Znajdujemy się w momencie demontażu całego systemu polskiej dyplomacji. Konsekwencją nowej ustawy o służbie zagranicznej będzie absolutna degradacja MSZ. Jeżeli posłowie nie zdają sobie z tego sprawy, to bardzo szybko to odczują, ale wtedy już nie będzie można tego cofnąć - ostrzega Ryszard Schnepf, były wiceminister MSZ i były ambasador w USA

Sejm pracuje nad projektem ustawy o służbie zagranicznej, zgłoszonym przez grupę posłów PiS. Projekt poparły już 9 listopada 2017 na wspólnym posiedzeniu komisje spraw zagranicznych i ustawodawcza.

Projekt ma przede wszystkim dać prawną podstawę do czystki w MSZ – wszyscy obecni pracownicy mają być zwolnieni, a tylko wybranym zostanie zaproponowane ponowne zatrudnienie. Ustawa zakazuje pracy w służbie zagranicznej osobom, które współpracowali z PRL służbami specjalnymi. Według autorów projektu ustawy, w mediach nazywanej dezubekizacyjną, takich osób jest obecnie w MSZ ok. 100 na 3,5 tys. zatrudnionych.

Na stronie Sejmu projekt jest poprzedzony następującym opisem: „Projekt dotyczy m.in.:

  • ustawowego określenia zadań służby zagranicznej,
  • modyfikacji katalogu osób wchodzących w skład służby przez dodanie kategorii kontraktowych członków służby zagranicznej,
  • objęcia ustawą pracowników wykonujących zadania ministra właściwego do spraw członkostwa RP w UE,
  • wprowadzenia negatywnej przesłanki zatrudnienia w służbie zagranicznej, którą stanowi praca, służba lub współdziałanie z organami bezpieczeństwa”.

Ale w projekcie znalazł się też dość zaskakujący przepis, na podstawie którego część MSZ miałaby podlegać Ministrowi Sprawiedliwości, a nie ministrowi spraw zagranicznych.

 „W celu zapewnienia bezpieczeństwa obrotu prawnego z zagranicą oraz ochrony i monitorowania przestrzegania praw obywateli polskich w postępowaniach przed sądami i innymi organami wymiaru sprawiedliwości za granicą Minister Sprawiedliwości w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw zagranicznych może tworzyć wydziały i zespoły zadaniowe działające w strukturze placówek zagranicznych” (art.24 ust.5).

Zatrudnienie w takich „eksterytorialnych” wydziałach podległych tylko ministrowi sprawiedliwości mieliby znaleźć np. sędziowie. Według przepisu mieliby:
  • zapewniać bezpieczeństwo obrotu prawnego z zagranicą,
  • chronić prawa obywateli polskich przed sądami i innymi organami wymiaru sprawiedliwości,
  • monitorować ich przestrzeganie.

Jednym z powodów, dla których maja powstać takie wydziały w MSZ, jest ochrona praw polskich dzieci i ich rodziców mieszkających za granicą, zwłaszcza kwestia odbierania – ograniczania – polskim rodzicom praw rodzicielskich ze względu na rzeczywistą bądź rzekoma przemoc wobec dzieci.

Przedstawiciel Ministerstwa Sprawiedliwości na zebraniu podkomisji nadzwyczajnej mówił o istnieniu takich problemów przede wszystkim w Niemczech, Norwegii, Belgii oraz „prawdopodobnie w Zjednoczonym Królestwie” i „pewnie coś jeszcze by się znalazło”. Choć statystyki i analiza tych przypadków miały być przedstawione na posiedzeniu komisji, posłowie informacji o skali zjawiska nie otrzymali.

Według przedstawiciela ministerstwa sprawiedliwości miałoby to być jedynie dodatkowe narzędzie, wykorzystywane w „newralgicznych punktach”, gdzie obywatel nie jest należycie chroniony.

Posłanka Małgorzata Gosiewska (PiS), sprawozdawczyni projektu ustawy, dodaje, że trudno oczekiwać, by konsul dysponował takim doświadczeniem, jakim może dysponować sędzia. W dodatku sędzia jest zupełnie inaczej traktowany przez służby innego kraju i ma zwiększone możliwości obrony polskiego obywatela.

Schnepf: Ten pomysł możemy zakwalifikować w kategoriach absurdu

Dla OKO.press projekt ocenia Ryszard Schnepf, wieloletni dyplomata, historyk, iberysta, b. wiceminister spraw zagranicznych, ambasador w Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii, Urugwaju, Paragwaju, Kostaryce, Gwatemali i kilku innych krajach.

„Ten pomysł możemy zakwalifikować do kategorii absurdu” – mówi Schnepf. „Najwyraźniej autorzy projektu nie mają żadnego pojęcia, jak wygląda praca konsularna. Mówimy o innej rzeczywistości prawnej.

Polski sędzia lub adwokat nie ma uprawnień do działania poza granicami kraju, a znajomość tylko polskiego prawa jest niewystarczająca, by występować przed organami innego kraju”.

Służba zagraniczna jest regulowana wieloma międzynarodowymi konwencjami, przede wszystkim Konwencją Wiedeńską. Jasno wskazuje kto może występować za granicą w sprawach obywateli danego kraju. Osoby, które wskazuje projekt, np. sędziowie, musieliby uzyskać status konsula.

„To, że zostaną zmienione przepisy w Polsce, nie oznacza, że nagle zmienią się konwencje i inne kraje będą wprowadzać przepisy, by pozwolić na działanie polskich zespołów” – tłumaczy ambasador Schnepf.

Konsul to zawód, który obejmuje szeroki zakres obowiązków od identyfikacji zwłok po sprawy wizowe i legalizację dokumentów. Ze względu na dużą liczbę często skomplikowanych zadań konsulami mogą być tylko te osoby, które spełnią rygorystyczne kryteria. Nie muszą być stałymi pracownikami MSZ, bo resort często zatrudnia ich na kontraktach czasowych.

Muszą jednak spełniać określone warunki: znać co najmniej dwa języki obce, mieć doświadczenie w administracji oraz zdać egzamin konsularny, który bardzo szczegółowo bada wiedzę kandydata. Przy wyjeździe na placówkę dyplomatyczną urzędnik konsularny jest szkolony w zakresie miejscowego prawa, bo musi doskonale znać sytuację prawną w państwie przyjmującym. Egzamin jest formą sprawdzenia kandydata i odrzucenia osób nieodpowiednio przygotowanych do tej pracy, lub które zwyczajnie nie mają predyspozycji do działania w tak wrażliwym obszarze.

Tymczasem Ministerstwo Sprawiedliwości na wysuwany przez MSZ takie argumenty odpowiada, że w takim razie sędziom zostaną nadane tytuły konsularne, by mogli działać zagranicą.

Jeśli tytuły zostają nadane, to gdzieś ukryty jest zamysł, by wysłać ludzi niekompetentnych, którzy w ten sposób ominą barierę egzaminu. To casus Misiewicza z MON.

Już teraz słyszy się o sytuacjach awansu o cztery stopnie wojskowe. W MSZ także są przypadki skoku z trzeciego sekretarza do ambasadora lub konsula generalnego. To tak, jakby świeżo upieczony magister został profesorem, bo akurat brakuje profesorów. Jest to nic innego jak szybkie kariery w oparciu wyłącznie o polityczne koneksje” – ostrzega Schnepf.

Podkreśla, że nadanie komuś tytułu profesora czy konsula nie sprawia, że ktoś nim zostaje – nie stoi za tym potwierdzenie przejścia pewnej ścieżki zawodowej. Niesprawiedliwe awanse oparte na politycznych deklaracjach, a nie doświadczeniu czy zdolnościach sprawią, że wśród pracowników nie będzie istniała motywacja, żeby się starać, żeby być lepszym i wspinać się po kolejnych szczeblach kariery zawodowej, skoro można to wszystko przeskoczyć i przyśpieszyć.

„Można zrujnować całą administrację tylko po to, by stworzyć rezerwę kadrową złożoną z sympatyków partii. Ambasador czy konsul to awans wynikający z przejścia jakiejś ścieżki zawodowej, ale człowiek niemądry się nad tym nie zastanawia. Skoro inny może, to czemu nie ja?”

Schnepf zwraca uwagę także na jeszcze jeden aspekt tego pomysłu. „Jeśli Ministerstwo Sprawiedliwości obawia się poddać swoich przedstawicieli rzetelnej procedurze rekrutacji, oznacza to, że mogliby jej nie przejść. A tłumaczenia, że tytuły konsularne trzeba nadać ustawą, bo sędziowie nie zrzekną się swojego urzędu, by przejść do MSZ i zarabiać mniej jako urzędnik, są niedorzeczne.

Zamysł jest niezwykle czytelny: to rozdanie ludziom ze swojego otoczenia politycznego kilkuset stanowisk zagranicą”.

„Skoro omijamy kompetencje, to możemy każdego zatrudnić w dowolnym zawodzie. Osoba bez prawa jazdy może zostać kierowcą, a w gabinecie stomatologicznym spotkamy hydraulika. Kompletny absurd” – mówi OKO.press Ryszard Schnepf.

„Czemu tylko sędziowie, leśnicy też się nadadzą w dyplomacji”

Lecz nawet gdyby nadać sędziom tytuły konsularne, należy zastanowić się nad celowością pomysłu. Osoba delegowana przez MS będzie miała takie same kompetencje jak inni urzędnicy konsularni – będzie mogła pomóc w szukaniu miejscowego prawnika, ale nic więcej. Sędziowie nie są specjalnie traktowani w innych państwach, jak przekonuje nas PiS, więc tworzenie dodatkowych stanowisk (za które trzeba będzie zapłacić) jest bezcelowe.

Przedstawicieli różnych ministerstw w MSZ i ambasadach można mnożyć – czemu Ministerstwo Środowiska nie miałoby mieć zagranicą własnych leśników?

Schnepf wskazuje, że aby zwiększyć funkcjonalność MSZ i ochronę obywateli polskich za granicą, nie trzeba zwiększać liczby etatów, a raczej racjonalnie dysponować siłami, które już są. Trzeba zasilić te placówki, w których jest więcej spraw prawnych kosztem placówek, gdzie obciążenie jest mniejsze.

Niestety – jego zdaniem – w projekcie ustawy chodzi o coś innego niż o walkę dla dobra obywateli.

„Wszystkie działania, które mają pomóc Polakom zagranicą, są pozorowane. W ogóle nie pomogą” – sądzi Schnepf. – „Mają służyć innemu celowi – poszerzania władzy ministra sprawiedliwości”.

Gdy minister Waszczykowski słabnie, to MSZ rozdrapują silniejsi

Pozycja obecnego szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego jest coraz słabsza. Jest wymieniany jako jeden z pierwszych do wymiany przy grudniowej rekonstrukcji rządu. Dlatego innym ministrom łatwiej wchodzić na pole dotychczas zarezerwowane dla resortu dyplomacji.

„To zjawisko, które wielokrotnie zachodziło w historii – królestwa rozbudowane kosztem słabego. Inni ministrowie wyczuwają niekorzystną pozycję MSZ i to wykorzystują”.

Stopniowy proces rozdrapywania ministerstwa obserwujemy od miesięcy:

  • Wydziały związane z promocją kultury znalazły się w gestii Ministra Kultury – bo mimo że formalnie podlegają MSZ, to Gliński ma decydujący głos.
  • MON podejmuje działania należące do gestii MSZ, wzywając attaché wojskowego Ambasady Niemiec do składania wyjaśnień i tworząc dyplomatyczny konflikt.
  • Tworzona jest Rada Służby Zagranicznej, która ma opiniować działania MSZ.

„Nastąpił niemal kompletny rozkład MSZ, pozbawienie resortu kompetencji, które mają MSZ-y w innych krajach. Polski MSZ staje się słabym i niekompetentnym rozmówcą dla partnerów na arenie międzynarodowej, bo nie może mówić o sprawach, które podlegają kompetencjom innych ministerstw”.

Schnepf bardzo pesymistycznie ocenia stan polskiej dyplomacji i polityki zagranicznej pod rządami PiS. „Jesteśmy świadkami degradacji polityki zagranicznej. Wykorzystuje się ją, by propagandowo w danym momencie położyć nacisk na jakąś kwestię dla mobilizacji elektoratu. Nie ma żadnej strategii – a gwałtowne gesty wobec innych państw, szczególnie sąsiadów, w perspektywie długofalowej rujnują nasze relacje dyplomatyczne.

Polityka zagraniczna straciła podmiotowość w oczach rządzących. Stała się polem do wewnętrznych starć PiS, a najbardziej cierpi na tym Polska i jej racja stanu” – mówi Schnepf.



Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym