamy wobec czytelników Timesa obowiązek umożliwienia debaty w kwestii tak ważnej jak ta. Podważyłoby rzetelność i niezależność "New York Timesa", gdybyśmy publikowali tylko punkty widzenia, z którymi zgadzają się redaktorzy tacy jak ja, i zdradziłoby to zasadę, którą uznaję za fundamentalną: nie mówić wam, co macie myśleć, lecz pomóc wam myśleć samodzielnie”.

Szef działu opinii następnie przyznał, że przy publikacji kontrowersyjnych tekstów istnieje zawsze obawa legitymizacji zawartego w nich stanowiska – ale „wprowadzilibyśmy w błąd czytelników uważając, że ignorując poglądy Cottona, pomniejszylibyśmy” ich znaczenie.

Autor przypomniał prominentną pozycję polityczną i stwierdził, że jego poglądy można uznać za wyrażające opinię prezydenta. Senator wprawdzie wyraził je już na Twitterze – ale zapewne nie wszyscy czytelnicy NYT mogli się tam z nimi zapoznać.

Gazeta mogła również – przyznał Bennet - zamiast publikować tekst Cottona, zamieścić obszerny reportaż, w której cytowano by także jego poglądy, ale konfrontowano by je też z innymi. Tyle, że to właśnie NYT zrobił, publikując na swych łamach rozmaite punkty widzenia.

Najpoważniejszym argumentem przeciwko publikacji tekstu, stwierdził Bennet, było to, że może on zagrozić bezpieczeństwu pracowników gazety, zwłaszcza Czarnych. „Od pokoleń czarni Amerykanie padali ofiarą policyjnej przemocy, i podzielam obawę, że wysłanie więcej wojsk na ulice doprowadzi do zwiększenia okrucieństwa. Cotton i inni u władzy zalecają użycie wojska i jestem przekonany, że opinia publiczna lepiej będzie mogła stawić temu opór, jeśli pozna ich argumenty i będzie mogła na nie odpowiedzieć… Otwarta debata wpływowych poglądów, a nie pozostawianie ich bez odpowiedzi, dużo bardziej może pomóc społeczeństwu w znalezieniu właściwych rozwiązań”.

„Ale – konkludował Bennet – nie sposób czuć się w tej kwestii cnotliwym. Wiem, że mój pogląd może być mylny”.

Bennet do dymisji. Tekst Cottona "nie spełniał standardów NYT"

Szefa działu opinii wsparł wydawca gazety. W rozesłanym w redakcji mailu stwierdził: „Wierzę w zasadę otwartości na różne poglądy, nawet te, z którymi się nie zgadzamy, i w tym duchu artykuł ten został opublikowany. Ale – zastrzegł się – jest sprawą podstawową, by słuchać i zastanowić się nad zgłaszanymi sprzeciwami”.

Zaś sam senator Cotton zatweetował:

„Opublikowali mój tekst – choć się z nim nie zgadzali – i stawili czoła motłochowi przebudzonych (woke) postępowców we własnej redakcji”.

„Przebudzeni” to stosunkowo nowy termin w amerykańskim życiu politycznym. Tak się określają postępowi aktywiści, którzy dostrzegają powiązania między różnymi systemami ucisku, jakiego doświadczają dyskryminowani – politycznym, ekonomicznym, rasowym, seksualnym, kulturowym i każdym innym, jak również między uciskiem w kraju i wszędzie indziej na świecie.

W ustach ich wrogów, jak Cotton, nabiera ono charakteru pogardliwie obelżywego, jak zresztą i cały jego tweet.

Na zwołanym nazajutrz wirtualnym zebraniu redakcyjnym, poświęconym sprawie tekstu Cottona, Bennet, jak wynika z dostępnych relacji, był już jednak całkiem osamotniony: niemal wszyscy uważali, że komentarz senatora nie powinien się był ukazać.

Szef działu opinii bronił się źle: przyznał, że tekstu nie czytał, a decyzję o jego publikacji zrzucił na podległego mu redaktora. Za te dwa karygodne naruszenia podstawowych obowiązków redakcyjnych powinna go była spotkać kara – stało się jednak inaczej.

Świadom, że stracił poparcie i przełożonych, i podwładnych, Bennet podał się nazajutrz do dymisji, która została przyjęta.

Przyszłość gazety, pozbawionej najpoważniejszego kandydata na następnego redaktora naczelnego, i której podstawowe zasady redakcyjne zostały zakwestionowane, stała się nagle niepewna.

W internecie komentarz Cottona redakcja opatrzyła własnym komentarzem, w którym stwierdza, że w tej postaci tekst nie powinien się był ukazać, i że nie spełnia on standardów NYT. Biuro prasowe Cottona, który już raz bez problemów opublikował w gazecie komentarz, wyraziło zdziwienie: nikt z redakcji się z nimi w tej sprawie nie kontaktował.

Istotnie, dwa sformułowania wymagałyby zmian: odpowiedzialność antify za zamieszki nie została udowodniona, poza gołosłownymi oskarżeniami Trumpa, a ciężar przemocy dużo bardziej jednak spadł na obywateli, niż na policjantów.

Co więcej, NYT nie zawsze był tak drobiazgowy w sprawdzaniu faktów. Izraelski ambasador Michael Oren skrytykował był przewodniczącego Autonomii Palestyńskiej za przeinaczanie faktów w swym zamieszczonym w gazecie komentarzu: arabski polityk pominął miedzy innymi to, że to Żydzi poparli w ONZ podział mandatowej Palestyny, zaś Arabowie go odrzucili.

Sulzberger odpowiedział Orenowi: „To twój pogląd”. Zdumiony Izraelczyk spytał wydawcę NYT, czy Alianci wylądowali w Normandii 6 czerwca 1944 roku. „Niektórzy mogą tak mówić” – odparł Sulzberger [wydawca NYT- red.].

Niemniej istotny jest fakt, że pogląd o konieczności wyprowadzenia na ulice wojska wcale nie był izolowanym ekstremistycznym stanowiskiem Cottona, Trumpa i republikańskiej prawicy: w szczytowym momencie zamieszek podzielało go, jak wynika z sondaży, 52 proc. Amerykanów.

Zarazem, podobnie jak uczynił to w swym tekście republikański senator, opinia publiczna umiała różnicować między demolującymi sklepy wandalami, a demonstrantami wyrażającymi swoje oburzenie z powodu mordu Floyda: zrozumienie dla gniewu demonstrantów deklarowało 65 proc. badanych.

Publikacja zagrażała Czarnym dziennikarzom?! Nie o to chodziło

Dużo większy ciężar gatunkowy miała obawa, wyrażona przez krytykujących artykuł, i uznana przez Benneta, że jego publikacja mogła zagrozić dziennikarzom gazety, zwłaszcza Czarnym. Tyle tylko, że nie jest jasne, kto miałby im zagrozić.

Trudno przypuszczać, że chodzi o ewentualnie wyprowadzone na ulice wojska: choć redaktorzy NYT często grzeszą arogancją, nie sądzę, by uważali, że sama publikacja inkryminowanego artykułu mogła pociągnąć za sobą takie skutki. Zresztą gdy Bennet podawał się do dymisji zamieszki już wygasały, i groźby użycia wojsk nie było.

Trudno też przypuszczać, by dziennikarze gazety obawiali się przemocy ze strony demonstrantów, w odwecie za niekorzystny dla nich artykuł. A co najważniejsze: obawa przed skutkami publikacji nie powinna, z wyjątkiem sytuacji zupełnie skrajnych, być powodem jej zaniechania.

Dziennikarz musi być gotów na to, że za artykuł może dostać w łeb albo pójść siedzieć. Trudno: taki zawód. Gotowość ponoszenia ryzyka stanowi fundament naszej pracy.

Wydaje się więc, że

zagrożenie dla dziennikarzy NYT, które zadecydowało o odejściu szefa działu opinii, wynikało jedynie z tego, że w ich gazecie pojawił się artykuł, z którym się głęboko i zasadnie nie zgadzali.

Tak to odebrała Bari Weiss, która stwierdziła na twitterze: „Wojna domowa w New York Timesie między (głównie młodymi) przebudzonymi, a liberałami (głównie po czterdziestce), to ta sama wojna, która szaleje w innych redakcjach i firmach w całym kraju… Nowa Gwardia [przebudzonych] ma inny światopogląd [niż liberałowie]… nazywają go „bezpieczeństwowością” (safetyism), w którym

prawo ludzi, by czuć się emocjonalnie i psychologicznie bezpiecznie przebija to, co uprzednio uważano za kluczowe wartości liberalne, jak swoboda wypowiedzi.”

Nie wolno mi było użyć słowa "nigger", bo nie jestem Czarny

Z doświadczenia mogę potwierdzić opinię Weiss.

Nauczałem w tym semestrze w znakomitym liberalnym amerykańskim college’u; gdy na zajęciach o niewolnictwie użyłem słowa nigger („czarnuch”), studenci poskarżyli się uczelni.

Nie twierdzili, bym użył tego słowa w sposób niewłaściwy (mówiłem o tym, jak Biali właściciele postrzegali swych Czarnych niewolników); niewłaściwe było już to, że ja, Biały mężczyzna, użyłem go na zajęciach, w których uczestniczyli też Czarni, i tym samym zadałem im emocjonalny ból.

Wyjaśniłem, iż na zajęciach o Zagładzie użyłem słowa kike („żydłak”): mnie, Żydowi, było wolno, dowiedziałem się, ale tylko dlatego, że sam jestem Żydem. Nie wolno byłoby natomiast tak powiedzieć w mojej obecności, chyba, że powiedziałby to inny Żyd.

Łatwo taką politykę językową wykpić, uznając ją za przykład oszalałej poprawności politycznej – nie ma w niej jednak nic bezzasadnego. Życie w społeczeństwie rasistowskim, jakim, mimo wysiłków, nadal są USA – co zamordowanie Floyda raz jeszcze udowodniło – także znieważa, a znieważani mają prawo, by znieważanymi nie być. Problem w tym, że za ich ochronę płacimy czymś innym – w moim wypadku swobodą akademickiej wypowiedzi.

Tyle tylko, że to ograniczenie swobody w rzeczywistości było drobne: zamiast nigger mówiłem odtąd „słowo na »n«”, i wszyscy wiedzieli dokładnie, o czym mówię – a zarazem nikt nie czuł się znieważony. Przy okazji dowiedziałem się, że słowa "kike" moi studenci już nie znali, a było ono częste zaledwie pokolenie wcześniej. Dowód na to, że polityczna poprawność może być skuteczna.

Zasady liberalnego ładu nie zapewniają równych praw mniejszościom

Tyle tylko, że ograniczenie, z którym stosunkowo łatwo można sobie, uznając je za słuszne, poradzić w wygodnych warunkach akademickich, zupełnie inaczej działa w przestrzeni publicznej, jak w przypadku artykułu senatora Cottona. Tu nie o jedno słowo chodziło, lecz o cały tekst, i nie było jak przekazać jego odbiorcom, o co w nim chodziło inaczej, niż go publikując.

Weiss ma rację – w przestrzeni publicznej dochodzi, nie po raz pierwszy zresztą, do konfliktu między czyimś uzasadnionym interesem a swobodą wypowiedzi.

I nie bierze się on, jak sądził Bennet, prezentując swe racje, z niezrozumienia zasad rzetelnego dziennikarstwa, ale z ich odrzucenia.

Odrzucenie takie nie musi być – choć może – przejawem neo-totalitarnego zamachu na wolność słowa, jak zakrzyknęli po aferze z Bennetem prawicowi komentatorzy. Wyraża ono coś głębszego:

zasadniczą nieufność wobec podstawowych wartości liberalnego ładu, jaką wyrażają, na różne sposoby, rozmaite ruchy protestacyjne ostatnich lat.

Ich uczestnicy uznali, że dziesięciolecia starań rozmaitych grup dyskryminowanych, by zostać zaakceptowane jako równoprawne na zasadach tego ładu, kończą się fiaskiem – bo ani kobiety, ani Czarni czy inne mniejszości rasowe czy etniczne, ani ludzie LGBT, ani żadna inna mniejszość w pełni wyemancypowana nie jest.

Dlatego też zasady tego ładu nie zasługują już na to, żeby je w pełni respektować. Coś za coś. A jako że na przykład Biała młodzież w USA bardziej się postrzega jako część dyskryminowanej brakiem perspektyw młodzieży w ogóle, niż jako część uprzywilejowanej kolorem skóry Białej większości – co było widać właśnie podczas obecnych demonstracji – to owo odrzucenie zasad liberalnego ładu nabrało politycznego ciężaru, jakiego wcześniej nie miało.

Zapach nowego zamordyzmu czy zredefiniowanie zasad wolności?

To się jeszcze może skończyć zredefiniowaniem zasad wolności w przestrzeni publicznej, które uznamy za rzeczywiście emancypujące. Może też – nowym zamordyzmem, którego zapach jawnie się unosi nad aferą Benneta.

Ale podważenie zasad liberalnego ładu, bo daje on nie dość bezpieczeństwa, wolności i godności, jest faktem. I dlatego ład ten jest też atakowany przez takich jak Cotton, Trump, czy polski wiceminister, którzy uważają, że ład ten, przeciwnie, dał już rozmaitym "motłochom" i "hołotom" zbyt wiele, i dlatego wolność trzeba powstrzymać i cofnąć, a nie zredefiniować i rozwinąć.

Ten spór jest coraz bardziej postrzegany jako wojna – domowa, jak pisała Weiss – a na wojnie potrzebne są wojska, które na ulice chciał wyprowadzić Cotton.

Jednym z redaktorów NYT podczas wojny – w Wietnamie, prawdziwej i niesprawiedliwej – Abraham Rosenthal, dbał o to, by gazeta, nie ustępując o krok ze swej roli krytyka władzy, zarazem nie zerwała z bardziej konserwatywnymi czytelnikami: miała ich przekonać, nie pokonać. Rosenthal dopilnował, by gazeta trzymała pion – i to, zgodnie z jego życzeniem, wyryto na jego nagrobku.

Zaś NYT, nie bojąc się więzienia za publikację tajnych dokumentów Pentagonu, i nie bojąc się ostracyzmu, gdy krytykowała ekstremizm w ruchu antywojennym, wtedy właśnie stał się dla USA instytucją niezbędną.

Ale na wojnie najgorzej mają ci, jak Bennet, którzy uważają, że najlepiej jest o tym wszystkim spokojnie i racjonalnie porozmawiać.

Dylemat ten już dawno przewidział niezrównany Andrzej Mleczko. Na pierwszym rysunku oficer z szabla wzniesioną mówi: „Żołnierze! Naprzód…” – a na drugim patrzy w ślad za szarżującym w tumanach pyłu szwadronem i dodaje: „Ale ja chciałem powiedzieć, że naprzód, to się trzeba zastanowić.”

* Konstanty Gebert, w latach 70. współpracownik KOR, w latach 80. publicysta (ps. Dawid Warszawski) podziemnej „Solidarności” i redaktor dwutygodnika „KOS”, sprawozdawca rozmów Okrągłego Stołu 1989 roku (książka „Mebel”), wspierał Tadeusza Mazowieckiego jako specjalnego wysłannika ONZ do Bośni (1992-1993; książka „Obrona poczty sarajewskiej”), założyciel i pierwszy dyrektor warszawskiego biura think tanku ECFR (European Council on Foreign Relations), jeden z animatorów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce (założyciel pisma „Midrasz”, 1997).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne