Prawa autorskie: Mateusz Skwarczek / Agencja GazetaMateusz Skwarczek / ...
07 maja 2020

Prof. Zoll: Prawo w Polsce w ogóle przestało obowiązywać [WYWIAD]

"Każdy następny krok, najbardziej nawet rozsądny, jest pozbawiony podstawy prawnej" - mówi prof. Andrzej Zoll w rozmowie z OKO.press o wyborach po 10 maja. Jego zdaniem rząd powinien wprowadzić stan klęski żywiołowej. Jeśli tego nie zrobi, władza i opozycja muszą znaleźć wspólne rozwiązanie, bo inaczej zapanuje dyktatura

Prof. Andrzej Zoll – w latach 1991-1993 przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej, sędzia i w latach 1993-1997 prezes Trybunału Konstytucyjnego, w latach 2000-2006 rzecznik praw obywatelskich.

Daniel Flis, OKO.press: Czy w niedzielę odbędą się wybory?

Prof. Andrzej Zoll: Tych wyborów nie będzie.

Ale oficjalnie nikt wyborów nie odwołał.

Jak można było odwołać? Samo przesuwanie wyborów, jak i ich odwołanie bez żadnej podstawy konstytucyjnej jest bezprawne. Jedynym zgodnym z prawem rozwiązaniem było wprowadzenie stanu klęski żywiołowej. Ten stan jest w Polsce, tylko Prawo i Sprawiedliwość nie zgadza się na nazwanie go.

Twórcy konstytucji przewidzieli takie możliwości i w związku z tym określili, kiedy może być wprowadzony stan klęski żywiołowej i jakie to pociąga za sobą konsekwencje. Jedną z nich jest to, że nie można w tym stanie przeprowadzać wyborów.

Nie mamy więc ani stanu nadzwyczajnego, ani wyborów. W jakiej sytuacji więc teraz jesteśmy?

Pan Kaczyński doprowadził do nieprawdopodobnego chaosu prawnego. Prawo w Polsce właściwie w ogóle przestało obowiązywać.

To jest krok kładący kres naszej demokracji. A przynajmniej zniszczy w dalekim dystansie naszą opinię w Europie i świecie. To będzie bardzo trudno naprawić.

Konstytucja przecież od samego początku wykluczyła możliwość zmian prawa dotyczącego wyborów, w okresie po ogłoszeniu wyborów. Nie wolno tego robić. A uchwalono trzy ustawy zmieniające prawo wyborcze.

Wszyscy kandydaci na prezydenta zostali pozbawieni możliwości prowadzenia kampanii wyborczej. Tylko prezydent w stacji telewizyjnej popierającej władzę - bo nie jest to stacja publiczna, lecz stacja określonej partii - po 1,5 godziny prowadzi kampanię przy pochwałach dziennikarzy. Tym się oddziałuje na opinię publiczną.

Czy jest jakieś wyjście z tego chaosu?

Tak, wprowadzenie przez rząd stanu klęski żywiołowej. To jedyne wyjście.

Inne wyjście może wskazać Trybunał Konstytucyjny. Marszałek Sejmu wysłała do niego wniosek z pytaniem, czy może przełożyć datę wyborów.

To także nieporozumienie. Jeszcze radośniejsze było jej wystąpienie do Państwowej Komisji Wyborczej. Przecież PiS ograniczył jej udział w tych wyborach, nie miała więc nic do powiedzenia.

Nie jest kompetencją Trybunału Konstytucyjnego orzekanie, czy pani Marszałek Sejmu może przesunąć wybory. A pani Marszałek nie miała żadnej podstawy prawnej, żeby z takim wnioskiem wystąpić. Tłumaczenie przez nią, że jeśli ustawa nie zabrania, to ona może, jest absolutnie pozbawione podstaw prawnych.

Artykuł siódmy Konstytucji mówi, że funkcjonariusz publiczny, podejmując jakiekolwiek decyzje, musi je uzasadnić podstawą prawną. Od urzędnika gminy do głowy państwa obowiązuje ta sama zasada - mogą działać tylko na podstawie prawa.

Kaczyński i Gowin spodziewają się po Sądzie Najwyższym, że uzna wybory za nieważne. Jak się domyślamy, chcą powołać się na art. 129 konstytucji, według którego "ważność wyboru Prezydenta Rzeczypospolitej stwierdza Sąd Najwyższy". Czy SN może stwierdzić ważność lub nieważność wyboru, gdy nikogo nie wybrano?

Obarczenie odpowiedzialnością Sądu Najwyższego jest zupełnie absurdalne. Sąd Najwyższy nie może uznać za nieważne to, czego nie było. To całkowite nieporozumienie.

Konstytucja jest jednoznaczna. Odbywają się wybory, po zakończeniu głosowania można składać protesty wyborcze. Rozpatruje je Sąd Najwyższy, a później orzeka o zgodności wyborów z przepisami prawa, czyli przede wszystkim z konstytucją i ordynacją wyborczą. Ale te wybory muszą się odbyć. Dopiero wtedy SN może stwierdza ważność lub nieważność wyboru. Gdy wybory się nie odbyły, Sąd Najwyższy nie ma głosu.

Czyli powinien w sprawie wyborów milczeć?

Milczeć. Po wpłynięciu wniosku powinien powiedzieć, że nie jest kompetentny do jego oceniania.

Co powinno stać się w kolejnym kroku?

Muszę powiedzieć, że nie wiem. Jak powiedziałem, jedynym rozwiązaniem jest wprowadzenie stanu nadzwyczajnego. Jeżeli tego nie się nie zrobi, a pewnie się nie zrobi, mamy sytuację zupełnie patową. Każdy następny krok, najbardziej nawet rozsądny, jest pozbawiony podstawy prawnej. Dobrze by było, gdyby politycy to dostrzegli i do takiego rozsądnego kroku przystąpili.

Uchwalili ustawę, dającą podstawę prawną?

Ustawa też musi mieć podstawę konstytucyjną. Jeżeli jej nie ma, a nie ma w tym wypadku, to rozwiązanie jest bardzo trudne, ale nie wiem, czy nie będzie konieczne. Jeśli miałbym głos w tej sprawie, proponowałbym, żeby podjęto decyzję we współpracy. To nie może być decyzja pana Kaczyńskiego i pana Gowina. To musi być decyzja wszystkich ciał, będących w Sejmie. Wszystkich klubów poselskich. To powinien być taki projekt, który zaakceptuje zarówno opozycja, jak i większość parlamentarna.

To jedyne rozwiązanie. Inaczej mamy do czynienia z dyktaturą.

Wchodzimy w okres rządzenia przez dyktatora. Wczorajsze oświadczenie to dyktat pana, który dzisiaj decyduje o tym, co się będzie działo w Polsce i całkowicie nie liczy się z prawem.

Zjednoczona Prawica chce też ustalić, że w ponownych wyborach dotychczasowi kandydaci nie będą musieli ponownie zbierać podpisów. Nazywają to zachowaniem "praw nabytych".

Te prawa nabyte mogą odnosić się tylko do wyborów 10 maja. Ewentualnie do drugiej tury wyborów przeprowadzonych 10 maja. Gdy ktoś składał podpis pod daną kandydaturą, był to podpis w sprawie wyborów w określonym terminie. Mam bardzo poważne wątpliwości, czy nawet ustawą można powiedzieć, że te osoby, które startowały w wyborach, mających odbyć się 10 maja, automatycznie przechodzą na inny termin.

Proszę zwrócić uwagę, że może zmienić się skład kandydatów. Jedni mogą zrezygnować. Inni mogą starać się zebrać podpisy. Będą to robić w sytuacji nierównej z poprzednimi, bo trwa pandemia. Gdy tamci zbierali, nie było takiego zagrożenia, jak dzisiaj. Wolontariusze nie mogą teraz zbierać podpisów. To wykluczone.

Nieoficjalnie mówi się, że nowym terminem wyborów miałby być 12 lipca. To zbyt wcześnie?

Nie jestem epidemiologiem, ale podpisy muszą być złożone do Państwowej Komisji Wyborczej pewien okres czasu przed datą wyborów, czyli nawet na koniec maja. To nawet według pana ministra Szumowskiego okres szczytu pandemii w Polsce. Jak w tym czasie można sobie wyobrazić zbieranie podpisów?

Udostępnij:

Daniel Flis

Dziennikarz śledczy. W OKO.press od 2016 r., wcześniej pisał dla „Gazety Wyborczej”. Absolwent filozofii na UW i Polskiej Szkoły Reportażu, stypendysta OCCRP. Był nominowany do nagród dziennikarskich.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne