Strach, dezinformacja, zagubienie — nawet jeśli cudzoziemcy zagrożeni deportacją nie przechodzą piekła detencji, to o swojej sytuacji nie wiedzą nic. Uciekają, popełniają błędy, zostają niesłusznie deportowani. Cierpią całe rodziny. Projekt SIP pokazuje, że można inaczej — po ludzku. Efekt? Szybsze procedury, mniej strachu, mniej ucieczek, mniejsze koszty.

Z. mieszkał w Polsce od 12 lat. Przerwał studia, żeby opiekować się córeczką, kiedy zachorowała jej mama. Podczas gdy opiekował się całą rodziną, stracił status studenta i prawo do legalnego pobytu. Dlaczego nie wyjechał? Bo ma tu dziecko i świata poza nim nie widzi, a co dopiero tamten daleki świat, z którego przyjechał. Z. umieszczono w strzeżonym ośrodku i wszczęto postępowanie powrotowe – takie, które ma zakończyć się decyzją o deportacji.

Przez rok widział córkę tylko na zdjęciach. Wyszedł, sprawa dalej nie jest rozstrzygnięta, a straconego czasu z dzieckiem nikt mu już nie odda. Jak ta historia mogłaby wyglądać, gdyby zamiast procedur liczył się człowiek?

Z. mógłby spotkać się z przyznanym mu opiekunem, który wytłumaczyłby, jaka jest jego sytuacja prawna w Polsce, omówił wszystkie dostępne drogi i pomógł zaplanować dalsze kroki. Bo skąd Z. miałby wiedzieć, że polskie prawo chroni rodziny i wniosek o pozwolenie na pobyt ze względu na ochronę życia rodzinnego składać można, nawet kiedy legalny pobyt już się skończył?

Z. mógłby przez czas trwania procedur aktywnie i świadomie w nim uczestniczyć. Mógłby dalej opiekować się teściem i widywać z dzieckiem. W najgorszym wypadku miałby też oparty na sprawdzonych informacjach plan co robić, jeśli się nie uda i zostanie deportowany.

Czy taka alternatywa dla detencji jest możliwa? Pilotażowy projekt „No detention necessary” realizowany przez Stowarzyszenie Interwencji Prawnej pokazuje, że tak. I nie tylko w Polsce. Według danych International Detention Coalition projekt realizowany przez organizacje pozarządowe w różnych państwach osiąga na razie przynajmniej 90 proc. skuteczności (dostosowanie się cudzoziemca do przepisów i nałożonych zobowiązań), a pozwala oszczędzić nawet 95 proc kosztów detencji.


OKO.press rozpoczyna serię tekstów poświęconych problemowi zamykania cudzoziemców w strzeżonych ośrodkach. Przedstawimy pilotażowy projekt Stowarzyszenia Interwencji Prawnej „No detention necessary”. Opublikujemy reportaże opowiadające historie cudzoziemców, którzy przeszli przez polskie ośrodki strzeżone spisane przez pracowników SIP.


Bezsensowna detencja

„Detencja [zamknięcie w strzeżonym ośrodku] w polskim wykonaniu potrafi być bezsensowna, a bardzo często jest szkodliwa. Ludzie tracą kontakt z rodziną, ze światem. Ten stan zawieszenia, kiedy kompletnie nie wiedzą co się w ich sprawie dzieje, ani kiedy wyjdą i jak potoczy się ich życie, ma dewastujące skutki także dla ich zdrowia psychicznego. A procedur toczących się w międzyczasie nie przyspiesza to stopniu, który usprawiedliwiałby zamknięcie” – mówi OKO.press Katarzyna Słubik, prawniczka ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.

Do ośrodków poza osobami ubiegającymi się o ochronę międzynarodową trafiają cudzoziemcy, którzy z różnych powodów przebywali na terenie Polski nielegalnie (nie udało im się przedłużyć pobytu, przegapili termin, chcieli zostać z rodziną…). Cześć z osadzonych jest deportowana, a część po prostu zwalniana — bo wyczerpał się dozwolony okres zamknięcia, albo zrezygnowano z deportacji.

  • Kto może trafić do strzeżonego ośrodka dla cudzoziemców?


    Zgodnie z polskim prawem do strzeżonego ośrodka mogą trafić cudzoziemcy:

    • wobec których toczy się postępowanie o zobowiązaniu do powrotu (są w Polsce nielegalnie lub odmówiono im ochrony międzynarodowej), a istnieje ryzyko, że uciekną przed wydaniem decyzji lub są niebezpieczni lub
    • zapadła decyzja o zobowiązaniu do powrotu, której się nie podporządkowali lub istnieje prawdopodobieństwo ucieczki przed deportacją;
    • osoby ubiegające się o ochronę międzynarodową, które nie mają żadnego dowodu na swoją tożsamość lub istnieje ryzyko ucieczki z Polski przed podjęciem decyzji azylowej lub stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa.

Wychodzą, a sprawa często wciąż się toczy. W najlepszym razie stracili kilka miesięcy lub rok życia. W najgorszym potracili też więzi z rodziną, zdrowie psychiczne i wiarę w legalną procedurę.

„Zamknięcie w ośrodku powinno być środkiem ostatecznym, stosowanym na krótko i w bardzo uzasadnionych przypadkach” – mówi OKO.press Katarzyna Słubik, prawniczka ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. „A cudzoziemcy zamykani są nawet na rok lub dłużej, mimo że izolacja nie tylko nie ma w ich przypadku dobrego uzasadnienia, ale czasem jest zupełnie niedopuszczalna”.

Alternatywy niewystarczające

Prawo przewiduje alternatywne formy kontroli miejsca pobytu cudzoziemca, obligując go do:

  • regularnego zgłaszania się do Straży Granicznej;
  • oddania paszportu;
  • zamieszkiwania w wyznaczonym miejscu (najczęściej otwartym ośrodku dla cudzoziemców).

„Te alternatywy są oczywiście dużo lepsze od zamknięcia w strzeżonym ośrodku, ale też bywają opresyjne. Cotygodniowe meldowanie się w oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów placówce Straży Granicznej dla rodziny z małymi dziećmi, to często katorga. Główny problem polega jednak na tym, że to nie wystarczy” – mówi Słubik.

Przejęte „zabezpieczeniem” cudzoziemca polskie procedury zupełnie zapominają o najważniejszym elemencie tej międzynarodowej plątaniny — czyli samym cudzoziemcu.

Jakie są tego konsekwencje? Zdezorientowani, nieświadomi przepisów ani własnych praw cudzoziemcy:

  • popełniają błędy proceduralne (składają inne wnioski albo wypełnione nie tak jak być powinny) co wydłuża cały proces lub zmniejsza szansę na skuteczne rozpatrzenie ich sprawy;
  • są deportowani, mimo że zagraża to ich życiu, zdrowiu lub rozdziela rodzinę;
  • ci starający się o ochronę międzynarodową, jadą do innych krajów europejskich, nie wiedząc, że zostaną cofnięci z powrotem do Polski (rozporządzenie Dublin III);
  • trafiają do ośrodków zamkniętych;
  • uciekają przekonani o tym, że nikt ich nie wysłucha;
  • po deportacji zdesperowani próbują znowu, licząc, że tym razem trafią na urzędnika, który ich wysłucha;
  • wpadają w stan psychicznego załamania.

Najważniejsze to zaangażować

„Od dwóch lat testujemy zupełnie inne podejście. Uważamy, że nie wystarczy zabrać cudzoziemcowi paszportu czy umieścić w ośrodku, trzeba dać mu możliwość kształtowania własnej sytuacji. Taka osoba często nie wie, w jakim jest położeniu, działa po omacku i coraz bardziej plącze się w procedurach, których nie rozumie” – wyjaśnia Słubik.

„Potrzebuje kogoś, kto wytłumaczy mu jego sytuację, zmotywuje do zaangażowania w procedury, wypełniania nałożonych prawnie obowiązków, omówi strategie dostosowane do jego konkretnego przypadku”.

Przykłady?

„Jeden z naszych sukcesów, to historia chłopaka, który był objęty alternatywą do detencji – musiał stawiać się regularnie w placówce Straży Granicznej. Ale za każdym razem był przerażony, że tym razem go aresztują i deportują. Bał się tego panicznie, więc przestał chodzić. Dla jego sprawy miałoby to oczywiście beznadziejne skutki, groziłoby mu umieszczenie w ośrodku strzeżonym” – mówi Słubik.

