Prawa autorskie: / Agencja Gazeta/ Agencja Gazeta
29 sierpnia 2021

Znamy tożsamość tych 32 osób. To Afgańczycy, wciąż ci sami. Chorzy, głodni, wycieńczeni [WYWIAD]

Rząd twierdzi, że uchodźcy w Usnarzu Górnym dostają jedzenie od Białorusinów. Sugeruje, że są przez reżim Łukaszenki podmieniani, a poza tym, że to nie Afgańczycy tylko Irakijczycy. OKO.press rozmawia z Fundacją Ocalenie, by zweryfikować te informacje

Od kilkunastu dni na granicy w okolicy Usnarza Górnego znajduje się grupa Afgańczyków, opisywaliśmy w OKO.press co się nimi i wokół nich dzieje. Wszystkie nasze teksty można znaleźć pod tym linkiem - Usnarz Górny

Rozmawiamy z Marianną Wartecką z Fundacji Ocalenie, która od początku stara się pomóc uchodźcom.

Dominika Sitnicka, OKO.press: W jakim stanie są uchodźcy na granicy w Usnarzu Górnym?

Marianna Wartecka, Fundacja Ocalenie: Pani Gul jest nadal w bardzo złym stanie. Nie wstaje, nie wychodzi z namiotu. Pozostałe osoby - wszyscy są mniej lub poważniej chorzy. Odkąd jesteśmy na miejscu, czyli przez ponad tydzień, nie została do nich dopuszczona pomoc medyczna z polskiej strony. Czy mieli do niej dostęp ze strony białoruskiej lub przed naszym przyjazdem - nie wiemy. W naszej obecności ani lekarze, ani karetka nie zostali przepuszczeni. Nie przekazano im leków, które przygotowaliśmy i opisaliśmy po persku.

A co im dolega?

Katar, kaszel, wymioty, omdlenia, krew w moczu. Bóle różnych części ciała - brzucha, głowy, mięśni, stawów. Problemy z oddychaniem, objawy zapalenia płuc. Jedna osoba z krwią w moczu i płytkim oddechem. W sobotę przyjechała karetka Stowarzyszenia Azylant z Rybnika, ponownie nie została dopuszczona. Franek Sterczewski próbował wezwać karetkę przez 112, ale dostaliśmy informację, że przyjadą tylko jeśli będzie zgoda na wjazd. Nie było.

A co z jedzeniem? Podawaliście informacje, że czasem dostają chleb ze strony białoruskiej. Prawica na Twitterze pokazuje zdjęcia, na których widać konserwy z etykietami pisanymi cyrylicą.

Nie wiadomo, kiedy były robione te zdjęcia, więc trudno nam się do takich informacji odnieść. Z naszej komunikacji z nimi wynika, że od Białorusinów dostają sam chleb mniej więcej co dwie doby. Dostali go w czwartek i we wtorek rano. W środę i wczoraj do wieczora - nic. W piątek późnym wieczorem dostali pierwszy od dawna ciepły posiłek od Białorusinów, powiedzieli nam o tym w sobotę rano. W ostatnich dniach sami z siebie zaczęli krzyczeć do nas, że są głodni. Do tej pory to się nie zdarzało. Przyznawali, że są głodni dopiero po naszych pytaniach. Teraz sami nawiązują kontakt. Nie mamy powodów, żeby im nie wierzyć.

Rząd i prawica powtarzają, że to nie są Afgańczycy, tylko Irakijczycy.

Ale my znamy ich dane osobowe od 19 sierpnia. Uzyskaliśmy od nich wtedy wypełnione pełnomocnictwa. Znamy ich imiona, nazwiska. Wszystkie 32 osoby jako swój kraj pochodzenia podały Afganistan. Wtedy rozmawiała z nimi tłumaczka, która jest Tadżyczką i mówi w tadżyckim wariancie perskiego. Jako native speakerka tego języka jest w stanie rozpoznać skąd ktoś pochodzi. Ani chwili nie miała wątpliwości, że te osoby posługują się dari, czyli afgańską odmianą języka perskiego. Wszyscy komunikowali się z nią w tym języku. W czwartek, żeby walczyć z tą dezinformacją dotyczącą ich pochodzenia, wywoływaliśmy z imienia i nazwiska każdą osobę i spytaliśmy z jakiej prowincji pochodzą. Podawali nazwy konkretnych prowincji.

Jakie to prowincje?

Jest ich kilka. Między innymi Kabul, Ghazni, Maidan Wardak, Parwan. To tak jakby spytać kogoś, kto nie jest Polakiem o to, z jakiego pochodzi województwa. Nie odpowie na takie pytanie bez zawahania. Oni nie mają tam przecież dostępu do internetu, nie mogą sprawdzić mapy. Oprócz tego różnymi drogami udało nam się pozyskać zdjęcia afgańskich dowodów większości z tych osób.

W jaki sposób to się udało?

Mamy kontakt z ich rodzinami, które mieszkają w różnych krajach. Te osoby też się częściowo znają, razem uciekali z Afganistanu. Uzyskanie kontaktu z jedną z rodzin pozwoliło nam na zlokalizowanie innych.

To kolejna prawicowa narracja - Kabul zajęto dwa tygodnie temu i ci Afgańczycy magicznie w ciągu paru godzin znaleźli się na polsko-białoruskiej granicy.

Po pierwsze nie wszyscy są z Kabulu. Talibowie przejmowali Afganistan od wielu miesięcy prowincja po prowincji, więc część z nich uciekała z obszarów, które były zajęte wcześniej. Po drugie - przecież są Afgańczykami i zdawali sobie sprawę z sytuacji w kraju, z tego, że Amerykanie się wycofują. Załamujemy ręce nad tą argumentacją. Mamy ochotę spytać, czy ci ludzie mieli czekać z ucieczką, aż Talibowie ich zabiją?

Rząd twardo obstaje przy wersji, że oni znajdują się po stronie białoruskiej.

Teraz z perspektywy 200 metrów trudno nam określić, gdzie dokładnie przebiega granica. W piątek latał nad tym terenem helikopter wynajęty przez Polsat. Z tych zdjęć wynika, że rzeczywiście są teraz raczej po białoruskiej stronie. Ale dosyć wyraźnie widać tam też ślady obozowiska po polskiej stronie. W piątek w rozmowie zresztą potwierdzili nam, że pięć dni wcześniej kazano im się o kilka metrów przesunąć.

Jak właściwie się z nimi porozumiewacie, skoro dzieli was 200 metrów?

My mówimy do nich przez megafon, oni w naszą stronę krzyczą. Od kilku dni - z wyjątkiem soboty - ta komunikacja wygląda lepiej, bo polscy żołnierze i pogranicznicy już nie włączają syren ani silników, kiedy zaczynamy mówić. Dzięki temu teraz jesteśmy w stanie zadawać trochę bardziej skomplikowane pytania. Kiedy są złe warunki pogodowe - na przykład deszcz, wiatr, lub kiedy jesteśmy zagłuszani, to zadajemy im pytania, na które można odpowiedzieć tak lub nie. Wtedy oni odpowiadają, podnosząc rękę.

Jak waszym zdaniem ta sytuacja może się rozwinąć?

Cały czas liczymy na to, że ludzie, którzy podejmują tu decyzje, jednak się opamiętają. Mieliśmy wrażenie, że w czwartek (26 sierpnia) doszło do pewnego obniżenia napięcia z tej uzbrojonej strony. Było mniej ludzi, mniej samochodów. Pierwszy kordon zaczęli tworzyć policjanci zamiast żołnierzy i Straży Granicznej. Niestety, oprócz tego nic się nie wydarzyło. Nie dostarczono im pomocy humanitarnej wbrew postanowieniom EPTCz o środkach tymczasowych.

Jesteśmy cały czas w zawieszeniu. Nie dopuszczamy do siebie myśli, co może się tu zdarzyć w najbliższym czasie. To naprawdę jest kwestia dni, żeby ktoś tam mógł umrzeć. Nie można tak długo przetrzymywać ludzi w tak fatalnych warunkach. Oni nie mają nawet dostępu do wody. Piją z brudnego strumienia, właściwie rowu. Suchy chleb co drugi dzień trudno nazwać jedzeniem. Mają trochę tych namiotów, które zdołaliśmy dostarczyć im 19 sierpnia, ale nie mają wystarczająco dużo przestrzeni, żeby rozbić wszystkie. W nocy jest bardzo zimno, temperatury spadają do 5-6 stopni. Jest bardzo wilgotno, są regularne deszcze, czasem ulewy. Cały czas komunikują nam, że są zmarznięci, przemoczeni. To się skończy tragedią.

Prawica mówi, że oni są wymieniani, rotują.

To nieprawda. Byliśmy wcześniej blisko nich. Znamy ich twarze, wiemy, jak są ubrani. Od kiedy odseparowano nas na te 200 metrów obserwujemy ich przez lornetki i robimy im zdjęcia aparatem z obiektywem teleskopowym. Mamy zdjęcia z bliska, z ostatnich kilku dni, mamy nagrania z ubiegłego tygodnia, jak deklarują chęć ubiegania się o ochronę międzynarodową. Mamy dowody na to, żeby potwierdzić, że to są cały czas te same 32 osoby z Afganistanu.

A jak wygląda wasza praca na pozostałych odcinkach granicy. Szukacie innych grup uchodźców?

Nie szukamy aktywnie, bo nasze siły są w Usnarzu. Zdarza nam się znajdować takie osoby przypadkowo. Nie jest to też trudne, bo w tej chwili bardzo dużo tych osób przekracza granicę. Ta grupa z Usnarza to rzeczywiście tylko jakaś część spośród setek osób miesięcznie. To nadal jednak nie są liczby osób, z którymi tak duży i zamożny kraj jak Polska nie byłaby w stanie sobie poradzić, przestrzegając krajowego i międzynarodowego prawa. I pod względem logistyczno-organizacyjnym i pod względem bezpieczeństwa publicznego, czyli po prostu weryfikując te osoby, przeprowadzając procedurę o udzielenie ochrony międzynarodowej. Mamy od tego instytucje, urzędy, istnieją ośrodki dla cudzoziemców, także ośrodki strzeżone, w których można zatrzymać osoby, co do których istnieje podejrzenie, że mogą być niebezpieczne. Mamy możliwość rozwiązania tej sytuacji w sposób godny, legalny i humanitarny.

Udostępnij:

Dominika Sitnicka

Absolwentka Prawa i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Publikowała m.in. w Dwutygodniku, Res Publice Nowej i Magazynie Kulturalnym. Pisze o praworządności, polityce i mediach.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne