OKO.press rozmawiało ze studentami oraz kolegami prof. Ewy Budzyńskiej, w której obronie stanął min. Gowin oraz „Ordo Iuris”. Według studentów socjolożka na zajęciach puszczała główne filmy z TV Trwam i TVP oraz mówiła, że aborcja to morderstwo - niezgodnie z sylabusem i tematem zajęć. Analizujemy dorobek profesor Budzyńskiej

W skrócie: OKO.press rozmawiało ze studentami i kolegami prof. Ewy Budzyńskiej z Uniwersytetu Śląskiego. Przeczytało także jej prace naukowe. Wyłania się z nich obraz osoby o skrajnie konserwatywnych, ultrakatolickich poglądach (co samo w sobie nie jest oczywiście niczym złym). Dorobek naukowy prof. Budzyńskiej jest niewielki i właściwie nigdzie nie cytowany. Na zajęciach zaś — jeśli wierzyć studentom – puszczała filmy z TVP i TV „Trwam” oraz mówiła o swoich poglądach na kwestie aborcji czy antykoncepcji, nie popartych żadnymi badaniami.

Jaka jest stawka sprawy prof. Ewy Budzyńskiej i dlaczego to ważne? OKO.press pisało o niej obszernie (tutaj). Przypomnijmy: opisała ją najpierw w marcu 2019 roku katowicka „Wyborcza” (tutaj). Studenci II roku socjologii poskarżyli się rektorowi na wykłady socjolożki. W trakcie zajęć „Międzypokoleniowe więzi w rodzinach światowych” miała mówić m.in., że:

  • stosowanie antykoncepcji jest „zachowaniem aspołecznym”;
  • „aborcja to morderstwo”, bez względu na przyczynę;
  • stosowanie wkładki domacicznej to aborcja;
  • „normalna rodzina zawsze składa się z mężczyzny i kobiety”;
  • „osoby homoseksualne to coś gorszego”;
  • „ideologia gender” jest jak komunizm;
  • wysyłanie dziecka do żłobka to robienie mu krzywdy.

Uczelnia rozpoczęła postępowanie wyjaśniające, a potem skierowała sprawę do rzecznika dyscyplinarnego. Rzecznik uznał, że wykładowczyni powinna zostać ukarana naganą, m.in. za to, że: „formułowała wypowiedzi w oparciu o własny, narzucany studentom, światopogląd o charakterze wartościującym, stanowiące przejaw braku tolerancji wobec grup społecznych i ludzi o odmiennym światopoglądzie,

nacechowane wobec nich co najmniej niechęcią, w szczególności wypowiedzi homofobiczne, wyrażające dyskryminację wyznaniową, krytyczne wobec wyborów życiowych kobiet dotyczących m.in. przerywania ciąży”.

Według samej prof. Budzyńskiej zarzucono jej „propagowanie radykalnego katolicyzmu”.

Przed rozprawą dyscyplinarną – wyznaczoną na 31 stycznia 2020 – prof. Budzyńska rozwiązała jednak umowę o pracę z uniwersytetem za porozumieniem stron. Mimo to postępowanie dyscyplinarne nie zostało zakończone i sprawa ma się odbyć.

Sprawa prof. Budzyńskiej stała się pretekstem dla ministra Gowina do zaproponowania zmian w ustawie o szkolnictwie wyższym. Ograniczą one wolność rektora (przypomnijmy — demokratycznie wybranego) do decydowania, jakie wykłady czy spotkania mogą się odbyć w murach uniwersytetu. Niezadowoleni z odwołania spotkania (np. z politykiem skrajnej prawicy albo zwolennikiem płaskiej ziemi) będą mogli się odwoływać — aż do komisji złożonej z osób powołanych przez ministra (więcej piszemy w naszym tekście).

Studenci mówią

Studenci prof. Budzyńskiej skarżą się na manipulacje ich zarzutami pod adresem prowadzącej w prorządowych mediach, zwłaszcza w TVP.

Według nich prof. Budzyńska ani nie referowała cudzych poglądów, ani nie prezentowała w czasie zajęć żadnych wyników badań – puszczała filmy i głosiła swoje poglądy, nie podpierając ich żadnymi dowodami.

Studenci opowiadają, jak wyglądały zajęcia.

„Głównie oglądaliśmy filmy, co w ogóle się nie zgadzało z sylabusem. Sylabusa zresztą w ogóle nie było, wykładowca przygotowała go dopiero wtedy, kiedy złożyliśmy skargę” – mówi OKO.press studentka, która uczestniczyła w zajęciach i podpisała skargę.

„Szalę przeważyły zajęcia, które odbyły się 17 grudnia 2018 roku. Przyniosła nam plastikowe modele płodów, których się używa na biologii. Pokazywała, jak podczas aborcji dziecko się rozrywa. Mówiła również, że antykoncepcja hormonalna jest wczesnoporonna, co oczywiście nie jest prawdą. Tymczasem wiemy, że ona nie doprowadza do owulacji. Przekazywała więc informacje, które były niezgodne z wiedzą naukową. Sugerowała, że jeśli kobieta używa wkładki domacicznej, to dzieci mogą urodzić się z wkładką wrośniętą w głowę. Mówiła, że jedyną dopuszczalną formą antykoncepcji jest kalendarzyk. Każda inna doprowadza do poronienia, a więc jest aborcją i morderstwem. Myliła środki wczesnoporonne z tabletkami »dzień po«. O aborcji mówiła tyle, że w każdym wypadku to morderstwo bez żadnego usprawiedliwienia”.

Temat oficjalny zajęć prof. Budzyńskiej to „więzi pokoleniowe w rodzinach światowych”. Miały pokazywać, jak działa rodzina w różnych religiach i kulturach na świecie.

„Tematyka dotycząca aborcji i eutanazji w ogóle nie wchodziła w skład ćwiczeń” – mówi studentka.

„Profesor mówiła też o eutanazji: że ludzie prowadzą swoich starych rodziców na eutanazję wyłącznie ze względu na wygodę. Nie dopuszczała możliwości, że ludzie sami wybierają eutanazję po to, aby nie cierpieć”.

„Mówiła, że dzieci wychowywane przez pary homoseksualne nie są szczęśliwe i źle się rozwijają, oraz że kobieta, która oddaje dziecko do żłobka, robi mu wielką krzywdę i powinna siedzieć w domu z dzieckiem”.

Prof. Budzyńska nie referowała cudzych poglądów. „Ona zaczęła po prostu mówić, co myśli”.

Studenci czują się skrzywdzeni przez materiał TVP o sprawie.

„TVP totalnie zmanipulowała sprawę. Powiedziała, że skarżymy się, ponieważ prof. Budzyńska powiedziała, że »kobieta i mężczyzna to normalna rodzina«. To zupełnie nieprawda, wtedy nikt by nie protestował. W telewizji mówili, że pokazywała nam badania. To nieprawda. Nigdy nam żadnych badań nie przyniosła. Zawsze mówiła o tym, co sama myśli. Sama z siebie, bez odniesienia do tematyki zajęć. To ona zaczynała te dyskusje” — mówi studentka.

„Filmy, które puszczała, były głównie z TV Trwam i TVP. One pasowały do tematyki zajęć, opowiadały o różnych kulturach. Były jednak stare i bardzo stereotypowe. Były filmy o muzułmanach, którzy zabijają własne córki i siostry. Były to filmy, a nie slajdy czy prezentacje. Filmów w sylabusie w ogóle nie było. Sylabus pokazali nam dopiero na pierwszym przesłuchaniu”.

Studentka podkreśla, że wykładowczyni nigdy nie dyskutowała ze studentami o badaniach. „Musiałaby je nam najpierw przedstawić. Nigdy nam nic takiego nie pokazała” – mówi.

Bardzo podobne wspomnienia z zajęć mieli studenci prof. Budzyńskiej rozmawiający z magazynem „Równość” (tutaj).

OKO.press otrzymało również dostęp do prywatnych dyskusji prowadzonych na Facebooku przez kolegów i koleżanki prof. Budzyńskiej.

„Prawdą o jej kursie socjologii rodziny jest to, że wykraczała poza teorie i jednostronnie naruszała treści programowe odnosząc się do antykoncepcji i aborcji jako zjawisk medycznych, a żłobki porównywała do obozów koncentracyjnych. (…) Całkowita żenada – sprawa do obrony tylko na poziomie baniek ideologicznych wytwarzanych przez katolickich fundamentalistów. Bronicie »swojaka« wszelkimi technikami propagandy i kłamliwej perswazji. Wstyd wam – AMEN”.

– napisał jeden z wykładowców na UŚ w dyskusji prowadzonej przez pracowników na Facebooku.

Dorobek prof. Budzyńskiej: ultakonserwatystka bez cytowań

OKO.press zapoznało się z dorobkiem naukowym i karierą akademicką prof. Budzyńskiej.

Doktorat obroniła w 1991 roku na KUL pod kierunkiem ks. prof. Janusza Mariańskiego. Habilitację w 2008 na Uniwersytecie Śląskim. Pomiędzy obroną doktoratu w 1991 roku a uzyskaniem habilitacji w 2008 roku przez prof. Budzyńską upłynęło, jak łatwo policzyć, 17 lat. To bardzo długi okres, nie świadczący o wysokiej aktywności naukowej. Ks. prof. Janusz Mariański był także jednym z recenzentów rozprawy habilitacyjnej prof. Budzyńskiej.

Niestety, OKO.press nie znalazło recenzji habilitacji na stronie Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów Naukowych – urzędu państwowego, który zajmował się (do czasu jego likwidacji w ramach zmian wprowadzanych przez min. Gowina) postępowaniami habilitacyjnymi.

Prof. Budzyńska publikowała niedużo – głównie w czasopismach związanych z Kościołem albo o religijnym profilu (np. „Studia Teologiczne i Humanistyczne”).

Według bazy danych Google Scholar jej prace właściwie nie są cytowane. Najczęściej cytowana ma 8 cytowań.

Jest to książka „Ład moralny w zmieniającym się społeczeństwie. Socjologiczne studium wartości moralnych mieszkańców Katowic”, (Katowice 2007). Prof. Budzyńska opisuje liberalizację postaw mieszkańców wielkiego miasta. Pracę kończy obszernym cytatem z wielokrotnie zresztą przytaczanego przez nią ks. Janusza Mariańskiego, który przewiduje, że w miarę odchodzenia społeczeństwa od wizji ładu moralnego opartego na Bogu – być może – „człowiek człowiekowi stanie się wilkiem” (s. 224). Skrajnie konserwatywne poglądy widoczne są w wielu publikacjach naukowych prof. Budzyńskiej. Zacytujmy jej artykuł „Rodzina jako wartość? Dylematy socjologa” ([w:] „Rodzina jako wartość. Wzory – modele – redefinicje, red. W. Muszyński, Toruń 2015).

Prof. Budzyńska narzeka w nim na proces rozpadu tradycyjnej rodziny, opartej na małżeństwie i religijnie usankcjonowanym związku małżeńskim.

„W II połowie XX wieku cały ów układ społeczny, misternie tkany i podtrzymywany przez wieki społeczno-kulturowego rozwoju danej zbiorowości, zostaje w kulturze zachodniej wywrócony, układany na nowo, redefiniowany, testowany”.

– pisze z wyraźnym ubolewaniem socjolożka.

Prof. Budzyńska zarzuca także niekonserwatywnym socjologom, którzy opisują przemiany społeczne, ale ich nie wartościują, „legitymizowanie przemian społecznych” (s. 32).

W rozprawie habilitacyjnej „Międzypokoleniowe więzi w rodzinie. Studium socjologiczne rodzin polskich i słowackich” (Katowice 2018), prof. Budzyńska poświęca cały rozdział „socjalizacji religijnej”. Autorka przedstawia proces odchodzenia od tradycyjnych postaw wobec religii oraz tradycyjnego modelu rodziny z wyraźnym ubolewaniem, pisząc o odchodzeniu od „wiary ojców” (termin ze s. 379).

„Podsumowując: w porównaniu ze starszymi pokoleniami jedynie u niewielkiego odsetka młodych ludzi mamy do czynienia z procesem fascynacji wiarą i pogłębiania jej” — komentuje (s. 382).

W zakończeniu socjolożka ubolewa nad „kulturą narcyzmu, kultu własnego JA” oraz „dyskredytacją wartości rodziny jako podstawowego elementu społecznej struktury” (s. 404). 

Według prof. Budzyńskiej „toczy się walka o rodzinę” pomiędzy tymi, którzy jej bronią (głosząc wartości oparte na religii), a tymi, którzy chcą ją zniszczyć. Rodzina – konkluduje autorka – ma jednak „szanse przetrwania jako filar tradycyjnego, opartego na wartościach porządku społecznego” (s. 414).

Prof. Budzyńska nie chce rozmawiać z mediami. OKO.press bezskutecznie próbowało się z nią skontaktować.

"Takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"
OKO pisze o edukacji. Wesprzyj nas.

Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Komentarze

  1. Zenon Nowak

    Tam, gdzie panuje wolność debaty głupcy też mają głos, ale mają też kłopot. Kłamstwa, sprzeczności, gołosłowie i tym podobne przypadłości trapiące wariatów, ćwoków i półgłówków są na różnych poziomach wychwytywane i krytykowane oraz obśmiewane. Wytwarza się jakiś mainstream z którego co bardziej idiotyczne poglądy są usuwane na margines. Taki główny nurt jest oczywiście wielogłosowy, ale skupia się w dość określonych miejscach i gr5upach społecznych. Są to duże ośrodki miejskie, najlepsze szkoły, poważna publicystyka, warstwa ludzi wykształconych i należących do klasy średniej lub wyższej. Coś, co wariaci i proleci nazywają zadzieraniem nosa, akademicką nauką, poprawnością polityczną czy właśnie meinstreem'em nie jest produktem spisku bogatych przeciwko gołodupcom i świrusom tylko równowagą pomiędzy rozumem i ignorancją. Ignorancja generalnie radzi sobie gorzej, więc, siłą rzeczy, rozum rozum w jakimś sensie "panuje" nad społeczeństwem, co jest najlepsze dla wszystkich, nawet dla tych głąbów którzy czują się pogardzani przez zadzierających nosa apropagów. Kiedy jednak wolność debaty zastąpimy zasadą bezrefleksyjnego posłuszeństwa, jakakolwiek krytyczna debata znika. Nieliczni wybrańcy władzy mogą mówić co zechcą, dopóki oczywiście są tymi wybrańcami. Teraz jeszcze wariaci wytykani palcami albo otaczają się wyłącznie wyznawcami, pokazują się tylko w swoich mediach, albo, gdy są wytykani palcami i wyśmiewani, obrażają się i twierdzą, że odbiera się im prawo do udziału w debacie. Co nie jest prawdą, bo rezygnacja z usług wariata przez jakiś uniwersytet nie odbiera wariatowi praw do bredzenia, usuwa się się go tylko z powodu kretynizmu, za który, gdyby był w jakimś kręgu tolerowany, czyniłby ludzi z tego kręgu współodpowiedzialnymi za wygłupy takiej na przykład Budzyńskiej. Która zawsze może sobie pójść do Rydzyka albo na KUL i tam bredzić do woli.

  2. Marcin Benedykt

    Czyli ta Pani potraktowała studentów jak dzieci w podstawówce na katechezie. Brakowało tylko puścić "niemy krzyk". Forsowała treści nie związane z programem zajęć, przedstawiała tezy antynaukowe. Z której strony nie spojrzeć nie da się tego obronić. Co Gowina zbulerwsowało w tej sprawie? Chyba tylko dlatego podjął aktywność bo podziela fundamentalistyczne przekonania tej Pani. Bo pola do merytorycznego wybronienia zaistniałej sytuacji nie widzę.

    • Marcin Benedykt

      Nawet w OKO jest strach napisać wprost, że fundamentalizm religijny (w tym katolicki) jest szkodliwy społecznie i należy go rugować z instytucji publicznych (szczególnie z placówek mających związek z edukacją). A z portretu tej Pani wynika, że dokładnie z tym mamy do czynienia.

    • Agnieszka Charzynska

      Konserwatyzm sam w sobie nie jest niczym złym (np. torysi). Wiele zmian wprowadzanych szybko i na siłę przynosi złe skutki.
      Problem jest wtedy, gdy ultrakonserwatyści, odporni na wszelkie argumenty, chcą swoje religijne wizje narzucać innym.

  3. Andrzej Maciejewicz

    Większość skandali z antynauką, kołtunstwem, kłamstwem w tle dotyczy "profesorów" uczelni katolickich krajowych lub zagranicznych. Coś jest nie tak w prawie dotyczącym wyższych uczelni i tytułów naukowych. Zgodnie z konkordatem tytuły nadane przez uczelnie zagraniczne są przez Polskę uznawane. Bez jakiejkolwiek weryfikacji. Tytuły krajowe – tu sytuacja jest jednoznaczna. Oksymoronem stał się "profesor" – kretyn, nędza moralna. Ku zadowoleniu Krk, płodzącego "naukowców jak królik.

  4. Lech Słomianowski

    Przypadek żenujący, ale chyba dla całego polskiego systemu nauki. Tam gdzie dobre uniwersytety, tam panuje konkurencja poglądów oparta o fundament okresowej umowy o pracę dla naukowców, I pewne żelazne zasady, jak ta że doktoratu nie robi się w tej samej uczelni co magisterium, ani dwóch stopni naukowych u tego samego promotora. Wszystkie te dobrze sprawdzone zasady w Polsce znaczą tyle co nic. Przeklęta jest umowa o pracę a święte zatrudnienie na stałe każdej naukowej gołodupki (bo dzieci, bo rodzina, bo…etc.etc). Osoba z umiejętnościami omawianej "socjolożki" poza etatem UŚ nie nadawałaby się nawet na zmywak. Gdzie indziej życie i porządna uczelnia zweryfikowałaby ją od razu. U nas???? Po trzydziestu latach od obronienia "doktoratu" przez bohaterkę artykułu, OKO "odkrywa", że ziemia jest płaska….
    Cóż……"tego kwiatu to pół (polskiego) światu….tak właśnie działa cała polska nauka

  5. Mateusz Głazowski

    Ta kobieta ma śladowy dorobek naukowy, którego wyniki nie są cytowane i jest profesorem? To jest "elyta" pisuarowa. Nie ma znaczenia, że rzeczywiście coś mądrego zrobił, zaprezentował, inni się do tego odnieśli – ważne opowieści zgodne z linią partii. A co senat i rektor UŚ w tej sprawie?

Masz cynk?