„Dzięki pracy w ramach projektu mieliśmy z nim już dobry kontakt i sieć wspólnych znajomych. Dzięki temu udało nam się z nim skomunikować i przekonać go, że przestrzeganie procedur jest dla niego teraz najlepsze. Wyszedł z ukrycia i poszedł razem z pracownicami SIP do Straży Granicznej. Udało się jeszcze wyjaśnić całą sytuację”.

„Inny cudzoziemiec jest z całą rodziną w trakcie ubiegania się o pobyt humanitarny. Wspaniały, troskliwy ojciec, rodzina bardzo dobrze zintegrowana, ale pan miał różne problemy, między innymi z uzależnieniem. Żeby pomóc mu pokazać, że pracuje nad sobą, jest zdeterminowany i można mu zaufać, zaproponowaliśmy mu indywidualny plan, który obejmował między innymi terapię. Wspólnie pracujemy teraz nad realizacją tego planu”.

No detention necessary

Stowarzyszenie Interwencji Prawnej prowadzi pilotażowy projekt „No detention necessery” od czerwca 2017 roku. Opiera się on na wypracowanym przez koalicję International Detention Coalition (IDC) modelu skutecznych alternatyw do detencji – tzw. Community Assessment and Placement model (CAP).

W ramach projektu cudzoziemcom opuszczającym ośrodki strzeżone lub zagrożonym detencją przydziela się tzw. case managera – doradcę i opiekuna, który zarządza ich konkretnym przypadkiem. Cudzoziemcy otrzymują też pomoc prawną i psychologiczną oraz dostęp do tłumacza.

Zadaniem case managera jest czuwanie nad sytuacją cudzoziemca. „To osoba, która jest z nim w stałym kontakcie. Buduje więź opartą na zaufaniu i pracuje nad tym, żeby cudzoziemiec był zaangażowany w swoje procedury, wypracowując z nim długodystansowy plan działania”.

Projektem SIP współfinansowanym ze środków Network of European Foundations w ramach programu European Programme for Integration and Migration objęto dotychczas 34 dorosłych, a pośrednio także 22 dzieci.

Mniej strachu, większa skuteczność, mniejsze pieniądze

„Każdy jest inny, ma inne plany i motywacje. Tylko pracując z indywidualnie, jesteśmy w stanie na tę motywację wpłynąć – zwiększyć ją albo przekierować. Prawo traktuje jednak wszystkich jak jednolitą masę” – mówi Słubik. „A takie indywidualne podejście jest nie tylko bardziej ludzkie, ale też skuteczniejsze”.

Co to znaczy?

„Jest sporo badań, które pokazują, że taka praca z człowiekiem zbliżona do socjalnej, sprawia, że cudzoziemcy rzadziej uciekają przed zakończeniem procedur i szybciej otrzymują decyzje w swoich sprawach, bo sprawniej współpracują z organami administracji. Łatwiej też godzą się z ewentualną deportacją, jeśli oczywiście nie grozi im w kraju niebezpieczeństwo”.

„Najważniejsze jest jednak to, że cudzoziemcy przestają się bać i zaczynają współpracować, nawet jeśli mają małe szanse na pozytywne rozpatrzenie sprawy. Staramy się budować w cudzoziemcach zaufanie do procedur, nakłaniać do tego by pracowali nad swoją sprawą, zamiast schodzić do podziemia i żyć nielegalnie. Z niektórymi podopiecznymi rozważamy też ewentualność powrotu, mają wtedy czas, żeby się do niego przygotować.

Przede wszystkim mają też poczucie, że zrobili wszystko, co mogli: wykorzystali wszystkie dostępne środki prawne, zostali wysłuchani i znają już procedury. Dzięki temu ich powroty do kraju pochodzenia częściej są trwałe, zamiast ciągłych rozpaczliwych prób ponownego przekroczenia granicy”.

Mniej ucieczek

„Według danych Straży Granicznej około 1/3 wszystkich osób, które mają orzeczone alternatywy wobec detencji, w pewnym momencie przestaje stawiać się do kontroli. Nie wiadomo czy wyjechali z kraju, czy dalej nielegalnie przebywają w Polsce” – mówi Słubik.

„My możemy się na razie pochwalić 91-procentowym sukcesem. Straciliśmy kontakt z trzema osobami. Wiemy dlaczego, ale trudno było temu zapobiec. Byli to uchodźcy, zdesperowani i panicznie bojący się powrotu do kraju w kolejnych już procedurach uchodźczych. Mieli poczucie, że organy rozpatrujące ich sprawę, w ogóle ich nie słuchają.

Inny przypadek dotyczył kobiety, której starszyzna rodowa nakazała wyjazd do Niemiec, do rodziny. Złamanie nakazu oznaczałoby wykluczenie ze wspólnoty. Projekt wiele nas uczy o specyficznej sytuacji Polski, do której trafiają między innymi Czeczeni, u których więzi rodowe są bardzo silne.

Celem projektu jest także zbadanie, jak model wypracowany na podstawie doświadczeń innych krajów zadziała w specyficznym kontekście kraju granicznego strefy Schengen, jakim jest Polska, który bywa przez uchodźców traktowany jako tranzytowy. „Powody, dla których osoby szukające ochrony międzynarodowej nie chcą zostać w Polsce, są wbrew pozorom bardzo różne — część osób ma rodzinę w innym kraju, Rosjanie i Czeczeni często obawiają się, że Polska jest zbyt blisko Rosji i nie gwarantuje im bezpieczeństwa, inni uważają, że ich sprawa nie będzie tu sprawiedliwie rozstrzygnięta”.

A co jeśli mają rację? „Mieliśmy jeden taki przypadek, bardzo smutny, do dziś nie możemy się otrząsnąć. Panią deportowano do Rosji, mimo że grozi jej tam niebezpieczeństwo. Mogliśmy jedynie pomóc jej zaplanować pierwsze kroki po deportacji — jak zapewnić sobie i dzieciom podstawowy byt, do jakich organizacji sie zwrócić” – przyznaje Słubik.

„Ale działamy dalej. Niektórym cudzoziemcom, którymi się opiekujemy, udało się uzyskać pobyt tolerowany czy humanitarny. Gdyby nie współpraca w ramach projektu, może byliby dzisiaj w niebezpieczeństwie”.

Unia Europejska na tak

Projekt realizowany przez SIP w Polsce jest elementem szerszego ruchu obywatelskiego w Unii Europejskiej. W ramach sieci European ATD network zrzeszonych jest obecnie 6 organizacji krajowych realizujących projekty pilotażowe oparte na modelu zarządzania przypadkiem. Działania członków wspiera międzynarodowa koalicja IDC oraz platforma Platform for International Cooperation on Undocumented Migrants (PICUM). Zainteresowane przyłączeniem się do sieci są organizacje z Belgii, Słowacji i Rumunii.

Według danych International Detention Coalition projekt realizowany przez organizacje pozarządowe w różnych państwach osiąga na razie przynajmniej 90 proc. skuteczności (dostosowanie się cudzoziemca do przepisów i nałożonych zobowiązań), a pozwala oszczędzić nawet 95 proc kosztów detencji.

„Na poziomie UE widzimy teraz dwa trendy” – tłumaczy Słubik. „Z jednej strony, wydaje się mnóstwo pieniędzy na ochronę granic, środki policyjne, deportacje i detencje. Z drugiej strony widać, że zmienia się myślenie o pozbawianiu cudzoziemców wolności i szuka się alternatyw. Komisja Europejska zaczyna mówić tym samym językiem co my.

Kiedyś mówiło się wyłącznie o środkach alternatywnych do detencji. Teraz coraz częściej Komisja Europejska podkreśla, że to muszą być to środki »skuteczne«, czyli takie, które pozwalają na pracę z cudzoziemcem i stawiają go w centrum całego procesu.

W ramach funduszy na migrację w najbliższych latach UE chce finansować również pilotowanie takiego rodzaju alternatyw. Na poziomie Europejskiej Sieci Powrotów i Reintegracji (ERRiN) również alokowano specjalne środki dla rządów, które we współpracy z organizacjami pozarządowymi będą chciały realizować takie projekty. Myślenie się zmienia”.

OKO walczy z ksenofobią.
Wesprzyj nas, byśmy mogli działać dalej.

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!