Dzień po ujawnieniu morderstwa dziennikarza premier Fico pojawił się na konferencji z milionem euro nagrody za wykrycie sprawcy. Ale paczki banknotów zamiast uspokoić rozsierdziły opinię publiczną, bo kojarzyły się z mafią. Fico ustąpił, ale nie stracił humoru. Ludzie mają dość i demonstrują na rzecz "Przyzwoitej Słowacji". Tylko nie wiadomo, kto ją stworzy

Po dwutygodniowych protestach w całym kraju słowacki premier Robert Fico podał się w czwartek 15 marca do dymisji. Jego następcą został Peter Pellegrini – dotychczasowy wicepremier z kierowanej przez Fico socjaldemokratycznej partii Smer (Kierunek), który ma utworzyć nowy rząd na bazie obecnej koalicji.

Wszystko zaczęło się, gdy 25 lutego znaleziono zastrzelonych 27-letniego dziennikarza śledczego Jana Kuciaka i jego narzeczoną Martinę Kušnírovą (oboje na zdjęciu żałobnym). Kuciak zapewne zapłacił życiem za tropienie powiązań włoskiej mafii ‚Ndranghety ze słowackim urzędnikami i politykami. Premier Robert Fico lider partii Smer, która rządzi w Słowacji od roku 2006 z ogromną przewagą, został oskarżany o tolerowanie w kraju mafijnego układu.

Przez trzy tygodnie grał na zwłokę, kontratakował, kręcił.

Fico w świetnym humorze

Mimo ewidentnej porażki Fico tryska dobrym humorem. Wręczając swoją dymisję prezydentowi Andrejowi Kisce coś mu szepnął do ucha i ujął przyjaźnie za łokieć, co większość obserwatorów odczytała słusznie jako drwinę. A żeby nikt nie miał co do tego żadnych wątpliwości, Fico oświadczył zebranym dziennikarzom:

„Powiedziałem panu prezydentowi – nie martw się, ja nigdzie nie odchodzę, chcę być aktywnym przewodniczącym Smeru”.

W krótkim oświadczeniu zapowiedział, że jako szef tej partii i jako członek rady koalicji będzie „czuwał nad Pellegrinim i jego rządem”. Nie ma najmniejszej wątpliwości, że nadal będzie miał decydujące słowo w najważniejszych sprawach kraju, kierując rządem z tylnego siedzenia. I żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości, Fico nawet nie oddał głosu nowemu premierowi, który niczym uczniak stał obok niego wyprostowany na baczność.

Pellegrini robi dobre wrażenie. I tyle

Peter Pellegrini to 42-letni ekonomista o sporym doświadczeniu politycznym: jest posłem już czwartej kadencji, był ministrem edukacji i przewodniczącym słowackiego parlamentu. Włoskie nazwisko ma po prapradziadku, który pod koniec XIX wieku przybył na Słowację, żeby budować linię kolejową, ale zakochał się w miejscowej dziewczynie, kupił dom i został.

Nowy premier od wielu lat należy do najbliższych współpracowników Roberta Fico i zawsze był lojalny: zgadzał się z nim, że obecne demonstracje mogą być spiskiem wymyślonym i opłacanym przez Sorosa, a także ręczył za uczciwość byłego wicepremiera i ministra spraw wewnętrznych Roberta Kaliňáka, który pod naciskiem masowych protestów na początku tygodnia został zmuszony do dymisji.

Ci, którzy Pellegriniego znają bliżej twierdzą, że „specjalizuje się w robieniu dobrego wrażenia”, ale późniejsze efekty są znacznie skromniejsze i w żadnej ze swych poprzednich funkcji nie odniósł spektakularnych sukcesów.

Jego pierwsze wypowiedzi brzmią dla Polaków znajomo. Premier „nie pozwoli na oczernianie Słowacji”,

bo przecież jeszcze przed paru tygodniami „była uznawana za kraj sukcesu”. Takie słowa raczej nie wróżą mu powodzenia w uspokojeniu nastrojów tym bardziej, że wzburzenie społeczne wcale nie opada i w piątek (16 marca) w 40 miastach, także małych, odbędą się kolejne demonstracje.

Taňa Sedlaková z ruchu „Przyzwoita Słowacja”

„Słowacji nie potrzeba rekonstrukcji rządu, tylko rekonstrukcji zaufania do państwa” – napisał w dzienniku „Sme” znany słowacki publicysta Michal Havran. I dodał, że „stabilizacja za wszelką cenę jest równie destrukcyjna jak chaos”.

„Wymiana dwóch ministrów nie zmieni kultury działania instytucji” – w niezależnym „Denniku N” wtóruje mu Taňa Sedlaková. Ta drobna, 30-letnia blondynka, nauczycielka i socjoterapeutka zajmująca się dialogiem międzypokoleniowym, jest jedną z głównych organizatorek protestów w ramach ruchu „Przyzwoita Słowacja”.

Tacy młodzi ludzie jak Taňa mają już dość korupcji i zamiatania pod dywan kolejnych afer, a także politycznej hipokryzji.

Brutalne morderstwo dziennikarza Jána Kuciaka i jego partnerki Martiny Kušnírovej stanowiło katalizator protestów – bo tak straszna śmierć rówieśnika mocno przemawia do wyobraźni – ale przyczyny oburzenia są znacznie głębsze. Marsze pamięci szybko przerodziły się w marsze protestu, a Fico wpadł w panikę.

Fico pogrążył się milionem euro

Robert Fico początkowo nie docenił skali społecznego wzburzenia i zapewne sądził, że – jak kilka razy wcześniej – uda mu się przeczekać. Tym razem jednak zawiódł go instynkt, podpowiadający sprytnemu politykowi same złe pomysły. Już pierwsza konferencja prasowa Fico – następnego dnia po ujawnieniu morderstwa dziennikarza – na której pokazał milion euro nagrody za wykrycie sprawcy, zamiast uspokoić opinię publiczną tylko jeszcze bardziej ją rozjątrzyła.

Powiązane paczki banknotów kojarzyły się bowiem raczej z mafią niż z praworządnym państwem.

A zwlekanie z dymisją szefa MSW – który na dodatek kilkakrotnie oskarżany był o udział w różnych niezbyt czystych biznesach czy wręcz w korupcyjnych aferach – tylko dolewało oliwy do ognia. Dziś nawet dymisja samego premiera może nie wystarczyć do uratowania pozycji Smeru.

Bo poparcie dla tej partii spada na łeb na szyję.

W ciągu ostatniego tygodnia Smer stracił około 5 pkt proc. poparcia i zszedł poniżej 20 proc.. Tracą też rykoszetem pozostałe partie rządowej koalicji: nacjonalistyczna Słowacka Partia Narodowa (SNS) i centrowy Most. Gdyby dziś odbyły się przedterminowe wybory (o co apeluje prezydent Kiska), ta trójca nie miałaby szans na większość w parlamencie. Dlatego

za wszelką cenę chcą przeczekać u władzy obecny kryzys i spróbować odzyskać społeczne zaufanie. Ale będzie to strasznie trudne, bo ledwie 13 proc. społeczeństwa chciałoby dziś trwania obecnego układu politycznego i można wątpić, czy to się zmieni.

Zarówno w Smerze, jak i w Moście trwają wewnętrzne debaty. Reprezentująca tę drugą partię minister sprawiedliwości Lucia Žitňanská – nazywana „sumieniem rządu” – już zapowiedziała, że nie wejdzie w skład nowego gabinetu, a moralny autorytet tej partii, psycholog i polityk František Šebej wręcz złożył mandat poselski w proteście przeciw dalszemu trwaniu obecnej koalicji.

Ale ani opozycja – jak wyjaśniał na łamach OKO.press wybitny publicysta Martin M. Šimečka – nie jest gotowa do nowych wyborów. Na razie sytuacja jest więc taka, że Fico odchodzi, rząd (w większości) zostaje, a kryzys się nie kończy.

Utrzymać mobilizację społeczną

„Paradoksalnie sytuacja jest trudniejsza niż w 1989 roku, bo wtedy cele rodziły się stopniowo” – mówi mi socjolog i pisarz Martin Butora, dziś doradca prezydenta Andreja Kiski, a przed trzydziestu laty jeden z liderów Aksamitnej Rewolucji w Bratysławie. – „Ale trzeba wytrzymać i nie tracić stanowczości, odwagi do działania.

Nie będzie łatwo po raz kolejny zapełnić place, ale trzeba to zrobić – dla dobra naszych dzieci i wnuków”.

I cytuje „Sonet 66” Szekspira, którego słowacki przekład zabrzmiał podczas demonstracji w ubiegły piątek:

„(…) Jak zacność bezskutecznie odpiera potwarze,

Jak moc pospólną trwoni nieudolna władza,

Jak sztuce zatykają usta jej wrogowie,

Jak naukę w pacht biorą ignorantów stada,

Jak prosta prawdomówność głupotą się zowie,

Jak dobro złu na sługę najwyżej się nada (…)”.

(przekład Stanisława Barańczaka)

„To jest przesłanie słowackich protestów!” – mówi Butora. Dziś znowu zabrzmiało w Bratysławie.

*Andrzej S. Jagodziński, dziennikarz, i korespondent m.in. RWE i „Wyborczej”, dyplomata (radca w Ambasadach w Pradze i Bratysławie), dyrektor Instytutu Polskiego w Pradze, tłumacz m.in. książek Havla, Skvoreckiego, Kundery, Hrabala


Masz cynk?