0:00
Prawa autorskie: AFPAFP
29 sierpnia 2022

Żyją w szałasach, w skrajnym ubóstwie, bez pracy i edukacji. 5. rocznica ludobójstwa Rohingya

5 lat temu przedstawiciele grupy etnicznej Rohingya zostali wypędzeni z Mjanmy (d. Birma). Prawie 900 tysięcy osób ciągle żyje w obozach dla uchodźców w Bangladeszu. Największych na świecie. "Cały czas martwię się czym nakarmię dzieci". Nadziei na zmianę sytuacji nie widać

Wydrukuj

25 sierpnia 2017 wojsko Mjanmy zaczęło wielką akcję przeciwko Rohingya. Przedstawiciele tej mniejszości religijnej – wyznają w większości islam, podczas gdy Mjanma jest głównie buddyjska - byli atakowani, zabijani, gwałceni, torturowani, wyrzucani ze swoich domów. Spalono ok. 200 wsi, zabito ok. 13 tys. osób. W ludobójstwo najbardziej zaangażowane były regularne oddziały wojska, ale do masakry dołączali się też zwykli mieszkańcy tego kraju. W ciągu kilku tygodni ponad 700 tys. uchodźców przekroczyło granicę z Bangladeszem, by tam szukać schronienia. Obecnie, wg szacunków, w regionie Cox's Bazaar, w obozach dla uchodźców żyje 860 tys. ludzi Rohingya. Połowa z tego to dzieci.

Cox's Bazaar to największy konglomerat obozów uchodźców na świecie.

„Bycie uchodźcą to piekło”

Sytuacja w nich jest na tyle zła, że w sierpniu 2019 roku ponad 100 tys. Rohingya wyszło na ulicę. W czerwcu 2022, w wigilię Światowego Dnia Uchodźcy, przez region Cox's Bazaar znowu przetoczyły się ogromne manifestacje pod hasłem “Bari Cholo” (tł. wracajmy do domu). Protestowano w 23 z 34 obozów.

Na zdjęciu protest z 25 sierpnia 2022 roku w obozie Ukhia, w 5. rocznicę ludobójstwa. Fot. Munir uz Zaman / AFP

Rohingya żyją tam w bambusowych szałasach pokrytych plandekami. Niekiedy szałasy te nie mają wszystkich ścian, tylko niewielki daszek chroniący trochę przed słońcem i deszczem. Ich mieszkańcy są bez pracy – nie mogą jej oficjalnie wykonywać. A jeśli mogą, to nielegalnie, czyli są słabo opłacani.

Do niedawna Rohingya nie mieli też prawa do własnej edukacji, a ta którą otrzymują jest prowadzona wg programów nauczania w Bangladeszu. I tylko na podstawowym poziomie. Z 400 tys. dzieci w wieku szkolnym, 300 tys. chodzi do 3,4 tys. ośrodków nauczania. Dopiero w maju br. UNICEF, który wspiera 2,8 tys. tamtejszych placówek, doniósł, że w tym miesiącu 10 tys. dzieci Rohingya w obozach Cox's Bazaar, zostanie przyjętych do szkół z programami nauczania z ich ojczyzny. To ułatwiłoby im ewentualny powrót do Mjanmy.

Przy potężnym bezrobociu i biedzie obozy paraliżuje fala przemocy. Rohingya giną w walkach gangów, rodziny żyją w strachu i niepewności.

I w fatalnych warunkach sanitarnych. „Brakuje wystarczającego dostępu do czystej wody i sanitariatów. Brakuje schronienia i opieki medycznej. Życie w godności, w poczuciu bezpieczeństwa jest tu niemożliwe”, piszą Lekarze Bez Granic w świeżym w raporcie o sytuacji tej mniejszości. Ta organizacja obecna w Cox's Bazaar od 2009 roku prowadzi tam teraz 9 ośrodków zdrowia i dostarcza pitną wodę. MSF donosi też o dramatycznym wzroście liczby osób chorujących na świerzb.

Część Rohingya nie wytrzymuje tak fatalnych warunków i braku perspektyw na lepszą przyszłość. Ryzykując życie próbują przedostać się łodziami do innych krajów. I toną.

„Bycie uchodźcą nie jest łatwe. To piekło. Dość znaczy dość. Wracajmy do domów” - tak w czasie czerwcowych demonstracji przemawiał do tłumów lider Rohingya, Sayed Ullah.

Największa na świecie grupa etniczna bezpaństwowców

Międzynarodowa społeczność chciałaby zapewnić powrót Rohingya do Mjanmy, ale to się nie stanie bez gwarancji ochrony. Masowe zabójstwa tej grupy etnicznej w 2017 roku doprowadziły do śledztw międzynarodowych trybunałów, a te do stawiania zarzutów zbrodni przeciwko ludzkości i ludobójstwa czołowym generałom armii. Amnesty International w tę piątą rocznicę ludobójstwa przypomina, że żaden z wysoko postawionych wojskowych nie został dotychczas pociągnięty do odpowiedzialności.

W stosunku do 2017 roku sytuacja nawet uległa pogorszeniu - w lutym 2021 wojskowa junta, w wyniku przewrotu, przejęła kontrolę nad Mjanmą.

Z drugiej strony - tak olbrzymia liczba uchodźców jest problemem dla biednego Bangladeszu. W zeszłym tygodniu premier tego kraju Sheikh Hasina powiedziała wysokiemu komisarzowi ONZ ds. praw człowieka Michele Bachelet, że uchodźcy muszą wrócić do Mjanmy. ONZ nie może się na to zgodzić w obecnej sytuacji.

Żaden kraj nie chce ich przyjąć. Indie wchłonęły - wg różnych danych – tylko od 10 do 40 tys. uchodźców Rohingya, a i tak hinduscy politycy mówią o deportacji przedstawicieli tej grupy do ojczyzny. W Malezji, w której żyje ponad 100 tys. Rohingya, panuje bardzo negatywne nastawienie do uchodźców z Mjanmy. Część z nich jest tam siłą trzymana w ośrodkach detencji, z których czasem udaje im się uciec. W kwietniu 2022 roku ponad 500 osób uciekło z obozu w północnej Malezji. 6 osób zginęło podczas przekraczania autostrady, większość powtórnie została „aresztowana”.

Rohingya to obecnie największa na świecie grupa etniczna bezpaństwowców. Prawie 900 tys. społeczność pozostaje nadal na łasce międzynarodowej pomocy humanitarnej, ale i tutaj dokonano ostatnio cięć budżetowych.

„Wielu naszych krewnych i sąsiadów zostało zamordowanych”

Lekarze Bez Granic zapytali uchodźców Rohingya o ich życie przez ostatnie 5 lat. Tayeba Begum - matka sześciorga dzieci - uciekła z Mjanmy bez niczego. Jej córki, bliźniaczki - Nur Ankis i Nur Bahar - miały wtedy po sześć miesięcy. „Uciekałam z dziećmi przez dżunglę, przez błotniste drogi, w strasznym deszczu do Bangladeszu. (…) Jedliśmy cokolwiek, byle przeżyć. Moje córeczki osłabły i wymiotowały, jak tylko próbowałam je nakarmić. Cierpiały bardzo długo, bo po dotarciu na miejsce nigdzie nie mogłam zdobyć lekarstw”.

W Cox's Bazaar dostała szałas z bambusa i kawałków materiału. I do dziś w nim żyje. „Cały czas martwię się czym je nakarmię, jeśli jedzenia zabraknie. Martwimy się o to, w co je ubrać i jak zapewnić im wykształcenie. Nie mogę dać im tego, czego potrzebują, bo nie mam pieniędzy”. Tayeba Begum sprzedaje część swoich racji żywnościowych, by cokolwiek kupić dzieciom. Sama nie dojada.

Jej syn uciekł do Indii. Tayeba nie ma telefonu, by się z nim kontaktować. Czasem on zadzwoni do znajomych matki w obozie, którzy mają telefon. Tayeba nie wie, co stanie się z nimi w przyszłości - chciałaby wrócić do ojczyzny, ale nie może. „Jak możemy wrócić, jeśli mogą zabrać nam nasze dzieci i je zabić?”.

Anwar -15 latek - dobrze pamięta ucieczkę z Mjanmy. „Było popołudnie, kiedy wojsko zaatakowało naszą okolicę, a my skryliśmy się nieopodal. Kiedy podpalili nasze domy musieliśmy uciekać dalej. Nam udało się przeżyć, ale wielu naszych krewnych i sąsiadów zostało zamordowanych”.

Dwanaście dni uciekali przed siepaczami. „Szliśmy nieznanymi drogami, wspinaliśmy się na wzgórza, przeprawialiśmy się przez wodę. Po drodze widzieliśmy wielu martwych ludzi”. W Bangladeszu on – kiedyś dobry uczeń - musiał przerwać oficjalną edukację, bo w obozach dla uchodźców edukuje się tylko na podstawowym poziomie. Starszych uczą trochę nauczyciele Rohingya, ale nieoficjalnie, „z dobrego serca”. Anwar od małego marzy, by zostać lekarzem. „Chciałbym powiedzieć wszystkim młodym ludziom na świecie, żeby korzystali z okazji i uczyli się. Ja i inni uchodźcy Rohingya nie mamy takiej możliwości”. Część jego kolegów nie uczy się w ogóle, bo muszą szukać jakiegokolwiek zarobku, by utrzymać siebie i rodzinę.

Nabi Ullah, 25-latek, rolnik – był torturowany w Mjanmie. Oprawcy porzucili go nieprzytomnego, jego sąsiadów zamordowali. W trakcie ucieczki w ich grupie zginęło 10 osób. Teraz z ciężarną żoną, trójką dzieci mieszka w obozie, bez możliwości legalnej pracy i utrzymania rodziny. „Ciężko nam kupić cokolwiek, choćby ubrania dla dzieci. Tu, w obozie, ludzie dużo chorują na biegunkę, gorączkę, zapalenie gardła i inne choroby”. Martwi się, bo swoim dzieciom nie może zapewnić wykształcenia. „Życie tu będzie jeszcze trudniejsze, kiedy nasze dzieci dorosną bez wykształcenia”. Jak wszyscy tęskni za rodzinnymi stronami. „Często zastanawiam się, co musiałoby się stać, byśmy mogli wrócić”.

Akcja „Smoczy Król”

Powrót Rohingya do Mjanmy wydaje się wątpliwy - prześladowania tej mniejszości to nie epizod, a regularne działania i to od dziesięcioleci. W 1978 roku, w ramach akcji „Smoczy Król”, Rohingya odebrano dowody osobiste, a po fali przemocy 200 tys. z nich uciekło z kraju. W 1982 roku stworzono listę 135 narodowości Birmy, ale nie znalazło się na niej miejsce dla miliona ludzi Rohingya. Zostali bezpaństwowcami. W 1991 roku to kolejna fala przemocy – wojsko napada, rabuje, morduje. Rohingya ograniczono prawo do małżeństw, niszczono im domy, zabierano ziemie. 250 tys. zbiegło do Bangladeszu. Na mocy umowy międzypaństwowej, w ciągu 5 lat większość z nich została przymusowo przesiedlona na tereny Mjanmy.

W 2012 roku wybuchł konflikt między wyznawcami islamu i buddyzmu. 140 tys. Rohingya trafiło do obozów wewnątrz tego kraju. Część jest w nich do dziś.

W 2017 ruszyła największa fala przemocy. 750 tys. osób uciekło z kraju.

Do teraz w Mjanmie żyje ok. 600 tys. ludzi tej mniejszości. Porozrzucani po wioskach lub umieszczeni w obozach, mają bardzo ograniczone prawa obywatelskie, bez dostępu do edukacji i opieki zdrowotnej.

Bhasan Char nazywają „wyspą więzieniem”

Od kilku lat rząd Bangladeszu realizuje plan przeniesienia ok. 100 tys. Rohingya na wyspę Bhasan Char (do 2019 roku znana jako Thengar Char). Wyspa jest niewielka (40 km kw.), leży w Zatoce Bengalskiej ok. 60 km od wybrzeża Bangladeszu. Rząd planuje tu wybudować 1440 budynków i całą infrastrukturę – szpitale, sklepy, szkoły itd. Duża część z tego już stoi. Do maja 2022 roku relokowano tam 28 tys. Rohingya.

Ale ten pomysł uchodźcom się nie podoba, protestują też organizacje broniące praw człowieka. Bhasan Char nazywają „wyspą więzieniem”, bo ta jest na trasie supercyklonów. Budynki stawia się tam na palach betonowych, bo jej powierzchnia jest ciągle zalewana. Rząd Bangladeszu docelowo chce tam postawić 120 schronów przed cyklonem.

Na zdjęciach z tego miejsca widać dziesiątki wielkich baraków, ciasno upakowanych, z czerwonymi dachami. I wysokie budynki infrastruktury. Z lotu ptaka wygląda to jak wielkie więzienie, choć relatywnie nowoczesne. Z solidnego betonu, a nie z bambusów.

Udostępnij:

Krzysztof Boczek

Ślązak, z pierwszego wykształcenia górnik, potem geograf, fotoreporter, szkoleniowiec, a przede wszystkim dziennikarz, od początku piszący o podróżach i rozwoju, a od kilkunastu lat głównie o służbie zdrowia i mediach. Zaczynał w Gazecie Wyborczej w Katowicach, potem autor w kilkudziesięciu tytułach, od lat stały współpracownik PRESS, SENS, Służba Zdrowia. W tym zawodzie ceni niezależność.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne