08 listopada 2020

Żałuję tylko, że nie odbyło się to w normalnych warunkach, bez strachu [Miałam aborcję]

Po wszystkim, gdy się wycieram i ubieram, słyszę, jak lekarz opróżnia miskę do toalety. Spuszcza wodę. "I co, nie było tak strasznie?". Odpowiadam cicho, że było. To nie była ciąża z głupoty, brałam antykoncepcję. O tym, że jest skuteczna tylko w 99 coś tam procentach już się nie mówi

W debacie dotyczącej aborcji wciąż mało jest głosów i doświadczeń osób, które jej dokonały. Czy naprawdę przeżycie jest traumatyzujące, a wyrzuty sumienia dręczą kobietę przez resztę życia - jak sugerują zwolennicy zakazu? Kto i dlaczego podejmuje takie decyzje, co czuje? Poprosiliśmy czytelniczki i czytelników (osoby transpłciowe), które przerwały ciążę o opowiedzenie swoich historii.

Niedawno publikowaliśmy opowieść pani Elżbiety, emerytowanej nauczycielki, która wychowała syna, miała dwie aborcje i uważa, że miała ogromne szczęście, że urodziła się w latach 50., a nie 90.

Dzisiaj publikujemy historię pani Danuty z Wrocławia. Ciążę przerywała 12 lat temu w niepewnych i traumatyzujących warunkach.

Teraz mogłoby to wyglądać inaczej - ciążę można przerwać legalnie i bezpiecznie w zagranicznej klinice albo w domu używając leków ze sprawdzonego źródła. Więcej informacji i pomocy udziela Aborcja Bez Granic pod numerem +48 22 29 22 597

Pamiętajmy o tym, czytając historię pani Danuty, która przypomina, jak jeszcze niedawno wyglądały - a być może nadal czasem wyglądają - aborcje w polskich realiach.

Nie chciałam przemocy w rodzinie ani samotnego rodzicielstwa

Miałam 19 lat, tuż przed maturą. Aktualnie mam 31 i nigdy tego nie zapomnę. Nie żałuję, to na pewno. Mój ówczesny chłopak był 8 lat starszy. Często podnosił na mnie rękę. Po latach okazało się, że podnosi również na obecną żonę i małe dzieci. Po usłyszeniu o ciąży jedyne co zaproponował to usunięcie. Ja, przerażona wizją przemocy w rodzinie i samotnego rodzicielstwa w tak młodym wieku, zgodziłam się. Wiem, że to była dobra decyzja.

Słyszałam od kolegi, że ma telefon do lekarza, który wykonuje aborcję farmakologiczną za 1000 zł. Zaczęło się gorączkowe zbieranie pieniędzy. Poszło szybko, nie pochodzę z biednej rodziny, pieniądze nigdy nie były problemem. Jeden telefon i wizyta umówiona.

"Trochę późno"

Już podczas tej pierwszej rozmowy lekarz wypytał ile mam lat, który tydzień ciąży, czy mam przygotowane pieniądze. Za dwa dni wizyta. Idę sama. W poczekalni siedziało wiele kobiet w ciąży czekających na normalną wizytę. Do gabinetu zostałam wywołana z nazwiska, jak każda pacjentka.

Lekarz był mało przyjemny. Starszy pan skomentował mój lekko otłuszczony brzuch i duży tyłek. Czułam się niekomfortowo. Podczas badania stwierdził, że trochę późno, 13. tydzień, ale damy radę. Wytłumaczył, że muszę do niego przyjść następnego dnia rano, bo wtedy trzeba przyjąć tabletki dopochwowe, które rozpoczną proces poronienia.

Tego dnia musiałam się zerwać z pierwszych lekcji. W przychodni ta sama sytuacja, poczekalnia pełna kobiet i ja na tajemną aborcję. W gabinecie znowu niezbyt przyjemnie. Potrzebny jest dokument potwierdzający moją grupę krwi, więc lekarz wysyła mnie na pobranie.

Pielęgniarki w laboratorium są bardzo dociekliwe, miałam wrażenie, że wiedzą, dlaczego przychodzę. Do lekarza wracam trochę zestresowana, domyślam się, że grupa krwi jest potrzebna na wypadek nadmiernego krwawienia. Czuję niepokój.

Lekarz przygotowuje tabletki, tłumaczy, co będzie się działo: po kilku godzinach pojawi się mały ból brzucha oraz rozpocznie się krwawienie, proszę brać tabletki przeciwbólowe. Po 16:00 mam przyjść do jego prywatnego gabinetu, bo dzisiaj nie przyjmuje pacjentek. Podał mi tabletki dopochwowe i jak gdyby nigdy nic poszłam spóźniona do szkoły.

"Trochę trzeba wyskrobać"

Już pod koniec drugiej lekcji nie mogłam wytrzymać z bólu. Czuje, że mocno krwawię. Wychodzę ze szkoły sama i wzywam taksówkę. Dzwonię do lekarza spanikowana, a on mówi, że to normalne. Proszę wziąć leki przeciwbólowe i nie panikować, przyjść po 16:00.

W domu umieram z bólu, boję się, że rodzice się zorientują. Wytrzymuję do 16:00 i jadę do gabinetu. Lekarz bierze mnie na badanie ginekologiczne. Trochę przestraszony mówi, że "trochę trzeba będzie wyskrobać, trochę za późno, za duży płód, nie usunął się sam". Wpadam w panikę i histerię.

Uspokajam się dopiero, gdy przyjeżdża mój chłopak. Trzyma mnie za rękę podczas skrobania, wszystko na żywca, płaczę z ogromnego bólu. Czuję, jak wycieka ze mnie dużo krwi i tkanki. Wszystko zbiera się do miski pod moim kroczem.

Po wszystkim, gdy się wycieram i ubieram, słyszę, jak lekarz opróżnia miskę do toalety i spuszcza wodę. Mówi, że już po wszystkim "i co nie było tak strasznie?", odpowiadam cicho, że było. W nocy i następnych dniach będzie jeszcze krwawienie, takie jak okres. Zaprasza na kontrolę za kilka tygodni, ale ja już więcej tam nie idę. Do dzisiaj mam ciarki przechodząc obok tych miejsc, w których wciąż przyjmuje.

To moje sumienie

Z chłopakiem rozstałam się zaraz po wszystkim, poszłam na studia. Nie żałuję. Żałuję tego, że nie odbyło się to w normalnych warunkach, bez strachu. Bałam się bardzo o siebie, o to, że ktoś się dowie, że się nie uda, że się wykrwawię i nikt mi nie pomoże.

Minęło 12 lat, a ja pamiętam każdy szczegół. Nie była to ciąża z głupoty, brałam tabletki antykoncepcyjne, które są skuteczne tylko w 99 coś tam proc., ale o tym nikt nie mówi. Byłam młoda, pełna marzeń, strachu. Bez niczyjego wsparcia, z agresywnym chłopakiem. Teraz postąpiłabym identycznie. Nie wiem, co by było, gdybym mieszkała w małej miejscowości i nie miała pieniędzy. Do końca życia będzie to ze mną, ale była to moja decyzja. To moje sumienie.

Chcesz opowiedzieć swoją aborcyjną historię? Napisz: [email protected]

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne