14 stycznia 2021

Zagrożony wyginięciem nawet gawron. Jest nowa "Czerwona lista ptaków Polski"

Najnowsza "Czerwona lista ptaków Polski" to niewesoła lektura. Zagrożona wyginięciem jest 1/5 gatunków ptaków rozmnażających się w Polsce. Nawet, wydawałoby się, pospolite gawrony. W najgorszej sytuacji są ptaki zamieszkujące doliny rzeczne i mokradła

"Nie dosyć, że jest źle, to jest jeszcze gorzej niż 18 lat temu, w 2002 roku, kiedy opublikowana została poprzednia »Czerwona lista«. Choćby dlatego, że obecnie 20 proc. gatunków lęgowych ptaków grozi w naszym kraju wyginięcie" - mówi OKO.press ornitolog dr hab. Przemysław Chylarecki, jeden z autorów opublikowanej niedawno przez Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków (OTOP) nowej edycji "Czerwonej listy ptaków Polski".

Chylarecki dodaje: "Jeśli nic się nie zmieni te gatunki przestaną u nas gniazdować i - w najlepszym przypadku - niektóre z nich będą się u nas pojawiać jedynie jako ptaki przelotne lub okazyjnie zalatujące".

Czerwone listy to opracowania, w których analizowane jest ryzyko wymarcia gatunków. Ostatnie w Polsce zostało wydane w 2002 roku. Najnowsza edycja dotycząca ptaków powstała dzięki współpracy OTOP naukowcami z Muzeum i Instytutu Zoologii PAN oraz z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.

"Jesteśmy już w momencie, w którym musimy okiełznać naszą żądzę zarabiania pieniędzy, zaboru ziemi, czy intensyfikacji gospodarki, bo gatunki naprawdę wymierają. To się dzieje tu i teraz, również w Polsce, to nie jest żadna abstrakcja czy historie ograniczone do lasów równikowych" - ostrzega naukowiec.

Dr hab. Przemysław Chylarecki jest ornitologiem specjalizującym się w biologii i ekologii ptaków siewkowych, a także ochronie ptaków i ich siedlisk. Pracuje w Muzeum i Instytucie Zoologii Polskiej Akademii Nauk. Jest współzałożycielem Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (OTOP) oraz Fundacji Greenmind, członkiem Komitetu Biologii Środowiskowej i Ewolucyjnej PAN. Był członkiem Państwowej Rady Ochrony Przyrody do czasów tzw. „dobrej zmiany”.

Poniżej cała rozmowa z ornitologiem.

Robert Jurszo, OKO.press: Z lektury najnowszej "Czerwonej listy ptaków Polski", której jesteś współautorem, dowiadujemy się, że obecnie 47 gatunków zagrożonych jest wymarciem, z czego 12 zakwalifikowano jako krytycznie zagrożone. "Ich przetrwanie w naszym kraju wisi na przysłowiowym włosku” - czytamy. Czy naprawdę w Polsce z ptakami jest tak źle?

Dr hab. Przemysław Chylarecki: Nie dosyć, że jest źle, to jest jeszcze gorzej niż 18 lat temu, w 2002, kiedy opublikowana została poprzednia „Czerwona lista”. Choćby dlatego, że

obecnie 20 proc. gatunków lęgowych ptaków grozi w naszym kraju wyginięcie.

To znaczy, że jeśli nic się nie zmieni te gatunki przestaną u nas gniazdować i - w najlepszym przypadku - niektóre z nich będą się u nas pojawiać jedynie jako ptaki przelotne lub okazyjnie zalatujące.

Lista powstała w oparciu o kryteria Międzynarodowej Unii Ochrony Przyrody (IUCN), która dzieli listę zagrożonych wyginięciem na trzy kategorie: krytycznie zagrożonych wyginięciem, zagrożonych wyginięciem oraz narażonych na wyginięcie. Co decyduje o tym, do jakiej kategorii zalicza się dany gatunek?

Ogólnie rzecz biorąc, decyduje o tym tempo wymierania gatunku. Kryteria IUCN bazują na dwóch danych: prędkości spadku liczebności i na aktualnej liczebności danego gatunku. Przy czym bierze się tu perspektywę trzech ostatnich pokoleń. Jednak pokolenie pokoleniu nierówne. Na przykład, dla sikorki bogatki jedno pokolenie to rok lub dwa lata, a dla mew i innych ptaków siewkowych może to być 6-7 lat.

W stosunku do gatunków, które mają krótki okres wymiany pokoleń, przyjęliśmy po prostu okres dziesięcioletni jako przedmiot analizy. Trzy pokolenia to stosunkowo krótki przedział czasowy. Dlatego, przykładowo, na najnowszą czerwoną listę nie trafiła kuropatwa, bo jej populacja w Polsce, choć nieliczna, to na tym niskim poziomie zdążyła się ustabilizować.

Największym zaskoczeniem było dla mnie chyba to, że na czerwonej liście znalazł się gawron. Czyli, wydawałoby się, dość pospolity gatunek, niemal masowo występujący w parkach. Jak to się stało, że ten gatunek jest narażony na wyginięcie w Polsce?

Ulegamy pewnemu złudzeniu, że tych gawronów jest u nas dużo, ponieważ na zimę przylatują do nas gawrony z zagranicy. Ale one nie wyprowadzają lęgów, a nam chodzi o lokalną populację, która tutaj żyje na stałe, tutaj się rozmnaża i której wielkość w ciągu ostatnich 15-20 lat skurczyła się o 57 proc. Owszem, ta zalatująca populacja nielęgowa też się u nas skurczyła, ale, przypuszczalnie z powodu zmiany klimatu, bo Polska przestała być dla niej atrakcyjna jako zimowisko.

To jakie są przyczyny spadku lęgowej populacji krajowej gawronów?

Tak naprawdę – nie wiemy. Przyczyny dzielą się na dwie grupy: albo wyniki rozrodu są niedostateczne, albo przeżywalność jest niewystarczająca. Ale by móc powiedzieć coś więcej, to musielibyśmy mieć wyniki długoletnich badań populacyjnych, w których śledzi się losy wybranych osobników. Wtedy mielibyśmy wgląd w to, w czym jest problem. Ale dziś nikt takich badań nie robi, bo państwo nie chce ich finansować.

Są jakieś spekulacje, hipotezy robocze?

Gawrony żyjące w krajobrazie wiejskim preferują pastwiska i tereny z tzw. niską roślinnością zielną, czyli np. uprawy zbóż jarych, bo tam mogą się wyżywić. Tymczasem od kilkunastu lat powierzchnia takich obszarów spada: pastwiska zanikają a uprawy zbóż jarych są zastępowane przez oziminy. Obecnie obserwujemy przenoszenie się gawronów z obszarów wiejskich do miast. Ale tam spotykają się z niechęcią, bo kolonie tego gatunku są postrzegane jako źródło hałasu i zanieczyszczeń. Więc przepłasza się je z terenów zieleni miejskiej, takich jak parki, a nawet niszczy się ich lęgi.

W ten sposób gawron wpada z deszczu pod rynnę: ucieka z wiejskich pól do miast, gdzie z kolei jest zwalczany. A jednocześnie, z jakiegoś nieznanego nam powodu, ciągnie do człowieka, osiedla się w jego pobliżu, co tylko pogarsza jego sytuację.
Gawron. Fot. Rafał Komorowski / Wikimedia Commons

Na liście ptaków narażonych na wyginięcie znajdujemy też czernicę. W opracowaniu czytamy, że najważniejsze zagrożenia dla tej kaczki to utrata siedlisk i powiązany z tym spadek dostępności atrakcyjnego pokarmu oraz presja drapieżników. Ale wśród innych przyczyn wymienia się też polowania zbiorowe. Dlaczego?

To bardzo proste. Jeszcze w połowie sierpnia, gdy zaczynają się polowania m.in. na czernice oraz głowienki, te gatunki kaczek jeszcze wodzą młode, czyli opiekują się niesamodzielnym potomstwem. I to nie są jakieś marginalne przypadki, ale dotyczą nawet kilkudziesięciu procent populacji, w przypadku czernicy – nawet ponad 70 proc.

W polowaniach giną matki, co skazuje na śmierć osierocone młode. Odstrzał i nagonki rozpędzają stadka rodzinne, więc małe kaczuszki gubią się i też umierają.

W efekcie polowania obniżają produktywność populacji tych ptaków. Ten problem dotyczy również kaczek, na które polować nie można, ale którą giną przypadkiem. Mam tu na myśli np. narażoną na wyginięcie podgorzałkę, która jest mylona przez myśliwych z czernicą.

Warto pamiętać, że polowania na ptaki nie mają nic wspólnego z regulacją ich liczebności – co myśliwi często przywołują jako generalny argument za łowiectwem. W odróżnieniu od ssaków łownych, PZŁ nie monitoruje bowiem liczebności ptaków łownych i plany pozyskania łowieckiego ptaków są oderwane od wiedzy o zmianach ich liczebności.

Tym samym, polowania na ptaki należy tratować wyłącznie jako specyficzną formę spędzania wolnego czasu.
Samiec czernicy. Fot. Andreas Trepte / Wikimedia Commons

Rozmawialiśmy wcześniej o tym, że do Polski na zimowanie nie zalatuje już tyle gawronów co kiedyś, co jest efektem zmian klimatycznych. Czy za spadki populacji lęgowych ptaków opisanych w czerwonej księdze należy winić globalne ocieplenie, czy jest ono zagrożeniem dla ptaków w Polsce?

Oczywiście. Takie gatunki z czerwonej listy jak batalion, rożeniec, świstun, brodziec leśny czy biegus zmienny wycofują się z Polski prawdopodobnie właśnie z powodu ocieplania się klimatu. Zmiana klimatu największym zagrożeniem jest dla mieszkańców okresowo zalewanych łąk i pastwisk w dolinach rzek oraz mokradeł - ptaków siewkowych i kaczek.

Mam tu na myśli nie tylko gatunki wymienione wcześniej, ale także te wyprowadzające lęgi w starorzeczach - rybitwę czarną i rybitwę białoskrzydłą - ale też ptaki gniazdujące w korycie rzeki, na piaszczystych łachach, takie jak sieweczka obrożna, rybitwa białoczelna i mewa siwa. I inne, jak choćby cyrankę i płaskonosa, które gnieżdżą się na zalewowych łąkach, np. w dolinach Bugu czy Warty i nad Biebrzą.

W świetle „Czerwonej listy” to właśnie kaczki i ptaki siewkowe są najbardziej zagrożone ze wszystkich ptaków Polski.

Dlaczego zmiana klimatu jest zagrożeniem właśnie dla gatunków zamieszkujących doliny zalewowe rzek i mokradła?

Przez setki, jeśli nie tysiące lat, życie biologiczne, również ptasie, dolin rzecznych niżu Europy było napędzane przez wczesnowiosenne powodzie roztopowe. A one właśnie odchodzą w przeszłość, bo zimą już nie ma śniegu albo jest go mało, więc nie ma co się wytapiać. Nie podnosi się poziom wody, więc nadrzeczne łąki się przesuszają, co sprawia, że zaczynają być intensywniej rolniczo użytkowane. Takie suche łąki chętniej również penetruje lis w poszukiwaniu lęgów, którymi mógłby się pożywić.

Niepokojące rzeczy dzieją się również w korycie rzecznym. Ponieważ wczesną wiosną poziom wody się nie podnosi, to łachy i wyspy zachowują połączenie z lądem, przez co drapieżniki mają dostęp do lęgów gniazdujących na nich ptaków. Kolejnym zagrożeniem są gwałtowne powodzie, które jednak nie są efektem roztopów, ale nawalnych deszczy przychodzących w maju i czerwcu, kolejnego efektu zmian klimatycznych. Gwałtowna fala po prostu zmywa lęgi z łach i wysepek.

Czy w ciągu tych kilkunastu lat, które minęły od publikacji ostatniej "Czerwonej listy" straciliśmy w Polsce jakieś gatunki ptaków?

Niestety - trzy albo cztery gatunki. Między innymi szlachara, związanego z dużymi, czystymi jeziorami. Ostatnie lęgi stwierdzano na Jeziorze Wdzydze w Borach Tucholskich i na jeziorach Raduńskich na Kaszubach. Szlachar późno przystępował do lęgów, które wyprowadzał na jeziornych wyspach – robił to dopiero na początku maja. Cały okres wysiadywania jaj i wodzenia piskląt przypadał więc na okres, kiedy ludzie przyjeżdżają nad jeziora i wchodzą na wyspy – nakładał się na początek sezonu wypoczynkowego. Gdyby składał jaja wcześniej o półtora miesiąca, jak nurogęś, która zajmuje to samo środowisko, to nie spotkałby go taki los.

Samiec szlachara. Fot. Peter Massas / Wikimedia Commons

Czy są gatunki ptaków, których sytuacja poprawiła się w ostatnich kilkunastu latach w Polsce?

Są, np. pleszka, kapturka, czy żuraw, co akurat bardzo mnie cieszy. Natomiast na ogół jest tak, że w miejsce gatunków rzadkich, dość mocno wyspecjalizowanych do życia w określonych środowiskach, wchodzą gatunki bardziej pospolite i ogólnie bardziej liczne. Patrząc w perspektywie lokalnej suma gatunków się zgadza, dlatego można ulec złudzeniu, że wszystko jest w porządku, że nic złego się nie dzieje. Ale wszystko zgadza się jedynie co do liczby gatunków zamieszkujących dane miejsce, natomiast z punktu widzenia ekologicznego jest to strata.

Więc jeśli spojrzymy na to globalnie, to okazuje się, że bioróżnorodność gatunkowa ostatecznie spada.

Jeśli, dajmy na to, rycyk będzie ginął lokalnie, to co z tego, że w jego miejsce wejdą inne gatunki, skoro finalnie wyginie w skali całego globu?

Jesteś nie tylko profesjonalnym ornitologiem-naukowcem, ale również – a może przede wszystkim - wielkim miłośnikiem ptaków. Którego z nich szkoda ci najbardziej, tak osobiście?

Sieweczki obrożnej, którą badałem przez połowę dotychczasowego życia. W poprzedniej czerwonej księdze liczebność par lęgowych w kraju szacowano na mniej więcej 400 par. W tej chwili jest ich nie więcej niż 180-210. Nad Bugiem pod koniec lat. 80., gdy zaczynałem się nią zajmować naukowo, było 100 par, teraz jest ich tam mniej niż 10. Nad Wartą, gdzie ją obrączkowałem, również pod koniec lat 80., było ich ponad 60, teraz nie ma już w ogóle.

Sieweczka obrożna w Polsce dosłownie wymiera na naszych oczach.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Samica sieweczki obrożnej wysiadująca jaja. Fot. Arnoldius / Wikimedia Commons

Jeśli to ptaki dolin rzecznych są najbardziej zagrożone – a taki wniosek płynie z "Czerwonej listy" – to jak możemy zapobiec ich wyginięciu w Polsce?

Musimy diametralnie zmienić politykę gospodarowania w dolinach rzek. Chodzi mi nie tylko o to, że trzeba zarzucić te wszystkie pomysły kaskadyzacji Wisły, czy budowy „wodnych autostrad”, jakie ma rząd PiS. Musimy też odejść od archaicznego sposobu myślenia o zarządzaniu rzekami, który nakazuje budować wały przeciwpowodziowe tuż przy brzegach, czy zbiorniki zaporowe - tylko po to, by modyfikować wiosenne przepływy wody i chronić przed zalaniem nadrzeczne łąki, które tego potrzebują. Przecież właśnie w ten sposób zdewastowano ptasie siedliska w całej dolinie Warty Środkowej między Koninem a Pyzdrami.

Jeszcze w latach 80. gniazdowało tam 500 par rycyka. Po budowie zbiornika Jeziorsko ostało się tam zaledwie kilkanaście par tego ptaka.

Jesteśmy już w momencie, w którym musimy okiełznać naszą żądzę zarabiania pieniędzy, zaboru ziemi, czy intensyfikacji gospodarki, bo gatunki naprawdę wymierają. To się dzieje tu i teraz, również w Polsce, to nie jest żadna abstrakcja czy historie ograniczone do lasów równikowych.

Musimy przestać się rozpychać, musimy trochę się posunąć, zostawić innym gatunkom więcej miejsca. Musimy zastopować, jeśli ptaki dolin rzecznych mają przetrwać.

Udostępnij:

Robert Jurszo

Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne