Powstanie w getcie poniosło klęskę nie tylko dosłowną. Nie poprawiło świata. W Polsce po wojnie nadal mordowano Żydów, w Izraelu, po kolejnych wojnach, nisko się ceni życie przeciwnika. W obu krajach rasizm stał się pełnoprawnym uczestnikiem debaty. Gdy uznajemy tę rocznicę za dzień dla nas ważny, także wobec tego wyrażamy protest - pisze Konstanty Gebert*

Powstanie w getcie warszawskim poniosło klęskę.

Najpierw tę pierwszą, dosłowną: Niemcy starcie wygrali, wymordowali Żydów i zrównali getto z ziemią. Powstańcy niczego innego się nie spodziewali: wiedzieli, że są sami i że nikt im nie przyjdzie z pomocą. Nikt zresztą skutecznie jej udzielić nie mógł: nawet gdyby AK zdecydowała się w pełni wspomóc ŻOB, wynik końcowy byłby taki sam, a najbliższa armia aliancka walczyła o tysiąc kilometrów od Warszawy, na wschód od Smoleńska.

Gdyby jednak, kierując się realizmem, powstańcy powstrzymali się od zrywu, zostaliby wraz z resztą Żydów zamordowani i tak, zaś getto, zgodnie z przyjętym wcześniej przez niemieckie władze planem architektonicznym, i tak zrównane z ziemią. W tym sensie, cokolwiek Żydzi by w okupowanej Europie zrobili albo i nie zrobili było bez znaczenia: ich los w najmniejszym stopniu nie zależał od nich, a jedynie od biegu wojny oraz poziomu antysemityzmu wśród pozostałych mieszkańców podbitego kontynentu. Ani na jedno, ani na drugie nie mieli, rzecz jasna, wpływu.

Metaforycznie jednak powstanie odnieść miało ogromne zwycięstwo.

Zryw powstańczy miał przywrócić powstańcom, a za ich pośrednictwem całemu narodowi żydowskiemu godność, z której Niemcy go byli obdarli. „Synowie Machabeuszy i wy umiecie umierać/ podjąć bez cienia nadziei walkę we wrześniu zaczętą” pisał Władysław Broniewski.

Z tą koncepcją, uzależniającą godność od tego, czy się trzyma broń i może strzelać, przekonująco rozprawił się Marek Edelman w „Zdążyć przed Panem Bogiem”, odrzucając tezę, że inna śmierć – na przykład u boku starej matki, której się nie porzuciło w drodze na Umschlagplatz – była mniej „godna”.

Nie godność bowiem powstańcy odzyskali – upokorzenie godność znieważa, lecz jej przecież nie odbiera – lecz wolność. Na krótko i w bardzo ograniczonym zakresie – lecz wydaje się intuicyjnie oczywiste, że dla jej pozbawionych stanowiła wartość tak ogromną, że warto było dla niej poświęcić życie własne i innych.

Zryw miał także, w wybaczalnie egzaltowanej retoryce powstańczej odezwy Mordechaja Anielewicza, i dalece mniej – rocznicowej celebry, moralnie wstrząsnąć światem i sprawić, że stanie się lepszy. Wstrząs ten miał także raz na zawsze delegitymizować antysemityzm i tym samym sprawić, że nie stosunki polsko-żydowskie i Polska w ogóle staną się lepsze, ale poprawi się wszędzie los uwolnionych od antysemityzmu Żydów.

Powstańcy byli polskimi patriotami: byli przekonani, że przyczyniają się do przyszłego zwycięstwa Polski, i że Polska, która z tego zwycięstwa powstanie, będzie lepsza.

Część z nich była syjonistami i ci byli przekonani, że przyczyniają się do powstania przyszłego niepodległego państwa żydowskiego, które stanie się dla innych moralnym wzorem, „światłem dla narodów” w słowach proroka.

Jedni naczytali się Żeromskiego, drudzy Ahada ha-Am, ale byli przekonani, że głębia moralnego upadku ludzkości, z którą walczyli, niemal automatycznie zapewni wzlot jej moralnego odrodzenia. Mało tego: ludzkość, odżegnując się od dalszego prześladowania Żydów za ich pochodzenie, z równą odrazą odnosić się odtąd będzie do wszelkiego rasizmu. „Powstanie jedna rasa: ludzie szlachetni”, konkludował Broniewski w swym wierszu „Żydom Polskim”, przejmująco odczytanym przez Józefa Duriasza podczas tegorocznych niezależnych obchodów gettowej rocznicy.

Bez trudu jednak możemy stwierdzić, że

nadzieje te okazały się w znacznym stopniu płonne.

„po Sarajewie, po Srebrenicy” – pisał w swej książce o Bośni amerykański dziennikarz David Rieff – „wiemy już, co znaczy »nigdy więcej«. Znaczy, że nigdy więcej nie będą Niemcy mordować Żydów podczas II wojny światowej. Niczego więcej nie znaczy”.

Tak się złożyło, że ja też to zrozumiałem w oblężonym Sarajewie i wśród ofiar Srebrenicy, ale oznacza to jedynie, żeśmy z Reiffem byli ślepi i głusi na wcześniejsze dowody jałowości tego hasła, od Algierii czy Biafry po Indonezję i Kambodżę, by pozostać przy kolejności chronologicznej i alfabetycznej zarazem przypadkowo dobranych dowodów. Przy wszystkich tych przykładach można było uciekać się do chromych usprawiedliwień, że rozgrywały się gdzie czy kiedy indziej, a więc nas niewystarczająco angażowały moralnie.

Ale od kilku lat mieszkamy w Europie, w której naszą reakcją na doroczną śmierć tysięcy ludzi w wodach Morza Śródziemnego, podczas rozpaczliwych prób ratowania życia, jest głównie wymyślanie sposobów na to, by prześladowanym te ucieczkę jeszcze bardziej utrudnić.

Tego obrazu nie zmienią heroiczne wysiłki niektórych organizacji, wyławiających – ku wrogości rządów i części opinii publicznej – uchodźców z morza, czy nadludzkie wysiłki lekarzy z Lampedusy czy mieszkańców greckich wysp.

Metod – za pośrednictwem naszych demokratycznie wszak wybranych rządów – imamy się różnych: od finansowania przez rząd włoski w Libii gangów, które uchodźców zamykają w obozach, gdzie są torturowani, kobiety gwałcone, a potem sprzedawani w niewolnictwo, po obrabowywaniu ich, jeśli przekroczą mimo wszystko nasze granice, z pieniędzy, które udało im się ocalić. Dzieje się tak na mocy prawa w Szwecji, a ostatnio w Austrii, zaś na mocy bezprawia na całym szlaku ich wędrówki. Polska, odmawiając przyjęcia choć jednego uchodźcy, może się zarazem szczycić, że ich za to nie torturuje i grabi.

Wydawać by się mogło, że

ta europejska postawa pozbawia nas prawa nie tylko do powoływania się na spuściznę powstańców, ale wręcz do potępiania postępowania szmalcowników, którzy z grabienia bezbronnych uczynili sobie proceder.

Ale choć w Polsce to akurat potępienie wydatnie osłabło, to dzieje się to z innych powodów – a na gloryfikację rzekomego odzyskania przez powstańców godności żadnego nie wywarło wpływu. Jak by jednak nie było, jest oczywiste, że oczekiwania powstańców na moralne odrodzenie ludzkości zostały w całej rozciągłości zawiedzione.

Spełniły się nadzieje na odrodzenie Polski i powstanie Izraela, ale stałoby się to i tak, nawet gdyby powstańcy nie walczyli.

Losy polityczne obu państw ułożyć się miały zaskakująco podobnie.

Polska z komunistycznej, zależnej dyktatury stałą się państwem liberalnym, a następnie również nacjonalistycznym; Izrael z socjalistycznej niepodległej demokracji (nie mylić z „demokracją socjalistyczną” będącą demokracji zaprzeczeniem też stałą się państwem liberalnym, a następnie także nacjonalistycznym.

Oba państwa zawdzięczały swe istnienie podbojowi, rozmaicie uzasadnianemu, ziem z których wygnano innych; żadne nie stało się moralnym wzorem dla świata. Izrael jednak, oraz Polska, odkąd znów niepodległa, nie są gorszymi państwami od demokratycznej średniej, zaś pamięć o przeszłości bywa, zwłaszcza w Izraelu, podstawą do stawiania państwu wysokich wymogów etycznych i publicznego jego potępienia, gdy wymogów tych nie spełnia.

Nie zmienia to w niczym faktu, że w Polsce po wojnie nadal mordowano Żydów, a w Izraelu, po kolejnych wojnach, nisko się ceni życie przeciwnika. W obu krajach, zwłaszcza od ich nacjonalistycznych zwrotów, rasizm stał się pełnoprawnym uczestnikiem publicznej debaty.

Wydaje się więc jasne, że powstanie poniosło klęskę nie tylko dosłowną, ale także metaforyczną. Nie ocaliło Żydów i nie poprawiło świata. Dlaczego więc jego rocznica budzi w Polsce nadal tak wielkie emocje i jest politycznie ważnym wydarzeniem?

Nie dzieje się tak ze względu na wpływy polityczne Żydów w Polsce, bo są oni mniejszością nieliczną i wpływów takich pozbawioną. Nawet jednak w USA, gdzie żydowska diaspora istotnie pewne wpływy posiada, rocznica powstania nie jest znaczącym wydarzeniem, inaczej niż dzień pamięci o Zagładzie i rocznica niepodległości Izraela (które z kolei w Polsce wielkiego znaczenia nie mają). Ale w Polsce Żydzi są politycznie znaczący w sposób pośredni: z czyjegoś stosunku do Żydów można z dużą dozą prawdopodobieństwa wydedukować jego poglądy polityczne: antysemici często są też antydemokratyczni, religijnie fundamentalistyczni, antyeuropejscy, homofobiczni, mizoginiczni – i vice versa.

Dlatego wszelkie wydarzenia związane z Żydami są w Polsce ważne – bo pozwalają obu zwalczającym się polskim plemionom policzyć się i wzajemnie napiętnować.

Ten wewnętrzny, polsko-polski spór, niewiele ma do czynienia z Żydami, acz znakomita większość polskich Żydów odnajduje się po jego liberalnej stronie – choć przewodniczący TSKŻ Artur Hofman w sposób spektakularny opowiedział się w nim po stronie przeciwnej, co kosztowało go votum nieufności ze strony wszystkich innych organizacji żydowskich.

W sporze tym chodzi jednak o to, jaka będzie Polska; to zaś, co w niej będzie z Żydami, jest ubocznym, choć istotnym, elementem pochodnym tego wyboru. To wyjaśnia, dlaczego powstanie w getcie jest tak samo znaczące jak inne związane z Żydami wydarzenia – ale nie, dlaczego jest ważniejsze.

Po części jego ranga związana jest z postacią Marka Edelmana,

który w swej biografii łączy Bund, powstanie w getcie, powstanie warszawskie, odmowę poparcia nowej władzy, opozycję demokratyczna, Solidarność przez duże S – i te przez małe, bez której ani ta druga, ani żadna nadzieja na sprawiedliwszy świat nie byłaby możliwa.

W świecie, w którym autorytety się zużywają jak jednorazowe ściereczki, jego postaci nie udało się, mimo licznych prób, upodlić. Marek bywał nieznośny i bezmyślnie uparty, potrafił krzywdząco potępić, coś zmyślić, a coś ważnego zataić. Tym nie różnił się od nas wszystkich. Ale udało mu się sprawdzić, czy istotnie wierzy w to, w co wierzył, że wierzy: w wolność, solidarność, braterstwo. Nie tylko raz, w gruzach getta, ale przez całe swoje życie. Niewielu miało w naszych spokojniejszych czasach to szczęście, by stanąć w obliczy takiej próby. Jeszcze mniej wyszło z niej zwycięsko. Spuścizna Marka nie tylko wskazuje kierunek, ale i zobowiązuje.

Ale żywą pamięć o powstaniu zawdzięczamy Markowi z jednego jeszcze powodu.

On bowiem uosabiał – często banalizowaną i rozmienianą na drobne w bezmyślnej politycznej retoryce – zdumiewającą cechę powstania: że było ono żydowskie i polskie zarazem.

Żydowskie przez postaci jego bojowników i tych, których, których bronili, przez cele, o osiągnięciu których marzyli i języki – żydowski i hebrajski – w jakim wymawiali swe ostatnie słowa.

Polskie przez apel do polskich towarzyszy broni, i odzew, z jakim mimo wszystko się ze strony Kedywu i Gwardii Ludowej spotkał.

Polskie przez miejsce, w którym się rozegrało i w którym rozgrywa się jego pamięć.

Polskie przez swoją beznadziejną straceńczość.

Było żydowskie i polskie w momencie, w którym nie było już tak, jak chciał Broniewski: „Wspólny dom nam spalono i krew przelana nas brata”. Spalono wówczas żydowski dom; na polski miał przyjść czas w rok później.

A oprócz krwi, która brata, była też krew bezbronnych, która w bratobójczy sposób bywała przelewana. Gdy getto ginęło, drogi obu narodów już się rozchodziły. I nie połączyły się więcej.

Tak było – ale to nie powód, żeby się z tym pogodzić.

Nie chodzi już tylko o to, by dać odpór tym, którzy polskich Żydów wykluczają ze społeczności Polaków, albo przyjmują ich tam tylko warunkowo i na próbę, a najchętniej jedynie martwych. Wielu polskich Żydów nie czuło się Polakami i nie należy ich na siłę polonizować ani odmawiać im prawa do własnej odrębnej tożsamości. Inni Polakami się czuli, i dziś czują, i ani nie umniejsza to ich tożsamości żydowskiej, ani też przed nikim nie muszą zadawać z polskości egzaminu.

Same te toporne próby przykrojenia żywych tożsamości żywych ludzi do topornych cudzych wyobrażeń o tym, co można a czego nie można, budzą obrzydzenie i sprzeciw.

Kiedy stosuje się je wstecz, wydając pomordowanym dowody takiej czy innej tożsamości – a tych, którzy nie pasują, wydalając, bo już ich nie można po prostu wydać – znieważa się i martwych, i żywych.

Gdy uznajemy rocznice powstania za dzień dla nas ważny, także i wobec tego wyrażamy protest.

Chodzi jednak o coś nawet większego. O stałą świadomość, że walka powstańców nie zakończyła się z ich klęską, ani z kolejnymi ich klęskami. O to, że za każdym razem, gdy milczymy wobec czyjejkolwiek dyskryminacji czy prześladowania, wobec ranienia czyjejkolwiek godności – przyczyniamy się do ich kolejnej klęski. Że odkąd oni chwycili za broń przeciwko temu, co jest logiczną konsekwencją każdego rasizmu, nikt nie może udawać, że nie wie, o co się toczy ta walka.

Wiemy już, że powstańcy nie mogą wygrać. Ale tylko od nas zależy, czy znowu przegrają.

* Konstanty Gebert, założyciel i pierwszy dyrektor warszawskiego biura think tanku ECFR (European Council on Foreign Relations), w latach 70. współpracownik KOR, w latach 80. publicysta (ps. Dawid Warszawski) podziemnej „Solidarności”, sprawozdawca rozmów Okrągłego Stołu (książka „Mebel”), wspierał Tadeusza Mazowieckiego jako specjalnego wysłannika ONZ do Bośni (1992-1993; książka „Obrona poczty sarajewskiej”), jeden z animatorów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce (założyciel pisma „Midrasz”, 1997), specjalizuje się w tematyce bliskowschodniej, opisuje naruszanie praw człowieka w wielu miejscach świata. Babcia Konstantego Geberta zginęła w warszawskim getcie.

OKO sprawdza, czy politycy mówią prawdę o historii.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press