Brytyjski parlament pokazał, że w zdecydowanej większości jest przeciwko twardemu Brexitowi. Być może Brytyjczycy po wielomiesięcznej debacie o tym, kiedy i jak przeprowadzić Brexit wrócą do dyskusji: po co w ogóle chcą wychodzić z Unii

Po wtorkowym (12 marca 2019), ponownym odrzuceniu umowy dotyczącej wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE, przez kolejne dwa dni brytyjski parlament głosował nad tym, jak wyjść z patowej sytuacji. Główne wnioski są dwa:

  • nie ma wśród brytyjskiej klasy politycznej poparcia dla wyjścia bez umowy, a to sprawia, że
  • Theresa May wróci do Brukseli z prośbą o odroczenie Brexitu.

Na przesunięcie terminu musi się zgodzić wszystkie 27 państw członkowskich Unii, każde z nich ma prawo zawetować tę propozycję. Jednak najpewniej się na nią zgodzą i Wielka Brytania pozostanie w Unii co najmniej do końca czerwca. Będzie tak, jeśli przed przyszłotygodniowym szczytem Rady Unii Europejskiej May uda się rzutem na taśmę przeforsować obecną umowę w Westminsterze.

Wielka Brytania poprosi o odsunięcie Brexitu w czasie

Większością 210 głosów posłowie przyjęli w czwartek, 14 marca, rządowy projekt odłożenia Brexitu co najmniej do 30 czerwca.

Głosowanie to o niczym nie przesądza, nie ma mocy prawnej, potrzeba jeszcze jednomyślnej zgody 27 stolic unijnych. Jednak jest kluczowym argumentem politycznym dla Theresy May – było jej potrzebne, by mogła ponownie rozpocząć negocjacje w Brukseli.

Dzień wcześniej, w środę 13 marca, Izba Gmin debatowała nad poparciem dla wyjścia Wielkiej Brytanii z UE bez uzgodnionego porozumienia. Rząd Theresy May przedstawił ustawę, której celem było odrzucenie możliwości chaotycznego Brexitu 29 marca tego roku. Do tej daty Zjednoczone Królestwo zobowiązało się dwa lata temu, gdy rozpoczynało procedurę wyjścia z UE. Biorąc pod uwagę, że w brytyjskim parlamencie większość stanowią łagodni eurosceptycy i zwolennicy pozostania Wielkiej Brytanii w Unii, May miała nadzieję na łatwe zwycięstwo.

Westminster jasno odrzuca możliwość wyjścia bez umowy

Po wtorkowej dotkliwej porażce, premier Wielkiej Brytanii czekał w środę jedynie drobny zawód. Parlament wykluczył bowiem w ogóle możliwość Brexitu bez umowy.
Proeuropejska toryska Caroline Spelman i Jack Dromey z Partii Pracy zaproponowali poprawkę, według której Westminster sprzeciwia się chaotycznemu Brexitowi nie tylko 29 marca, ale kategorycznie wyklucza tę opcję nawet w dalszej przyszłości. Mimo że May wprowadziła dyscyplinę partyjną poprawka została przegłosowana różnicą 4 głosów – łamiąc dyscyplinę, poparła ją część torysów.

Ostateczna ustawa została przyjęta 321 głosami za i 278 przeciw.

W czwartek May była bliska porażki w kluczowym głosowaniu dotyczącym oddolnej poprawki. Stosunkiem zaledwie 314 do 312 przegrała propozycja, która mogła diametralnie zmienić polityczną mapę Brexitu i przenieść inicjatywę negocjacyjną z gabinetu Theresy May do Westminsteru.

Przedstawiciele torysów i laburzystów zaproponowali, by do przyszłotygodniowych obrad wprowadzić serię głosowań mających wskazać preferencje parlamentu co do tego, jak ma wyglądać Brexit. Wśród proponowanych scenariuszy znalazły się: przegłosowanie trwałej unii celnej z Wielką Brytanią, powtórzenie referendum i pozostanie we wspólnym rynku. Propozycja przepadła.

Do trzech razy sztuka?

Jedynie dwa głosy dzieliły Theresę May od utraty kontroli nad negocjacjami z Brukselą. To pokazuje, że premier Zjednoczonego Królestwa zmaga się już nie tylko z wewnątrzpartyjnym buntem po stronie twardych eurosceptyków, ale również wśród proeuropejskich torysów, gotowych do popierania antyrządowych poprawek i głosowania ramię w ramię z laburzystami. Premier jednak przetrwała, a teraz czeka ją ostatnia szansa na doprowadzenie do ratyfikacji wynegocjowanej przez nią umowy. Plan May jest prosty.

Brytyjski parlament pokazał, że w zdecydowanej większości jest przeciwko twardemu Brexitowi. Skoro tak jest, premier Zjednoczonego Królestwa liczy, że twardogłowi eurosceptycy uznają, że istniejąca umowa brexitowa jest najlepszym z możliwych dla nich scenariuszy.

May ogłosiła, że w przyszłym tygodniu odbędzie się trzecie głosowanie nad tekstem porozumienia. Jeśli zostanie przyjęte, Wielka Brytania wyjdzie z Unii 30 czerwca. Jeśli Westminster je odrzuci, premier poprosi Brukselę o przesunięcie daty wyjścia na jeszcze bardziej odległy termin. I rozpocznie na nowo dyskusję o tym, jakiego Brexitu chce Zjednoczone Królestwo.

Dla eurosceptyków przekaz jest jasny: albo wyjdziecie teraz w oparciu o umowę, którą dla was wynegocjowałam, albo możecie nie wyjść nigdy.

Jakie byłyby konsekwencje pozostanie Wielkiej Brytanii w UE na czas nieokreślony?

  • Konieczność przeprowadzenia wyborów do Parlamentu Europejskiego.
  • Otwarcie ponownie tematu drugiego referendum.
  • Zwiększenie roli negocjacyjnej parlamentu, w którym przewagę stanowią zwolennicy miękkiego Brexitu.

O tym, że odłożenie Brexitu na odległą przyszłość byłoby postrzegane jako zwycięstwo sił proeuropejskich świadczy wypowiedź Donalda Tuska. W czwartek rano napisał on na Twitterze, że w czasie przyszłotygodniowego posiedzenia Rady Europejskiej będzie zachęcał szefów rządów, by zgodzili się na dłuższe pozostanie Wielkiej Brytanii w UE, jeśli pomoże to Brytyjczykom przemyśleć strategię dotyczącą Brexitu i znaleźć wokół niej konsensus.

Jednak już dziś widać, że May może nie udać się zebrać wystarczającej liczby głosów, by umowa została zaakceptowana przez Izbę Gmin. Gdyby jednak premier Zjednoczonego Królestwa udało się dopiąć swego, to zakończony właśnie trzydniowy maraton głosowań okaże się początkiem końca brexitowej sagi. W przeciwnym razie byłby to dopiero koniec początku.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym