Zamiast podać, jaka jest skala nauki na dwie zmiany i co z tym zamierza zrobić, minister Zalewska uspokaja, że problem - największy w dużych miastach - sam się rozwiąże, bo po likwidacji gimnazjów gminom ubędzie jeden rocznik. Zapomniała, że duże miasta zarządzają także liceami i technikami. Mają do obsłużenia tyle samo co poprzednio - 12 roczników

Adam Bodnar zapytał 24 listopada 2017 minister Annę Zalewską, jak chce rozwiązać problemy, jaki stworzyła „deforma edukacji”, w tym przepełnienie podstawówek, które mają teraz o jedną (siódmą) klasę więcej, a za rok – o dwie. Rodzice skarżyli się RPO, że  dzieci część lekcji mają w kontenerach ustawionych obok szkół, że brakuje szafek, toalet, pracowni, WF jest na korytarzu lub w weekendy, że na część zajęć dzieci muszą dojeżdżać do wygaszanych gimnazjów, gdzie spotykają starszą młodzież. Do RPO docierały też sygnały o częstym nauczaniu na dwie zmiany: jedne dzieci zaczynają naukę rano, a inne po południu, co dezorganizuje życie rodzinne.

Odpowiedź nadeszła już po trzech miesiącach. Minister Zalewska nie kwestionuje zarzutów, ale nie zapowiada żadnych działań naprawczych. Informuje jedynie, że samorząd prowadzący szkołę podstawową „może wskazać uczniom niektórych oddziałów tej klasy, miejsce realizacji obowiązku szkolnego od klasy IV do VIII, w latach szkolnych 2017/2018-2021/2022, w innej publicznej szkole podstawowej – powstałej z przekształcenia gimnazjum, prowadzonej przez tę jednostkę”.

Przekładając z urzędniczego na polski oznacza to, że z przepełnionych podstawówek można dzieci dowozić do wygaszanych gimnazjów, co przecież wiadomo i co tworzy część problemu, bo zmiana szkoły jest dla dziecka obciążająca, dowożenie kłopotliwe, rodzeństwa rozdzielane itp.

Minister Zalewska szerzej rozwija zasygnalizowany przez Adama Bodnara „problem zmianowości”. Pociesza, że „docelowo reforma pozwoli na zmniejszenie zmianowości w szkołach podstawowych”.


Ograniczenie zjawiska zmianowości w szkołach, głównie miejskich, będzie skutkiem zmniejszenia o jeden rocznik liczby uczniów (oddziałów) w szkołach, których prowadzenie należy do zadań gmin

Anna Zalewska, Odpowiedź na wystąpienie RPO - 20/02/2018

Fot. Patryk Ogorzalek / Agencja Gazeta


Większe miasta prowadzą także licea i technika, im klas nie ubędzie


Zalewska powtarza swój ulubiony argument, który raczej powinna ukrywać ze wstydem przed światem, że reforma-deforma skróciła o rok edukację ogólną z dziewięciu lat (sześć plus trzy) do ośmiu lat nowej podstawówki. Co zaowocuje zwiększeniem różnic edukacyjnych, które zmniejszyło wprowadzenie gimnazjów w 2000 roku.

MEN opisuje dwie sytuacje: zespołu szkół (podstawówka plus gimnazjum w jednym budynku) i odrębnego gimnazjum:

  • w przypadku gimnazjów miejskich, będących w zespole ze szkołami podstawowymi, liczba pomieszczeń do nauki w budynku zespołu, który do tej pory przeznaczony był dla 9 klas, będzie przewyższała potrzeby 8 klas szkoły podstawowej. Zmniejszy się współczynnik zmianowości;
  • w przypadku samodzielnych gimnazjów miejskich do budynków tych szkół (w wyniku przekształcenia gimnazjum w szkołę podstawową) będzie można przenieść część oddziałów klasowych z dużych szkół podstawowych”.

Odpowiedź Zalewskiej jest o tyle wymijająca, że de facto brzmi: poczekać!

Bo ta oszczędność wynikająca ze skrócenia edukacji nastąpi dopiero w czerwcu 2019 roku, kiedy ostatni rocznik gimnazjum zakończy naukę i będzie zdawał do liceów/techników spotykając się z kończącymi szkołę obecnymi siódmoklasistami (to będzie edukacyjny Armagedon).

Według MEN dwuzmianowość to problem miast, ale wtedy problem wygląda inaczej

„W gminach miejskich szkoły podstawowe są duże (średnia liczba oddziałów na poziomie jednej klasy wynosi 2,61). W wielu takich szkołach funkcjonuje zmianowy system lekcyjny. Przekształcenie samodzielnych gimnazjów w szkoły podstawowe pozwoli na wykorzystanie infrastruktury gimnazjów, co będzie skutkowało znaczącym zmniejszeniem zjawiska zmianowości w gminach miejskich” – pisze Zalewska.

To rozumowanie jest zdumiewające, bo większe miasta działają zgodnie z regułą „na prawach powiatu”. Jest ich, 66, mieszka w nich ok. 13 mln ludzi.

Wbrew temu, co sugeruje Zalewska, edukacja nie jest w nich rozbita na gminną (podstawówki i wygaszane gimnazja) i powiatową (licea, technika i szkoły branżowe), ale stanowi wspólnie zarządzaną całość. Nie ma tu zatem gminnej oszczędności, i przed reformą, i po niej, miasta mają do zagospodarowania 12/13 lat edukacji.

Tyle, że teraz obowiązkowe jest osiem lat podstawówki, a dodatkowe są cztery (liceum) czy pięć lat (technikum).

Zalewska też narzekała: coś z tym trzeba zrobić

Sygnały o przepełnieniu szkół i praca na dwie zmiany w wyniku reformy-deformy pojawiły się wcześniej. Interweniował także Rzecznik Praw Dziecka, na którego powołała się posłanka Anna Sobecka (PiS) w interpelacji z 20 grudnia 2017:

„Rzecznik praw dziecka zwraca uwagę, że rodzice piszą głównie, że dzieci nie mają podręczników, ich tornistry ważą więcej niż one same, bo w szkole nie ma miejsca na szafki, więc dzieci muszą te ciężary codziennie dźwigać. Klasy w szkołach podstawowych są przepełnione, bo kiedy utworzono siódme klasy, po prostu zabrakło w szkołach miejsca. Dlatego lekcje odbywają się w systemie zmianowym, WF na korytarzu, nie ma miejsca do spożywania posiłków, a maluchy z pierwszych klas biegają po tym samym korytarzu co siódmoklasiści.

Rodzice twierdzą też, że ramowy plan nauczania dla uczniów klas siódmych jest przeładowany, zdarza się, że dzieci zaczynają zajęcia nawet o 7.10 a kończą o 16.25.

Zdaniem RPD, tak ogromny wysiłek nie może pozostać dla młodego organizmu bez negatywnych skutków zdrowotnych”.

W odpowiedzi MEN zrzucił odpowiedzialność na dyrektorów i informował jak wspiera zmiany. Pominął wątek pracy na dwie i więcej zmian.

Wcześniej samo ministerstwo dostrzegało jednak problem:

„Chcemy temu zaradzić poprzez zmianę naliczania subwencji, czyli inaczej mówiąc premiować te szkoły, w których nie będzie zmianowości” – powiedział w lutym 2017 wiceminister Maciej Kopeć.

„Nie może być tak, że aby zaoszczędzić na edukacji, kumuluje się roczniki i powoduje, że jesteśmy jedynym krajem w Europie, gdzie w szkołach jest system zmianowy  – mówiła w październiku 2017 minister Anna Zalewska.

OKO.press informuje: ile było nauki na dwie zmiany

Zamiast takich ogólnych deklaracji, MEN powinien przede wszystkim podać, jaka jest skala problemu i odnieść to do danych sprzed reformy. Aby to minister Zalewskiej ułatwić – OKO.press publikuje informacje o zmianowości w podstawówkach z lat 2012/2013 oraz 2014/2015. Podajemy też, jakie były prognozy MEN sprzed reformy.

Nauka na więcej niż jedną zmianę odbywała się:

  • w 2012/2013 roku – w 13,8 proc. szkół podstawowych i dotyczyła 106 tys. uczniów;
  • w 2014/15 – w 20 proc.  i 142 tys. uczniów;
  • w 2015/2016 –27,3 proc. i 140 tys. uczniów (prognoza!).

Większości szkół pracujących w systemie zmianowym pracowało tak w ograniczonym stopniu – maksymalnie 1/3 oddziałów (klas) na drugą zmianę.

Rzeczywiście problem dotyczył bardziej szkół w miastach (np. w 2012/2013 roku – 14 proc.) niż na wsi (9,5 proc.), a zwłaszcza szkół dużych (ponad 450 uczniów – aż 47,1 proc.).

Różnica pogłębiła się w 2014/2015 roku, odpowiednio: 15,8 proc., 30 proc. i aż 53,4 proc. – ponad połowa dużych szkół miała w jakimś stopniu system zmianowy.

Zobacz szczegółowe informacje o zmianowości w latach 2012-2015 i prognozę na 2015/2016 tabele.

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym