Bruksela ostrzega Katalończyków, że secesja oznaczałaby ich wyjście z UE. To argument chwiejny pod względem prawnym. Ale za jego pomocą Unia chce odstraszyć innych separatystów, którym wcześniej mimowolnie „pomagała”. W dodatku nawet federalizacja (czy regionalizacja) Unii na pewno nie mieści się teraz w głównym nurcie polityki unijnej

„Katalonia musiałaby zwrócić się o przyjęcie do UE na normalnych zasadach, ale jej wniosek byłby z góry odrzucony. Członkami UE mogą być wyłącznie państwa, a kraje UE nie uznałyby ewentualnej deklaracji niepodległości Katalonii. A zatem nie byłaby państwem w oczach reszty Europy” – tłumaczy nam Jean-Claude Piris, były szef służb prawnych Rady UE i współautor unijnych traktatów.

Wynika to m.in. z tzw. „doktryny Prodiego” głoszącej, że region oddzielający się od kraju UE nie może odziedziczyć członkostwa w Unii. Doktryna została sformułowana w 2004 roku przez Komisję Europejską kierowaną wtedy przez byłego (i zarazem przyszłego) włoskiego premiera Romana Prodiego.

Niektórzy unijni eksperci przyznają (tylko zakulisowo), że zrównanie secesji z wyjściem z UE nie jest jedyną możliwą interpretacją prawa międzynarodowego.

Ale jest użyteczne, bo uderza w czuły punkt separatystów w Europie – ich postulaty nie byłyby atrakcyjne, zwłaszcza dla klasy średniej, bez Unii Europejskiej. „Plany niepodległościowe często opierają się na założeniu, że nowe państwo pozostanie w unijnym wspólnym rynku, unii celnej, a najlepiej w UE.

Zresztą poza unijnym wspólnym rynkiem gospodarka Katalonii czy belgijskiej Flandrii miałaby się fatalnie” – tłumaczy urzędnik UE.

Separatyści wzmocnieni przez Unię

Najnowszy rozdział historii ruchów narodowych zaczął się w latach 70. XX wieku.

Po śmierci Franco Hiszpania zaczęła zwiększać samorządność swych regionów, Belgia przeszła głęboką decentralizację pod naciskiem Flamandów i nawet Włochy zdecydowały się na nadanie autonomii niemieckojęzycznemu Tyrolowi Płd.

W ten sposób spełniano „miękkie” postulaty narodowców – autonomii kulturalnej, równouprawnienia języka na poziomie regionu, umacniania tożsamości w mediach i szkołach. Potem doszły też postulaty budżetowe.

Przejściu od żądań autonomii do niepodległości, jak w Katalonii bądź Szkocji, sprzyjało m.in. przekonanie o trwałości systemu gospodarczego i bezpieczeństwa w Europie.

Decyzja o secesji w XXI w. wydaje się czymś nieporównanie łatwiejszym od podobnego kroku sprzed stu lat, kiedy rolą stolic, aparatu państwowego i armii dużych państw była obrona wspólnego terytorium, zapewnienie dostępu do dużego rynku i troska o bezpieczny grunt dla współpracy przedsiębiorców na krajową, czyli wielką skalę.

Jednak dziś na Zachodzie, mimo turbulencji w relacjach z Rosją, nikt nie wierzy w wojnę. A o wielki jednolity rynek zadbała UE. „W tym sensie Unia pomaga separatystom. Ich regiony nie są samotną łódeczką na wodach wielkiego światowego oceanu. Nawet po secesji – takie sobie kreślą plany – miałyby być bezpiecznie przycumowane do wielkiej życzliwej Europy” – tłumaczy Jean-Claude Piris.

Zadawnione konflikty

Od 1994 roku jedną z instytucji Unii jest Komitet Regionów (m.in. z reprezentantami niemieckich landów i polskich województw), który miał zmniejszyć deficyt demokracji w Unii poprzez jej „przybliżenie” obywatelom na poziomie lokalnym. Ponadto ogromna część funduszy unijnych, które są przeznaczone na wyrównywanie m.in. poziomu gospodarczego, jest dzielona w UE w ramach polityki regionalnej. Ale nie wydaje się, żeby to było powodem postępującej regionalizacji czy też federalizacji w krajach Unii.

Owszem, unijne fundusze już w latach 80. stały się mocnym narzędziem samorządowych władz Katalonii, ale dlatego, że ich przydział towarzyszył hiszpańskim reformom ustrojowym. Unijne pieniądze z polityki regionalnej we Francji nie miały takiego efektu, bo Paryż nie rozszerzał autonomii żadnych regionów. Zresztą do dziś

to państwa UE decydują, czy funduszami w regionach zarządzają samorządy czy przedstawiciele władzy centralnej.

Przykładowo w Polsce ich przekazanie z rąk urzędów marszałkowskich w zarząd urzędów wojewódzkich nie byłoby sprzeczne z przepisami UE.

„Federalna Hiszpania w federalnej Europie” – taką receptę szef frakcji liberałów Guy Verhofstadt proponował Hiszpanii podczas debaty Parlamentu Europejskiego w minioną środę. Ale taka

federalizacja (czy regionalizacja) Unii na pewno nie mieści się teraz w głównym nurcie polityki unijnej.

