W nowym układzie sił w UE jest pewne, że nic nie będzie tak jak się tego spodziewano. Orbán traci relatywnie najwięcej. Kaczyński tuż za nim, coraz dalej od realnego wpływu na przyszłość kontynentu. Partia ANO premiera Babiša może mówić o lekkim wzmocnieniu, a Słowacja waha się między progresywnymi liberałami a antyeuropejskimi nacjonalistami

W niemal wszystkich krajach Grupy Wyszehradzkiej wybory wygrały partie rządowe. Największe poparcie procentowe zebrał węgierski Fidesz (52,3 proc), za nim PiS (45,4 proc) a na trzecim miejscu czeski ANO 2011 (21,2 proc.). Wyjątkiem okazała się Słowacja, gdzie rządząca SMER (15,7 proc.) została zdetronizowana przez koalicję dwóch nowo-zawiązanych partii – Progresywnej Słowacji i chadeckiej SPOLU, czyli Razem – Demokracja Obywatelska (20,1 proc.).

W każdym z państw głosowanie stało się swoistym plebiscytem poparcia dla rządów, ale jedynie wynik na Słowacji, i do pewnego stopnia w Czechach, oddaje nowy układ sił w Parlamencie Europejskim.

Nowy układ w Parlamencie UE

Dwie najbardziej wpływowe  frakcje, dotychczas dominujące i decydujące o europejskiej legislacji oraz obsadzie kluczowych stanowisk w instytucjach Unii – chadecka EPL oraz socjaldemokraci (S&D) – utraciły większość. Muszą teraz negocjować wszystko z liberalną frakcją Renew Europe (Odnowa Europy – dawniej ALDE) wzmocnioną liczebnie przez eurodeputowanych Macrona, a także z Zielonymi.

Najwięksi środkowoeuropejscy wygrani na arenie krajowej są największymi przegranymi w polityce europejskiej.

Jak piszemy w raporcie Visegrad Insight pt. “European Parliamentary #Futures”,  jedno w nowym układzie sił w Europie jest pewne: nic nie będzie tak jak się tego spodziewano.

Nawet połączone siły radykałów po wyborach nie są w stanie wpłynąć na główne decyzje UE, a ton nadal nadają te głosy, które domagają się twardego stanowiska wobec krajów mających problemy ze stosowaniem zasad państwa prawa.

Z punktu widzenia znaczenia w grze o wpływy na politykę UE miejsca na podium układają się dokładnie odwrotnie niż wynikałoby z wyników w kraju.

Viktor Orbán traci relatywnie najwięcej ze względu na deklarowane ambicje, a także marginalizację grożącą wręcz wykluczeniem w jego europejskiej rodzinie politycznej.

Jarosław Kaczyński tuż za nim. PiS coraz dalej od szans na realne kształtowanie przyszłości kontynentu, których zapewne nigdy nie miał.

Premier Andrej Babiš i jego partia ANO może mówić o lekkim wzmocnieniu ponieważ mimo prób podporządkowania prokuratury i oskarżeń o korupcję, nadal jego partia należy do frakcji liberałów.

Tymczasem Słowacja, należąca do strefy euro i najbardziej zintegrowane z Unią Europejską państwo V4, wprowadziła do przyszłej koalicji w Parlamencie Europejskim zarówno przedstawicieli partii obecnie rządzącej, jak i znajdujących się jeszcze w opozycji, ale zdobywających kolejne kluczowe przyczółki nowych proeuropejskich partii.

Dla każdego z tych państw ma to swoje konsekwencje, ale zmiany odczuje także formuła współpracy wyszehradzkiej.

Węgry. Orbán nie będzie języczkiem u wagi

Viktor Orbán przyzwyczaił nas już do tego, że przy okazji każdych wyborów poprawia swoje osiągnięcia. I tym razem Fidesz poprawił wynik z 2009 roku, ale tylko o jedno miejsce – zdobył ostatecznie 13 mandatów.

Europejska Partia Ludowa, do której należą także PO i PSL, niedługo przed wyborami zawiesiła Fidesz w prawach członka, gdy premier Węgier otwarcie wystąpił przeciwko czołowym politykom tej frakcji, w tym Jean-Claude’owi Junckerowi, przewodniczącemu Komisji Europejskiej, oraz Manfredowi Weberowi. W gruncie rzeczy nie poszło o sam fakt kwestionowania przywództwa, co o styl.

Grający w  ostatnich latach cynicznego dwulicowca, który w Brukseli mówi co innego niż w kraju, Orbán zmienił taktykę. Gdy w końcu większość w Parlamencie Europejskim postawiła rządowi węgierskiemu zarzuty łamania zasad państwa prawa, w tym naruszania podstawowych wolności obywatelskich, zrzucił maskę gładkiego dyplomaty i swoją kampanię oszczerstw i pomówień, znaną dotąd jedynie jego rodakom, rozpoczął w Brukseli.

Przed wyborami liczył na to, że połączone siły anty-unijne pod przewodnictwem Matteo Salviniego i Marine Le Pen zajmą blisko jedną trzecią miejsc, ale okazało się, że nie są w stanie połączyć wysiłków nie tylko ze względów ideowych – w tym stosunku do Rosji – ale też arytmetycznych. Ta mniejszościowa frakcja po prostu nie będzie mogła zagrozić połączonym siłom głównych partii.

Orbán stracił przez to szansę na odgrywanie języczka u wagi w przyszłych rozgrywkach między EPL a eurosceptykami. Tę rolę objął Emanuel Macron i jego Renew Europe. To liberałowie, stali się dla chadeków i socjalistów niezbędni do przegłosowania kluczowych decyzji w UE. Macron zaś od kilku miesięcy krytykuje EPL za jego zdaniem zbyt łagodną decyzję wobec Fideszu Orbána.

Orbánowi pozostaje liczyć na to, że nie zostanie wyrzucony z EPL, poza główny krąg decydentów, a w międzyczasie będzie się układał z pozostałymi szefami państw w Radzie UE, której do jesieni przewodniczy jeszcze Donald Tusk.

Ponieważ celem Orbána jest paraliż decyzyjny Unii Europejskiej co najmniej w kwestiach przestrzegania praworządności, a w dłuższej perspektywie – zakładając rozpad Unii – nawet powiększenie terytorium Węgier, to teraz musi czekać czy kolejne wybory do parlamentów narodowych przybliżą go do takiego scenariusza, np. gdyby we Francji rządy objęła partia Le Pen.

Wynik wyborów europejskich odrodził nadzieje opozycji: Koalicja Demokratyczna b. socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsánya uzyskała 16,3 proc. i cztery mandaty, nowa liberalna partia – Ruch Momentum uzyskała 9,9 proc. i dwa mandaty, koalicja Węgierskiej Partii Socjalistycznej z partią Dialog – 6,7 proc. i jeden mandat.

Dlatego należy się spodziewać, że Orbán, nie oglądając się na konsekwencje, przeprowadzi głębsze wewnętrzne porachunki z opozycją, które pozwolą zagwarantować dalszą dominację Fideszu.

Rząd właśnie ogłosił koniec autonomii badań naukowych poprzez nacjonalizację Akademii Nauk. Jednocześnie w powietrzu wisi wprowadzenie do systemu sądownictwa nowego sądu administracyjnego, który odbierze możliwość skutecznej egzekucji prawa w stosunku administracji publicznej.

Budapeszt ogłosił zawieszenie prac nad tymi zmianami tuż po wyborach, by poprawić relacje z Europejską Partią Ludową, ale i tak chce je wprowadzić tak szybko, jak to tylko możliwe.

Nie zapowiada się, żeby w kolejnych wyborach krajowych opozycja miała szansę na choćby wyrównaną walkę. Zmianę kierunku politycznego może na Węgrzech wywołać albo silny impuls wewnętrzny, ale taki się od antysowieckiego powstania z 1956 roku nie zmaterializował, lub presja międzynarodowa.

Polska. Pyrrusowe zwycięstwo PiS

Historyczne zwycięstwo partii Kaczyńskiego okazuje się w perspektywie europejskiej pyrrusowe. Choć wprowadził do parlamentu aż 26 europosłów, to frakcja ECR, do której PiS należy, zostanie jeszcze bardziej zmarginalizowana w wyniku klęski brytyjskich konserwatystów, którzy otrzymali tylko 4 miejsca, czyli o 22 mniej niż pięć lat temu.

Porażki Zdzisława Krasnodębskiego (na wiceprzewodniczącego Europarlamentu), czy Beaty Szydło (na szefową komisji zatrudnienia) podczas pierwszych sesji nowej kadencji pokazują, że PiS nie ma zdolności do prowadzenia skutecznej polityki na tym forum. To tym bardziej znaczące, że Orbánowi udało się dzięki głosom EPL wprowadzić na wiceprzewodniczącą europarlamentu Lívię Járókę.

PiS pozostanie na marginesie polityki europejskiej, bo jak ognia będzie unikał, szczególnie tuż przed wyborami do Sejmu jesienią, jakichkolwiek sojuszy z siłami wyraziście pro-rosyjskimi, czyli Salvinim lub Le Pen.

Z drugiej strony, płonne są nadzieje na dołączenie PiS do chadeckiej grupy EPL, w której za podobną politykę został właśnie zawieszony Fidesz.

Wobec tego rząd PiS ma tylko głos w Radzie UE, gdzie konsekwentnie manifestuje odrębne stanowisko, które dotąd owocowało takimi porażkami jak 27:1, czy brakiem skutecznego zablokowania dyrektyw o pracownikach delegowanych i pyrrusowym zwycięstwem z zablokowaniem Timmermansa, który od razu został zgłoszony na wiceprzewodniczącego.

W najbliższej kadencji Parlamentu Europejskiego należy się wobec tego spodziewać dalszego dryfu i osłabienia pozycji Polski w UE, a w kraju wykorzystanie przez PiS każdej okazji, by pokazać, że państwa UE celowo osłabiają ich rząd, nie sprzyjając naszym interesom narodowym. Oczywiście przy założeniu, że PiS jesienią wygra wybory do Sejmu i znów utworzy rząd.

Czechy. Babiš w rozkroku

Po wyborach polityka Czech w UE w gruncie rzeczy się nie zmieni. Czechy stoją w rozkroku pomiędzy sympatiami wobec głównego europejskiego nurtu polityki, a środkowoeuropejską niechęcią do dalszej integracji.

Choć premier Andrej Babiš oficjalnie popiera zmniejszenie do minimum unijnego budżetu, co w sumie przeczy interesom Polski, to zarazem szafuje zagrożeniem migracją.

W kraju o najniższej w Europie stopie bezrobocia jest to co najmniej dziwne, ale jak widać skuteczne. Dzięki temu do pewnego stopnia udaje mu się przejmować narrację radykalnej prawicy, co widać po wyniku wyborczym.

Niewykluczone, że Babiš chce podążyć drogą Orbána centralizując wpływ na państwo i broniąc własnych prywatnych interesów. Jako parasola używa przynależności do liberałów Renew Europe, w której jeszcze nikt nie zwraca uwagi na jego dążenia do przejęcia kontroli nad prokuraturą czy zarzuty korupcyjne.

Słowacja. Sympatie prounijne kontra prorosyjskie

Tymczasem w Bratysławie nowe formacje opozycyjne już dwukrotnie w tym roku świętowały zwycięstwo i z nadzieją patrzą teraz na najbliższe wybory parlamentarne, które mają odbyć się do marca 2020 roku.

Pierwszą okazją do radości była wygrana w wyborach prezydenckich Zuzany Čaputovej, która startowała z poparciem socjal-liberalnej partii Progresywna Słowacja.

Choć wielu komentatorów uznało wtedy jej wynik za zwycięstwo opcji liberalnej, rzeczywistość okazuje się bardziej skomplikowana. Jak napisał w „Visegrad Insight” Michal Vašečka, dobry wynik zarówno progresywnych liberałów jak i radykalnej prawicy nie dają jasnej odpowiedzi na pytanie dokąd zmierza Słowacja.

W badaniu instytutu Focus po wyborach prezydenckich, respondenci wskazali dwie główne motywacje do głosowania na nowo wybraną prezydent. Najczęściej odpowiedzią była “moralność i przyzwoitość” (29 proc.), ale na drugim miejscu wskazywali na nową twarz i potrzebę zmiany w kraju (21 proc.).

Potrzebę zmiany zaś mogą zagospodarować politycznie nie tylko nowe ruchy centrowe, ale także radykałowie na prawicy (antyeuropejska nacjonalistyczna partia Nasza Słowacja Mariana Kotleby) łączący swe siły z post-komunistycznymi aparatczykami uderzającymi dziś w tradycjonalistyczne tony (Štefan Harabin).

W pierwszej rundzie wyborów prezydenckich tych dwóch kandydatów zebrało w sumie ponad 24 proc. głosów, a w wyborach europejskich Nasza Słowacja Kotleby uzyskała trzeci w kolejności wynik z 12 proc., wyprzedzając pozostałe partie konserwatywne.

Biorąc pod uwagę, że póki co główne siły, zarówno rządowe jak i opozycyjne, należą zarazem do głównych frakcji w ugrupowaniach europejskich, to ostatnie wybory wzmocniły w tym kraju trend przeciwny do tego z jakim mamy do czynienia w Polsce czy na Węgrzech.

Na horyzoncie zarysowuje się jednak nowe pęknięcie i niewykluczone, że w ciągu roku ten kraj także doświadczy ostrej polaryzacji między opcjami proeuropejskimi, a tymi które wyraźnie są Unii niechętne.

Co istotne, ze wszystkich krajów V4 to na Słowacji sympatie do Rosji i niechęć do sojuszu transatlantyckiego są największe. Najbliższe wybory w dużym stopniu pokażą, czy w tym kraju uda się utrzymać konsensus dotyczący ich dotychczasowego strategicznego kierunku.

Wojciech Przybylski jest redaktorem naczelnym Visegrad Insight, prezesem Fundacji Res Publica.

Artykuł ukazuje się w ramach cyklu #DemocraCE Visegrad prowadzonego przez Fundację Res Publica we współpracy z National Endowment for Democracy (NED) i redakcjami wiodących gazet w Europie Środkowej.

redaktor naczelny Visegrad Insight, prezes Fundacji Res Publica


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press