0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: il. Iga Kucharska/OKO.pressil. Iga Kucharska/OK...

Kiedy w Polsce na dwa tygodnie nastała prawdziwa zima i radość, jaką przynosi – nie tylko dzieciom – nie sposób nie pomyśleć o tych, dla których zima jest katastrofą. O tych, których nie stać na ogrzanie domu, tych, którzy domu nie mają, a także tych, którzy utknęli na granicy Polski z Białorusią.

Joanna Rudniańska w swojej twórczości często podejmuje temat wojny, konfliktów, a przede wszystkim ich tragicznych konsekwencji dla zwykłych ludzi. Jej najnowsza książka Obudziła się zimną nocą”, wydana przez wydawnictwo Nisza we wrześniu 2025 roku to poetycki opis losów młodej uchodźczyni/migrantki/matki/żony/synowej, próbującej przedostać się wraz z dziećmi do Polski w poszukiwaniu nowego, lepszego świata.

Oto fragment rozdziału „Dżungla” – w tytułowej dżungli łatwo rozpoznać Puszczę Białowieską, ale jest ona także metaforą niedostępności, bariery nie do przekroczenia, wrogości bardziej ze strony ludzi niż przyrody.

Przeczytaj także:

Kamera

Mars, wzorzec batonika. Mleczno-czekoladowe karmelowe błoto na palcach mojej córeczki, oblizałam je, bo zapomniałam chusteczek. Wtedy, w moim mieście. Fuj, jak możesz coś tak słodkiego dawać dziecku, powiedziałam do męża. Teraz wystarczy, bym zobaczyła czarno-czerwony papierek, a już czuję tamten smak. Słodkość, słodycz, cukier, karmel, kakao. Odrobina soli i troszkę goryczy. Ideał. Gdybym była psem, tobym podbiegła, skoczyła, wyrwałabym batonik z ręki mężczyzny w płaszczu, właśnie go wyjął z kieszeni, w drugim ręku trzyma plik kartek.

Nie jesteś psem, jesteś matką, przypomina mi siostra.

Nie jesteś matką, jesteś aktorką, to teatr, popatrz dookoła, mówi brat.

Siedzę na ziemi z niemowlęciem w ramionach i gram nudną, męczącą rolę matki i uchodźczyni, a mężczyzna, który zjawił się tu z tłumem widzów, podnosi batonik do ust.

Boczne światło zachodzącego słońca prześlizgujące się pomiędzy gałęziami. I ci ludzie, nagle przybyli, tłumnie, jak na przedstawienie… i już jestem na scenie, a tamci, ze sto osób, nie, nie tyle, może pięćdziesiąt, skąd się tutaj wzięli? Zjechali się taksówkami, przywiózł ich autokar? Widzowie. Stoją i patrzą na nas. A my siedzimy wśród rzeczy i śmieci, brudni i brzydcy, nawet dzieci. Ratownicy — oni też biorą udział w przedstawieniu, mają swoje napisane role, ratują, nomen omen, karmią, opatrują, wypełniają papiery, grają razem z nami, po spektaklu wrócą do domu, zmyją makijaż, zdejmą buty, napiją się piwa. Tylko my, wędrowna trupa grająca migrantów, zostaniemy na scenie, już bez widowni, bez świateł, nocą tak czarną, że nie widać gestu. Będziemy grać dalej, nie wolno nam przestać. Scenografia — leśna polana, jagodowe krzaczki, wszystkie jagody przemarzły jakiś czas temu, paprocie i jeszcze jakieś badyle, mech, trawa, dookoła drzewa, choinki, te znam, z innych spadły liście.

Zawsze chciałaś być aktorką. Dawałem ci główne role w moich przedstawieniach, mówi brat. Pomyśl, jak zagrać tę rolę, co czuje ta kobieta.

Och, wiem, co czuje. Wstyd, że przyłapano ją w takiej sytuacji; bez domu, bez kraju, bez pieniędzy, brudną, w zniszczonym ubraniu. Dobrze, że włosy schowała pod czapką, nie myła ich od dawna. Stopy czarne, resztki lakieru na czarnych paznokciach. Wszyscy je zobaczą, gdy ratownicy zdejmą jej buty, by założyć nowe, opatrzyć stopy. Spuszcza głowę pod wzrokiem kamery. Jeszcze zobaczy ją ktoś znajomy, gdzieś, w jakimś mieście, to przecież ona, popatrz, w tamtym lesie, na granicy, jeszcze dzieci zabrała ze sobą, nie mogła siedzieć w domu, zawsze chciała więcej…

Tamten blondyn stojący pod drzewem, czerwony szalik i okulary od słońca, mógłby mi się podobać, mogłabym stać obok w zielonej parce i butach do kolan, jak kobieta stojąca przy nim, z ręką w jego ręce. A ja siedzę na ziemi, tuląc niemowlę owinięte chustą, wokół mnie ta wielka rodzina, rodzice, dziadek, dwóch podrostków, chmara dzieci, wędrujemy z nimi od kilku dni, pomagamy sobie, przedtem nie byłoby okazji, byśmy razem siedli do stołu. A teraz podajemy sobie kromki chleba i jemy zupę ze słoików, jak w hipsterskim bistro, kiedyś, w jakiejś książce.

Kobieta w wieku mojej matki, siwa, ostrzyżona, z opaloną twarzą, kuca i pyta po angielsku, czy mogłaby mnie przytulić. Obejmiemy się i będziemy nucić: tulimy, tulimy, tulimy, jak teletubisie. Jestem chora, mogę cię zarazić, mówię. Jestem martwa, myślę.

Zaraz dostanę nowe salomony ze znakiem goretexu. W sklepie takie stoją w akwarium z wodą, żeby uwierzytelnić nieprzemakalność. Tutaj, w lesie, goretex nie obowiązuje.

Myślę o moich czarnych sztybletach. Kupię ci tam nowe, powiedział mąż. Mylił się. Kłamał.

Ktoś filmuje moje stopy, tak wrażliwe, że boli je spojrzenie kamery. Dziewczyna, bo to ona trzyma kamerę, odgarnia czarne, lśniące włosy. Podnosi oczy znad obiektywu, jakby zobaczyła w nim ducha. Nie, to tylko niemowlę, które trzymam, niebieskie zawiniątko, dzieciątko w chuście prababki. Dziewczyna patrzy, wiem, co chciałaby zrobić — schować niemowlę do plecaka i uciec z nim. W las i potem dalej, do ciepła, do jakiegoś domu.

Nie dam. Nie wyniesie go z lasu, nie wychowa, nie powiedzą, że śliczne, że podobne, jak skóra z niej zdjęta. Tym razem nic złego tu stać się nie może, za dużo widzów i kamer, to niemożliwe, by znowu…

Dziewczyna podnosi się i patrzy gdzieś za mnie. Oglądam się i widzę moją córeczkę, wpatruje się w batonik, który trzyma w ręku tamten wysoki facet, zapomniał o nim i coś czyta z kartki, na głos. Czarnowłosa mówi coś do mężczyzny, ostro, nieprzyjemnie, on zmienia się na twarzy, wyjmuje z kieszeni drugi baton, kuca, wyciąga rękę w stronę dziewczynki, a ona cofa się i opuszcza głowę. Możesz wziąć batonik, pan chce ci go dać, mówię, dziecko robi dwa kroki i…

Nagle samochody, syreny, żołnierze przedzierają się przez krzaki, już tu są, okrążają nas. Pomiędzy drzewami czają się uzbrojeni, ubrani na czarno faceci. Dziecko, moja córeczka, zaczyna płakać głośno, bo już wie, co będzie. Dziewczyna odkłada kamerę, bierze małą na ręce. Człowiek na czarno, z tych, co stoją z tyłu, wielki i ciężki, doskakuje do niej, wrzeszczy, dziecko sika w majtki, w spodnie, na kurtkę dziewczyny, ona otrząsa rękę, krzyczy na tego człowieka, chce mu podać dziecko, on się cofa i wskazuje miejsce, gdzie ma je postawić, odłożyć. Ona przyciska je do siebie, głaszcze po plecach, coś mówi, cicho i spokojnie. Rozgląda się, szukając drogi. Ścieżki, której nie ma.

I znowu to samo. Wiadomo, co będzie.

Każą wszystkim wstać, zebrać rzeczy, szybko, szybko, spakować plecaki, torby, szybciej. Podejdą blisko, twarz wrzaśnie do twarzy. Dzieci będą się starać, upychać w plecakach pluszaki, czapki, słodycze, które przed chwilą dostały. Ustawią się w rzędzie według wzrostu, z kolorowymi plecaczkami na ramionach, jakby miały jechać na wycieczkę.

Do ciężarówki, wszyscy. Dwie twarde ławki, pomiędzy nimi zamaskowany mężczyzna w mundurze i z bronią. Przez zielone płótno zobaczymy pędzące w przeciwną stronę drzewa, ciężarówka będzie skakać na wybojach, my razem z nią, nikt się nie zaśmieje.

Ciężarówka zahamuje. Nagle, z szarpnięciem.

Wyrzucą. Do lasu, jak śmieci. Wszystkich. Dorosłych i dzieci.

Tak będzie? Tak było?

A może to wcale się nie wydarzyło, może było inaczej, światło trochę inne, słońce ciemniejsze i pod drzewami inne cienie, tylko ludzie ci sami, tłum w skafandrach nordfejsa i helihansena i mężczyźni w mundurach stojący nad nami, siedzącymi w trawie. A dziewczyna z włosami jak heban, z niemowlęciem w plecaku, trzymając w ramionach spłakaną dziewczynkę, patrzy mi w oczy, odwraca się i odchodzi, jeszcze schyla się po leżącą na ziemi kamerę, a tamci, nieruchomi jak na fotografii, patrzą w drugą stronę, w ścianę, której nie ma. Jest cicho, zbyt cicho, żaden liść nie drgnie.

Dziewczyna znika w lesie, a z nią moje dzieci.

;
Na zdjęciu Joanna Rudniańska
Joanna Rudniańska

Pisarka. Autorka nagradzanej „Kotki Brygidy". W swojej twórczości porusza tematykę wojny i jej wpływu na jednostki, zwłaszcza dzieci.

Komentarze