Debatuje się o pogłębianiu integracji, co wymaga dalszego zrzekania się czy raczej uwspólniania suwerenności, ale nie poprzez regionalizację.

Podsumowując zatem – unijno-natowski parasol często sprzyja zaognieniu się separatyzmów z długą historią, ale z rzadka rodzi nowe. Wprawdzie północnowłoska Padania jest tożsamościowym wymysłem populistycznej prawicy z przełomu lat 80. i 90., ale i ona odwołuje się do kulturowych i – co ważniejsze – gospodarczych podziałów w Italii zjednoczonej dopiero w XIX w.

Prounijni separatyści

Włoska Liga Północna (jej kluczowi politycy już odeszli od postulatów secesji i teraz walczą o wyborców nawet na Sycylii) jest mocno eurosceptyczna i ksenofobiczna, ale większość innych ruchów niepodległościowych bądź autonomicznych prześciga się w prounijności (np. przedstawicielem Katalonii w Brukseli jest były wysoki urzędnik Komisji Europejskiej).

Co więcej, Katalończycy i Szkoci zapewniają o życzliwości dla imigrantów i często z powodzeniem przeciągają ich na stronę niepodległości (wielu Polaków w Szkocji, sikhowie w Barcelonie).

To sprawia, że choć decyzja o referendum w Katalonii i sposób jego przeprowadzenia (wbrew Sądowi Konstytucyjnemu Hiszpanii i przy instrumentalnym zniesieniu frekwencyjnego progu ważności) wpisują się w model demokracji bardzo nieliberalnej, to

trudno katalońskich niepodległościowców stawiać w jednej grupie z nieliberalnym Viktorem Orbánem czy PiS.

Kataloński przywódca, premier lokalnego rządu Carles Puigdemont, przyjął linię prowokacyjną wobec Madrytu. Niektórzy unijni dyplomaci po cichu przyznają, że mało było na świecie secesji czy przypadków wybijania się na niepodległość, które dokonywałby się w zupełnej zgodzie z porządkiem prawnym „krajów panujących”.

Jednak zadaniem Unii jest trwanie przy praworządności, a zatem i przy porządku konstytucyjnym członków UE (stąd krytyka wobec łamania konstytucji przez PiS i lojalność wobec premiera Hiszpanii Mariano Rajoya broniącego konstytucji).

Dlatego Bruksela – wydaje się, że na tym etapie to słuszne – odrzuca wszelkie pomysły na mediację UE między Madrytem i Barceloną.

Propozycje pośrednictwa np. ze strony przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska byłyby prezentem dla władz Katalonii (dążą do umiędzynarodowienia sporu) i ciosem w premiera Mariano Rajoya (zgodnie z konstytucją uważa spór za sprawę wewnętrzną Hiszpanii). A równocześnie publicznym przyznaniem przez Brukselę, że Rajoy fatalnie zarządza konfliktem (to akurat jest co najmniej częściowo zgodne z prawdą) i dlatego potrzebuje pomocy. Tyle, że to Rajoy, a nie władze Katalonii, jest współgospodarzem w kluczowych instytucjach UE, co prawnie i politycznie wiąże im ręce w sprawach mediacji.

Jeśli jednak konflikt wokół Katalonii będzie się nasilał, na pewno będzie rosnąć polityczna – choć zapewne najpierw nieformalna – presja polityczna ze strony reszty UE na Rajoya.

Już teraz część wysokich rangą dyplomatów w Brukseli liczy, że kanclerz Angela Merkel „weźmie Rajoya na dłuższą kawę” podczas najbliższego szczytu UE z 19-20 października.

Celem miałoby być nakłonienie Hiszpana do rzetelnych rozmów z Katalończykami, a także do zgody na mediację, ale nie przez UE, lecz np. przez któregoś z dyplomatów norweskich.

Bez precedensu dla Korsyki i Śląska

Twarda legalistyczna linia wobec Katalończyków (de iure nie będzie secesji, bo nikt liczący się w Europie nie uzna ich deklaracji niepodległości, a jeśli nawet doszłoby do niepodległości, to Barcelona automatycznie znajdzie się poza UE) to sposób na uniknięcie precedensu czy zachęt dla separatystów we Francji (chodzi głównie o Korsykę), Włoszech (północne regiony), a w zupełnie spekulacyjnej perspektywie nawet w Polsce (śląscy autonomiści).

Ale nawet w Unii są pewne wyjątki, bo jednoznaczne stanowisko będzie trudne dla Belgii. Największą partią koalicji rządowej jest bowiem centroprawicowy Nowy Sojusz Flamandzki (N-VA), obecnie główna siła polityczna niderlandzkojęzycznej Flandrii.

Wprawdzie N-VA obecnie odkłada niepodległość Flamandów na nieokreśloną przyszłość (i zawsze widział rozwód z frankofonami jako „rozpuszczenie się” Belgii w federalnej UE), ale zarazem broni prawa Katalończyków do głosowania w ostatnią niedzielę. I nie jest gotowy do odrzucenia ich ewentualnej deklaracji niepodległości.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym