"Wracamy, bo w kraju została rodzina. Nie możemy tu zostać, gdy oni mogą zginąć". [RELACJA Z GRANICY]
Tłumy w hali przemyskiego dworca PKP są dziś mniejsze. Kolejki są gdzie indziej - na peronie 5., skąd o 15:45 odjeżdża pociąg w stronę Kijowa. Osoby z Polski odprowadzają przyjaciół z Ukrainy. "Tylko masz mi wrócić za cztery tygodnie, bo jak nie to po ciebie jadę!" - woła ktoś i słychać śmiech
Na peronie nr 5 stoją nie tylko mężczyźni. "Ja tu od siedmiu lat, po dzieci jadę i wrócimy do Polski razem", mówi jedna kobieta, przytakuje jej koleżanka.
Są też młode dziewczyny. Jedna przygrywa na gitarze z kilkunastoletnim chłopcem, sama ma na oko dwadzieścia lat. "To brat?" – zagadujemy. "Nie, ja tu jestem tylko z mamą, wracamy we dwie". Dziewczyna mówi płynnie po angielsku, nosi elegancki płaszcz i czarną torebkę z naszytymi płomieniami.
"Nasz dom jest pod Kijowem. Przynajmniej był, nie wiemy, czy nadal stoi. Wracamy, bo w kraju został mój ojciec i brat. I nie wyobrażamy sobie zostać tu, gdzie jest bezpiecznie, gdy nasza rodzina może w każdej chwili zginąć. Prędzej same umrzemy, niż damy umrzeć Ukrainie" – mówi. Zaśmieje się jeszcze raz, gdy zapytamy, czy nie myślała, by wstąpić do armii. "Mama prędzej by mnie zabiła!" – odpowiada i dodaje:
"Zajebiście bym chciała, ale jest teraz dużo wolontariuszy, więc raczej mnie nie wezmą. Mogę się przydać do czegoś innego – robić jedzenie albo koktajle mołotowa".
Na odchodne rzuca: "Jesteśmy silni, musimy być. Ze wszystkich stron chcą nam dojebać, od zawsze tak było. Więc musimy walczyć, po prostu".
Zobacz relację OKO.press z dworca PKP w Przemyślu:
Tesco, czyli centrum pomocy
Między centrum Przemyśla a punktem granicznym w Medyce znajduje się Tesco. Odkąd kilka kilometrów dalej trwa wojna, to bardzo ważne miejsce na mapie miasta.
W Tesco spotykamy panią Alenę. Jest tu z wnukami oraz prawnuczką, którą kołysze w ramionach. Wnuki siedzą na materacu i bawią się zabawkami. Wokół materacy jest więcej i będzie coraz więcej, bo Tesco w Przemyślu zamienia się dziś w centrum pomocy dla uchodźców i uchodźczyń z Ukrainy.
Jeszcze niedawno hala po supermarkecie była zamknięta, ale od zeszłego tygodnia znów jest czynna. Uchodźcy, którzy przyjeżdżają tu specjalnymi autokarami z granicy w Medyce, mogą się ogrzać, podładować telefon, ale też zaopatrzyć w pieluchy dla dzieci, zmienić ubrania na ciepłe i najeść do syta.
Jeszcze dwa dni temu uchodźcy i uchodźczynie mieli do dyspozycji jedynie podłogę, którą wolontariusze wyścielali materacami i kocami. Dziś udostępniono także powierzchnie handlowe, czyli nieczynne sklepy, w których stoją łóżka polowe, leżą materace i przybywa ludzi. Plan otwarcia centrum ogłoszono 1 marca na briefingiu prasowym z udziałem prezydenta Przemyśla Wojciecha Bakuna oraz Szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Michała Dworczyka. Dworczyk na briefingu prasowym podziękował samorządowcom, firmom i wszystkim Polakom za pomoc osobom z Ukrainy. Zapewnił, że polskie państwo nie zostawi nikogo bez pomocy. Podkreślił też, że nie udałoby się to bez działania każdego, kto angażuje się w tę pomoc.
W Tesco każdy sklep ma swój numer - wymalowany farbą w sprayu nad wejściem. Na przeszklonych witrynach wiszą kartki z podstawowymi informacjami oraz nazwami miast, pisanymi cyrylicą oraz alfabetem łacińskim – Warszawa, Wrocław, Kraków i inne, ale też Praga czy po prostu: Słowacja, Niemcy.
Kartki tworzą podstawowy system relokacji. Dzięki nim wolontariusze i organizacje pomocowe wiedzą, gdzie szukać osób, które chcą jechać np. do Warszawy, gdy podjeżdża autokar w tym kierunku, lub gdy pojawia się ktoś, kto oferuje podwózkę. A chętnych do niesienia takiej pomocy nie brakuje: – krążą miedzy sklepami z kartonowymi tabliczkami z wypisanym kierunkiem, takimi tabliczkami witają też uchodźców wysiadających z autokarów na parkingu.
Na parkingu rozstawione są także stoiska z jedzeniem, dalej podgrzewane duże namioty wojskowe, oraz namioty i stoły pełne darów: głównie ubrań. Do niedawna to sam parking był centrum pomocowym. Dziś centrum utworzone w hali Tesco nie działa jeszcze pełną parą, ale za dwa-, trzy dni zostanie otwarte oficjalnie. Dziś obserwujemy jak tworzą się zasady jego funkcjonowania.
Pani Alena nie jedzie ani do Krakowa, ani do Warszawy – jedzie do Francji. Pytamy, czy będzie nocować w centrum w oczekiwaniu na transport.
"Nie, nie! Rodzina już po nas jedzie. Powinni być autem za dwie, trzy godziny" – mówi z uśmiechem.
Uchodźcy i uchodźczynie wyjadą także do Niemiec, Włoch, czy Hiszpanii. Dzięki własnej sieci kontaktów – rodziny, czy znajomych, którzy emigrowali za pracą nie tylko do Polski, nie będą skazani na życie w obozach czy ośrodkach. Jak dowiadujemy się od wolontariuszy i wolontariuszek, większość niemal od razu jedzie dalej lub czeka na bliskich, którzy są już w drodze, by ich odebrać. Zdecydowana mniejszość nie ma się gdzie podziać, ale i oni mogą poczuć się zaopiekowani – ofert od osób, które są gotowe przyjąć uchodźczynie z dziećmi pod dach, jest momentami więcej niż chętnych. Działania państwa polskiego nie przyniosłyby więc oczekiwanych skutków gdyby nie pomoc polskich obywateli, ale także inicjatywa samych Ukraińców.
Szkoła, czyli punkt recepcyjny
Punkt pomocowy w Tesco, choć największy, nie jest jedynym w okolicy, do którego uchodźcy i uchodźczynie mogą udać się, by odpocząć. Kilka minut od przejścia granicznego w Medyce znajduje się szkoła, do której prowadzi czerwona strzałka z napisem "Punkt recepcyjny. Punkt medyczny". Dziś znajduje się tu 85 osób, ale od samego początku przez salę gimnastyczną, którą dziś pokrywa 240 leżanek, przewinęło się ponad 2 tys. osób.
Uchodźcy mogą tu przebywać maksymalnie 24 godziny.
"To taki punkt na odpoczynek, na chwilę, ale wiadomo, że jak po kobietę przyjedzie ktoś z rodziny za półtorej dnia to nie wyrzucimy na ulicę, niech zostanie chwilę dłużej, miejsc nie brakuje" – słyszymy w punkcie. Na potrzeby ośrodka recepcyjnego zaadaptowano salę gimnastyczną razem z bocznymi pomieszczeniami, przez co szkoła, gdy skończą się lekcje zdalne, będzie mogła funkcjonować normalnie, poza zajęciami WF. Także inne szkoły otwierają się na przyjęcie Ukraińców i Ukrainek. Być może na zapas – nikt nie wie, jak wiele miejsc będzie jeszcze potrzebnych, jak długo do Polski będą docierać tysiące osób.
Aż przejdą wszyscy
Przejście w Medyce. Szlabany po polskiej stronie mija starsza pani ciągnąca ciężką walizkę na kółkach.
"Ja tylko na chwilę, odprowadziłam córkę z dziećmi i wracam po resztę rodziny" – rzuca w biegu. Córka z dziećmi już czeka na samochód, pomogą rodzina i przyjaciele. Starsza kobieta już wraca na przejście.
Po ludziach widać zmęczenie, ulgę. I smutek – w końcu w Ukrainie została rodzina. W stronę Ukrainy idą tędy głównie mężczyźni - jadą, by bronić kraju. Ale są też kobiety – tak jak Swietlana przeprowadzająca przez granicę swoją córkę. Kobiety takie jak ona będą kursować tak do skutku. Aż wyprowadzą wszystkich, którym grozi niebezpieczeństwo.

Komentarze