Komenda Główna Policji ujawniła, że wrocławski rzecznik dyscyplinarny nagranie z paralizatora, którym torturowano Igora Stachowiaka, obejrzał tuż po jego śmierci. Tymczasem jeszcze dwa tygodnie temu komendant główny Jarosław Szymczyk zapewniał, że policja nie dostała go od prokuratury. Ktoś tu nie mówi prawdy

„Nagranie z paralizatora po raz pierwszy widziałem w reportażu” – zapewniał Komendant Główny Policji Jarosław Szymczyk jeszcze 23 maja 2017 roku. Trzy dni wcześniej TVN24 wyemitowało reportaż o okolicznościach śmierci Igora Stachowiaka torturowanego przy użyciu paralizatora w łazience wrocławskiej komendy. Szymczyk tłumaczył, że nie mógł zobaczyć nagrania z paralizatora wcześniej, bo od razu przejęła je prokuratura.


Materiały filmowe bezpośrednio po zdarzeniu zostały w całości przekazane (...) do prokuratury. Prowadzący postępowanie dyscyplinarne (...) trzykrotnie zwracał się do prokuratury z prośbą o przekazanie tego materiału filmowego. Tego materiału nie uzyskał.

Jarosław Szymczyk, Fakty po faktach - 23/05/2017

Fot. TVN24.pl


Fałsz. Rzecznik dyscyplinarny widział nagranie 3 dni po jego zabezpieczeniu


Wczoraj, 13 czerwca, okazało się, że wersja wydarzeń podana przez Szymczyka trzy tygodnie temu była fałszywa. Komenda Główna Policji w odpowiedzi na pytania Rzecznika Praw Obywatelskich poinformowała, że rzecznik dyscyplinarny wrocławskiej policji obejrzał nagranie z paralizatora i zapisał to w protokole 3 czerwca 2016 roku, czyli niecałe trzy tygodnie po śmierci Stachowiaka.

Szymczyk podał także błędną przyczynę zawieszenia postępowania dyscyplinarnego wobec policjanta, który użył wobec Stachowiaka paralizatora. Szymczyk 23 maja 2017 roku tłumaczył, że nie można go było kontynuować, dopóki prokuratura nie zgadza się na udostępnienie nagrania.

Tymczasem w odpowiedzi do RPO Komenda Główna napisała, że najpierw postępowanie dyscyplinarne zawieszono na dwa miesiące, bo w tym czasie policjant był na zwolnieniu lekarskim, a po jego powrocie Komendant Miejski ponownie je zawiesił, “zakładając, że teraz sprawą zajmie się prokuratura”. Komendant uznał, że: „W rozpatrywanym przypadku rozstrzygnięcie o winie lub jej braku w postępowaniu dyscyplinarnym jest ściśle związane z rozstrzygnięciem prokuratury”.

Obudziła się Policja w Policji

Komenda Główna Policji swoje odkrycia przedstawia jako efekt pracy specjalnego zespołu, który Komendant Główny powołał do wyjaśnienia nieprawidłowości związanych ze śmiercią Stachowiaka tuż po emisji reportażu TVN24. W jego skład wchodzili policjanci z Biur Kontroli, Spraw Wewnętrznych oraz Kadr, Szkolenia i Obsługi Prawnej KGP.

Zespół stwierdził, że wszyscy policjanci zaangażowani w sprawę zaniedbali swoje obowiązki. M.in.:

  • Komendant Wojewódzki Policji we Wrocławiu w ogóle nie nadzorował wyjaśnienia sprawy przez Komendanta Miejskiego Policji we Wrocławiu,
  • Komendant Miejski Policji we Wrocławiu nie miał prawa zawiesić postępowania dyscyplinarnego wobec policjanta torturującego Stachowiaka paralizatorem, a jego następca powinien był je odwiesić, ale tego nie zrobił,
  • Komendant Komisariatu Policji Wrocław Stare Miasto zaniedbał nadzór nad działaniami policjantów, którzy zatrzymali Igora Stachowiaka,
  • rzecznik dyscyplinarny Komendanta Miejskiego, wyznaczony do wyjaśnienia sprawy, nie wyjaśnił niczego: ani braku nadzoru Komisariatu na Starym Mieście, ani użycia siły wobec Stachowiaka ani braku reakcji policjantów przyglądających się, jak ich kolega raził go paralizatorem.

W konsekwencji ustaleń zespołu KGP Komendant Wojewódzki we Wrocławiu wszczął procedurę zwolnienia pięciu policjantów uczestniczących w torturowaniu Stachowiaka, szósty zwolnił się sam jeszcze w 2016 r. Pracę stracił też Dyrektor Kontroli Komendy Głównej Policji.

Wcześniej decyzją ministra spraw wewnętrznych Mariusza Błaszczaka zwolniono poprzedniego Komendanta Wojewódzkiego, jego zastępcę oraz Komendanta Miejskiego.

PO: Szymczyk kłamał

Po opublikowaniu oświadczenia Komendy Głównej politycy Platformy zarzucają Szymczykowi, że kłamał, zapewniając, że nie widział nagrania z paralizatora.

“To jest rzecz niebywała i obciążająca dzisiaj oczywiście ministra Mariusza Błaszczaka i Jarosława Zielińskiego, ale także komendanta głównego policji. Nie wyobrażam sobie, żeby komendant główny policji, złapany na takim kłamstwie, w tak ważnej, bulwersującej sprawie, mógł pełnić tę funkcję dalej – mówił 14 czerwca Sławomir Neumann z PO.

Jednak wbrew oskarżeniom PO z faktu, że rzecznik dyscyplinarny Komendy Miejskiej obejrzał nagranie z paralizatora trzy dni po jego zabezpieczeniu nie musi wynikać, że widzieli je Komendant Główny, a także ministrowie Jarosław Zieliński i Mariusz Błaszczak. Możliwe, że rzecznik lub jego przełożeni na którymś ze szczebli postanowili zataić szczegóły przed centralą i przekazali im fałszywą informację o „trzech prośbach do prokuratury” o przekazanie nagrania z tasera. 

Poza rzecznikiem dyscyplinarnym postępowanie w tej sprawie prowadził wrocławski wydział Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji pod nadzorem wrocławskiego zastępcy prokuratora rejonowego. Zebrane przez siebie dowody przekazali prokuraturze, ale – jak podkreśla Komenda Główna w swoim oświadczeniu – nie byli uprawnieni do przekazywania tych dowodów komukolwiek innemu. “Jedynym organem, upoważnionym w tym zakresie jest prokurator prowadzący przedmiotowe śledztwo” – wyjaśnia KGP. Oznacza to, że nie tyle przyznaje się do winy, co przerzuca odpowiedzialność na prokuraturę i kierującego nią Zbigniewa Ziobrę.

Nawet jeśli rzeczywiście kierownictwo Komendy Głównej oraz resortu spraw wewnętrznych sami nie widzieli nagrania z paralizatora, nie oznacza to, że nie wiedzieli o jego użyciu. Jeszcze w czerwcu 2016 roku na posiedzeniu sejmowej komisji spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński dzielił się wnioskami z postępowania Biura Spraw Wewnętrznych KGP. Wyjaśniał, że nie może przedstawić ich członkom komisji szczegółowo, bo materiał dowodowy jest objęty tajemnicą śledztwa. Powiedział jednak, że “jako niewłaściwe oceniono między innymi drugie użycie paralizatora, które nastąpiło w stosunku do osoby mającej już założone kajdanki”. Wiedział więc, że policjant przekroczył uprawnienia, ale przez rok nie zrobił nic, by doprowadzić do jego ukarania.


Abonament na wolność słowa


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym