Mateusz Morawiecki twierdzi, że kluczową barierą rozwoju Polski jest brak oszczędności. To nieprawda. Przedsiębiorstwa mają spore zapasy – problemem jest, że nie chcą ich wydawać. Obywatele zaś faktycznie nie oszczędzają. Bo nie mają z czego. A gdyby nagle zaczęli, to nie byłoby z czego się cieszyć. Mogłoby to sporo kosztować naszą gospodarkę


Bolączką naszą jest brak oszczędności. To jest nasza słabość, wynikająca z modelu, który kiedyś został przyjęty. Trzeba budować te oszczędności, zwiększać ich poziom, pracować nad tym, aby tych oszczędności było jak najwięcej.

Mateusz Morawiecki, wPolityce - 12/10/2017

fot. Adam Stepien / Agencja Gazeta


Fałsz. Oszczędności firm jest sporo. A oszczędzanie prywatne może szkodzić


Minister rozwoju i finansów zapytany przez portal wPolityce o zagrożenia dla rozwoju Polski bez wahania wskazał brak oszczędności. Ile sensu w jego wypowiedzi? Niewiele.

Przedsiębiorstwa jak smoki, siedzą na skarbach

Zacznijmy od tego, że oszczędności same w sobie w ujęciu makroekonomicznym niewiele dają gospodarce. Dopiero ich wykorzystanie, np. w formie inwestycji może mocno przełożyć się na wzrost gospodarczy. Oczywiście jeśli leżą na koncie w banku to też nie najgorzej – banki mogą z tych pieniędzy finansować kredyty dla innych przedsiębiorstw, które chcą inwestować. Ważne natomiast, żeby firmy faktycznie inwestować chciały.

W Polsce problem mamy nie ze zbyt małymi oszczędnościami przedsiębiorstw – raczej z ich zbyt dużą skłonnością do oszczędzania i niechęcią do inwestowania.

Według raportu Narodowego Banku Polskiego na początku 2016 roku depozyty firm sięgały przeszło 235 mld zł.

Źródło: NBP

To naprawdę spora kwota. Już w 2013 roku odłożone przez firmy pieniądze sięgały niemal 19 proc. PKB.

Źródło: GUS, NBP

Polscy przedsiębiorcy są tradycyjnie ostrożnymi inwestorami, ale ostatnie dwa lata przyniosły wyjątkowo słabe wyniki. W 2016 roku inwestycje przedsiębiorstw spadły o ponad 13 proc. rok do roku. Pierwsze fragmentaryczne dane dotyczące roku 2017 są trochę lepsze, ale inwestycje raczej nie wzrosną –  w najgorszym razie nie zmaleją.

Powodów jest kilka, ale głównym jest to, że polska gospodarka jest w małym stopniu innowacyjna.

To sprawia, że przedsiębiorstwa niefinansowe, gdy starają się wygenerować większe zyski, zazwyczaj robią to nie przez wdrażanie nowoczesnych rozwiązań, a przez zwiększanie zatrudnienia lub redukcję kosztów pracy.

To właśnie ze zwiększaniem zatrudnienia wiąże się spora część inwestycji w naszym kraju.

A obecnie nie jest to takie łatwe. Polski rynek pracy jest w najlepszym momencie w historii III RP – odnotowane we wrześniu bezrobocie wyniosło tylko 6,9 proc. Oznacza to, że firmom coraz trudniej jest znaleźć pracowników.  Polscy przedsiębiorcy mają więc ograniczone możliwości zwiększania zatrudnienia, co oznacza, że nie mogą tak łatwo inwestować w sposób, do którego przywykli.

Jeśli polski rynek pracy się nie „poluzuje” (a nie ma żadnych przesłanek, żeby tego oczekiwać) to rozbudzenie inwestycji będzie możliwe tylko przez skłonienie przedsiębiorstw do stawiania na innowacje technologiczne i organizacyjne – nowoczesne rozwiązania generujące większą wartość dodaną. To zresztą obiecuje od początku Morawiecki. Ale nawet jeśli działania wicepremiera przyniosą skutek, to na efekty przyjdzie nam czekać latami.

Dziwne, że Morawiecki przedstawił tezę o oszczędnościach – gdy po raz pierwszy prezentował swój Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju sam zaznaczył, że przedsiębiorstwa mają dużo „zachomikowanego” kapitału, który trzeba uruchomić.

Innymi czynnikami, które mogły wpłynąć na spowolnienie inwestycji była też początkowa niepewność wobec stabilności instytucji państwa (związana z podważaniem ładu konstytucyjnego państwa) oraz kakofonia pomysłów dotyczących reformy systemu podatkowego (szczególnie VAT), która dopiero w 2017 roku zaczęła nabierać konkretnych kształtów i kierunków.

Biedny jak Polak

Jeśli zaś wicepremierowi Morawieckiemu chodziło o oszczędności osób prywatnych, to jego słowa brzmią albo jak naiwność, albo jak złośliwość. Polki i Polacy nie oszczędzają, bo po prostu nie mają z czego – za mało zarabiają.

Według danych GUS średnia krajowa oscyluje w okolicach 4400 zł brutto miesięcznie, ale każdy intuicyjnie czuje, że coś tu jest nie tak. W rzeczywistości tyle lub więcej zarabia tylko ok. 30 proc. pracujących w Polsce. Połowa zarabia poniżej 2650 zł brutto miesięcznie.

A to tylko według metodologii GUS, która uwzględnia tylko większe firmy – zatrudniające minimum 10 osób. W mniejszych sytuacja jest bez porównania gorsza, a zatrudniają aż 4 mln osób. Jak wyliczyła Adriana Rozwadowska z „Gazety Wyborczej” średnia wynosi tam 2577 zł brutto, czyli ok. 1860 zł na rękę. Mediana jest zatem nawet jeszcze mniejsza i może znajdować się poniżej poziomu pensji minimalnej.

Problemem jest też, że w Polsce pensje rosną wolniej niż gospodarka. W 2015 roku udział płac w PKB spadł do poziomu 46 proc. PKB. To spadek o 11 pkt proc. w dwie dekady. W tym samym czasie średnia UE spadła tylko o 1 pkt proc. Obecnie płace w Unii stanowią ok. 56 proc. PKB.

Jakie są tego efekty? Według danych NBP z 2014 roku średnie zadłużenie gospodarstwa domowego w Polsce sięgało ponad 53 tys. zł, a oszczędności niecałe 23 tys. zł (w tym oszczędności na funduszach emerytalnych).

Najzamożniejsi ciągną statystyki w górę. Połowa ma średnio mniej niż 8 tys. Jedna trzecia społeczeństwa nie ma żadnych oszczędności (są też badania, które wskazują, że bez odłożonego grosza żyje nawet ponad połowa Polek i Polaków). Mają za to długi – w połowie 2017 roku ponad osiem milionów osób spłacało kredyty konsumpcyjne. Nadal istnieje w Polsce sporo gospodarstw domowych, które muszą zaciągać kredyty, by spiąć budżet. W badaniach Diagnoza Społeczna z 2015 aż 19 proc. respondentów deklarowało, że ich zarobki nie starczają im na pokrycie bieżących wydatków.

Morawiecki błądzi zamiast rządzić

Jak zauważył w rozmowie z OKO.press Dariusz Standerski, analityk Fundacji Kaleckiego, nagłe zwiększenie skłonności do oszczędzania mogłoby w tym momencie fatalnie wpłynąć na gospodarkę. „Premier Morawiecki powinien uważać czego życzy sobie i gospodarce. Obecnie wzrost PKB stymulowany jest przede wszystkim przez konsumpcję prywatną.

Gdyby Polki i Polacy zamiast wydawać na konsumpcję, nagle zaczęli oszczędzać to dotychczasowe tempo wzrostu, którym tak często chwali się rząd, byłoby zagrożone” – mówi ekspert.

By Polki i Polacy więcej oszczędzali, rząd musi więc stymulować wzrost płac. Kilka rzeczy już w tym kierunku zrobił – ustanowił np. minimalną stawkę godzinową na poziomie 13 zł. Program 500 plus również zwiększa zdolność oszczędzania polskich rodzin.

Sporo jest jednak jeszcze do zrobienia. Pensja minimalna wzrośnie w przyszłym roku tylko o 100 zł, a mogłaby więcej. Pensje w budżetówce najpewniej dalej pozostaną zamrożone. Będzie to już dziewiąty rok z rzędu, w którym, z małymi wyjątkami, ok. trzech mln osób zatrudnionych w sektorze publicznym nie dostanie podwyżki. Zamrożenia dokonał rząd Donalda Tuska w 2009 roku w ramach polityki zaciskania pasa, która miała chronić Polskę przed skutkami kryzysu.

Nie widać też na razie żadnych rozwiązań, które ulepszyłyby kodeks pracy. Na przykład tak, by pracownikom sprawiedliwie płacono za nadgodziny. PiS nie zrobił też nic w kwestii prawa do uzwiązkowienia osób na umowach śmieciowych, mimo, że wyrok Trybunału Konstytucyjnego obligował do tego państwo już dwa lata temu. W kwestii handlu w niedzielę padały również propozycje, by pracownikom płacono więcej. Zamiast tego rząd zdecydował handlu w co drugą niedzielę po prostu zakazać.

„Realne zwiększenie skłonności do oszczędzania, prócz zwiększenia poziomu płac, wymaga również wielu zmian instytucjonalnych, w tym instytucji nieformalnych. Nie stanie się to dzięki kilku prezentacjom i poleceniom z ministerstwa” – podsumowuje Standerski.


Socjolog, absolwent Uniwersytetu Cambridge, analityk Fundacji Kaleckiego. Publikował m.in. w „Res Publice Nowej”, „Polska The Times”, „Dzienniku Gazecie Prawnej” i „Dzienniku Opinii”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym