Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Angelika Pitoń, OKO.pressAngelika Pitoń, OKO....

Kontrola bezpieczeństwa, potem schodami na górę, na drugie piętro, pod numer 212. To największa sala rozpraw, jaką dysponuje tarnowski Sąd Rejonowy. Dziennikarze, studenci, obrona, prokuratura, świadkowie i sędzia.

To stąd od dwóch miesięcy relacjonujemy w OKO.press sprawę bez precedensu. Po raz pierwszy w historii polskiego prawa przed sądem staje biskup oskarżony o granie na zwłokę i niezawiadomienie na czas organów ścigania o czynach pedofilskich duchownych z diecezji, na której czele stoi.

To historia o tym, czy kler podlega polskiemu prawu. I co jest ważniejsze: prawo kościelne czy prawo stanowione.

Prokurator Marcin Stępień wskazuje bowiem, że gdyby biskup Andrzej Jeż powiadomił prokuraturę o sprawie wtedy, kiedy przesłał dokumenty dotyczące dwójki księży-pedofilów do Watykanu, nawet 23 osoby mogłyby dociekać sprawiedliwości przed sądem. Kuria złożyła zawiadomienie rok później; sprawy zdążyły się przedawnić, a księża uniknęli kary. Zgodnie z nowelizacją kodeksu karnego z 2017 roku kuria miała obowiązek zrobić to „niezwłocznie”, pod groźbą kary więzienia.

Zbigniew Ćwiąkalski, minister sprawiedliwości w pierwszym rządzie Donalda Tuska, a dziś obrońca biskupa Andrzeja Jeża, dziennikarzom mówi: „Biskupa obowiązywał sekret papieski [zniesiony w przypadku pedofilii przez papieża Franciszka dopiero w grudniu 2019 roku. Dotyczył on zakazu udostępniania dokumentów władzy cywilnej i badanie najpoważniejszych przestępstw wewnątrz kościoła – przyp.red]. Kościelne przepisy wymagały, żeby biskup najpierw o sprawie powiadomił Watykan. A ten sprawę analizował rok, stąd powiadomienie prokuratury dopiero wtedy”.

Molestował dzieci. Przed sądem mówi o „jakichś tam donosach”

Sądowe postępowanie zmierza ku końcowi. Na szóstej rozprawie przed sądem stanął Stanisław P., któremu prokuratura w Tarnowie udowodniła molestowanie co najmniej 77 dzieci i nastolatków, niemających osiemnastu lat.

„Jeśli chodzi o wykorzystanie seksualne nieletnich, to sprawa księdza Stanisława może być jedną z najbardziej przerażających w polskim Kościele” – pisał Szymon Piegza, dziennikarz Onetu zajmujący się sprawami pedofilii wśród księży, który w 2021 nagłośnił skalę przemocy i molestowania, jakiej przez lata dopuszczał się ksiądz Stanisław. Rok wcześniej sprawę ujawnił ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

Wydalony ze stanu duchownego za pedofilię ksiądz Stanisław zeznaje przed sądem w Tarnowie. Fot. Angelika Pitoń, OKO.press

Ksiądz Stanisław ma 73 lata. Został wydalony ze stanu duchownego w 2023 roku. Pierwsze sygnały w sprawie molestowania dzieci kuria odebrała dwadzieścia lat wcześniej. Do biskupa przyszła grupa rodziców i zgłosiła, że ksiądz proboszcz dotyka dzieci na lekcji religii.

„Jakieś tam były donosy, więc poprosiłem o roczny urlop” – mówi o tamtym zgłoszeniu Stanisław. Dopytywany przez sąd, czego one dotyczyły, rzucił krótko: „że tam gdzieś molestowałem jakiś chłopców”.

Więcej nie pamięta. Wie za to, że nikt go o odejście nie prosił. Nie kierował do specjalisty. I wbrew temu, co do tej pory zeznawali przed sądem kościelni hierarchowie, w tym biskup Wiktor Skwroc, były metropolita katowicki – nikt nie informował, że wszczyna kościelne postępowanie w jego sprawie. Nie przesłuchiwano go, nie dopytywano o to, co działo się na lekcjach religii w Woli Radłowskiej.

Nie mówi „przepraszam”, „żałuję”. Tylko: „Zabrano mi władzę”.

Stanisław po roku urlopu wrócił – tym razem z zadaniem budowy kościoła w Ukrainie. Na misji za wschodnią granicą Polski, w Gródku Podolskim, spędził sześć lat.

Wrócił, Witkor Skworc skierował go do Krynicy-Zdroju. Tam prowadził czynną posługę kapłańską, uczył nawet religii w szkole. Dopiero po kilku latach do Polski dotrą informacje, że w Ukrainie ksiądz również molestował chłopców. To właśnie ta historia da podstawę pod oskarżenie następcy Skworca, bp. Andrzeja Jeża, który nie powiadomił organów ścigania o aktach pedofilskich, tylko czekał. Choć miał do dyspozycji utajnione dla prokuratury i organów ścigania dokumenty z wcześniejszych lat potwierdzające, że do kurii regularnie wpływały informacje o czynach księdza.

Przeczytaj także:

Jak 15 kwietnia zeznał przed sądem Stanisław, z Krynicy-Zdroju po dwóch latach go „ewakuowano”. Dlaczego? „Wynikł znowu jakiś donos, ze starszych lat.

Biskup Skworc zabrał mi władzę

i polecił, żebym znalazł sobie mieszkanie”.

„To, o czym będę pisał, wydarzyło się ponad 20 lat temu, kiedy miałem ok. 13 lat. W naszej parafii był wikary, ksiądz Stanisław P. Jego pobyt był dziwnie krótki – około jednego roku, może trochę więcej, gdy inni byli po dwa lata. [...] Po jednej z mszy ks. Stanisław zaprowadził ministrantów pod wikarówkę. Zaprosił mnie do swojego pokoju. Nie bardzo chciałem iść, ale pamiętam, jak się wstydziłem powiedzieć »nie«! W swoim pokoiku posadził mnie na kolanach i włożył mi prawą rękę do spodni” – to fragment listu, który wówczas trafił do tarnowskiej kurii. Był 2010 rok.

Watykan oraz tarnowska kuria sprawę badały trzy lata. Z pominięciem prokuratury.

Wewnętrzne postępowanie kościelne stwierdzało winę księdza i nałożyło na niego 10-letni zakaz sprawowania sakramentów, bezterminowy zakaz katechizowania oraz pracy z dziećmi i młodzieżą, zakaz przyjmowania urzędów kościelnych i obowiązek poddania się terapii. Informację tę i dekret skazujący księdzu Stanisławowi wręczył bp Andrzej Jeż, który został biskupem tarnowskim w 2012 roku.

Stanisław już wtedy mieszkał w Domu Księży Emerytów w Tarnowie. To tam spędził prawie szesnaście lat, jak mówi, do 7 stycznia 2026 roku. Skierował go tam bp Skworc. Jak wyznał przed sądem były duchowny, oficjalnie skierowano go tam „do pomocy”.

Zapłacił w dolarach. „Rekompensata za wyrządzone zło”

Stanisław przed sądem przyznał, że sprawa z 2010 roku zakończyła się wypłaceniem pokrzywdzonemu rekompensaty. Ksiądz dał byłemu ministrantowi pięć tysięcy dolarów. Ale historia wróciła. A razem z nią – inni pokrzywdzeni.

18.02.2026 Tarnow , Sad Rejonowy . Ruszyl proces biskupa Andrzeja Jeza . Ordynariusz diecezji tarnowskiej jest oskarzony o niezawiadomienie na czas organow scigania o przestepstwach pedofilskich podleglych mu ksiezy .
fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.pl
Budynek sądu, w którym toczy się proces bpa Andrzeja Jeża. Fot. Jakub Włodek/Agencja Wyborcza.pl

W 2019 roku do Tarnowa docierają dokumenty z Ukrainy o molestowaniu chłopców. Sprawa trafia do Watykanu. A do prokuratury – wbrew obowiązującemu w Polsce prawu nakazującemu biskupowi „niezwłoczne” poinformowanie o czynach pedofilskich, dopiero w sierpniu 2020 roku. „Przypadkiem” zbiegło się to z upublicznieniem historii pokrzywdzonego, nadawcy listu do kurii z 2010 roku, przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego. Kuria dwa tygodnie później zawiadomiła prokuraturę o molestowaniu. Oficjalnie nie z powodu ewentualnych nacisków medialnych, a rozpatrzeniu sprawy przez Watykan.

Sąd Kościelny dopiero w 2023 roku zakończył badać sprawę księdza Stanisława, wydalając go ze stanu duchownego. Kościół pozwolił mu jednak na mieszkanie w Domu Księży Emerytów, przez prawie trzy lata. Sprawę równolegle badała tarnowska prokuratura. Potwierdził molestowanie 95 osób, w tym co najmniej 77 nieletnich. Stanisław kary się jednak nie doczekał, bowiem sprawa się przedawniła.

Co jest gorsze: wyrzucenie z kościoła czy więzienie?

„Która kara jest surowsza: wydalenie ze stanu duchownego czy osadzenie w więzieniu?” – pytał 15 kwietnia prokurator Marcin Stępień.

Stanisław odpowiada: „Wydalenie było dla mnie straszne”.

Prokurator dalej: "Świadek wie, że w polskim prawie, które obowiązuje nas wszystkich, za czyny, których się ksiądz dopuścił i za które został skazany, grozi kara pozbawienia wolności?

Duchowny długo nie odpowiada. W końcu mówi cicho: „Ja nie zniósłbym tego”.

Stanisław przed sądem wyznał, że z biskupem Andrzejem Jeżem rozmawiał może raz. Krótko, przez 2-3 minuty, kiedy prosił go o możliwość odprawienia mszy. Były ksiądz w ciągu zaledwie 40-minutowego przesłuchania przed sądem obnażył system działania polskiego kościoła. Przyznał, że mimo pojawiających się kolejnych oskarżeń o pedofilię, nie był konfrontowany z zarzutami, nie był wzywany do biskupa, nikt nie obligował go do tłumaczeń.

Zeznania księdza Stanisława P. w tarnowskim sądzie to pierwszy moment, w którym ten publicznie odnosi się do oskarżeń o pedofilię. Mężczyzna był już wzywany do sądu i pojawił się w budynku. Po próbie rozmowy dziennikarzy (w tym OKO.press) z księdzem, ten miał zasłabnąć. Wezwano karetkę, a księdza Stanisława zwolniono wówczas ze stawiennictwa przed sądem.

Proces biskupa Jeża. Zawinił jeden ksiądz czy system?

Oskarżony biskup Andrzej Jeż nie pojawia się na rozprawach. Na sali nie ma również innych przedstawicieli kościoła, z wyjątkiem wzywanym przez sąd świadków. W sądzie nie ma też mediów katolickich, które relacjonowałyby proces.

Obrona biskupa, z mec. Ćwiąkalskim na czele, zawnioskowała o przesłuchanie ostatnich świadków, dwójki pracowników kuratorium, którzy mogli mieć wiedzę o pierwszym zgłoszeniu pedofilii Stanisława, jeszcze z 2002 roku. Termin rozprawy wyznaczono na 11 czerwca.

18.02.2026 Tarnow , Sad Rejonowy . Biskup Andrzej Jez (z tylu) przed rozpoczeciem procesu . Ordynariusz diecezji tarnowskiej jest oskarzony o niezawiadomienie na czas organow scigania o przestepstwach pedofilskich podleglych mu ksiezy .
fot. Jakub Wlodek / Agencja Wyborcza.pl
Biskup Andrzej Jeż (z tytułu) z trójką swoich obrońców. Fot. Jakub Włodek/Agencja Wyborcza.pl

Obrona próbuje udowodnić przed sądem, że sprawa i problem ma charakter systemowy.

„Osobiście uważam, że mamy tutaj do czynienia ze swego rodzaju sytuacją kozła ofiarnego” – mówił nam w lutym Zbigniew Ćwiąkalski. „Trzeba było kogoś pierwszego oskarżyć, zarzucić mu, że nie zgłosił sprawy niezwłocznie. Tyle że kodeks nie określa, co właściwie to »niezwłocznie« znaczy” – twierdził. Ćwiąkalski, pytany, czy doszło tutaj do uznania wyższości prawa kościelnego nad stanowionym, powiedział, że to zadanie bardziej dla filozofów prawa. „Według polskiego prawodawstwa przestępstwo należy zgłosić. Ale czy niezwłocznie również oznacza, że najpierw można wyczerpać drogę kościelną i potwierdzić, że doszło do popełnienia przestępstwa, zweryfikować doniesienie i dopiero potem powiadomić prokuraturę? W naszej opinii właśnie tak” – odparł mecenas.

Na zdjęciu Angelika Pitoń
Angelika Pitoń

Dziennikarka OKO.press. Pisze o prawach pracowniczych, lokatorskich i sprawach społecznych. Absolwentka Szkoły Praw Człowieka przy HFHR. Finalistka nagrody im. Dariusza Fikusa za dziennikarstwo najwyższej próby, Pióra Nadziei Amnesty International czy Korony Równości Kampanii Przeciw Homofobii. W latach 2017-2025 związana z "Gazetą Wyborczą".

Komentarze