20 maja 2020

PiSowski stan wyjątkowy: 10 tys. kary za niewinność na podstawie nieistniejących przepisów

Surowe prawo stanu wyjątkowego wprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość stało się narzędziem cenzurowania sztuki, karania aktów manifestowania swoich poglądów, w szczególności poglądów krytykujących obecną władzę, a nawet odstraszania od przebywania w okolicach Sejmu - pisze adwokatka i działaczka społeczna Beata Siemieniako

Reakcja władzy - policji i sanepidu - na akcję artystyczną „List” pokazała, w jak absurdalnej rzeczywistości żyjemy. Za jeden czyn można zostać ukaranym dwa razy, funkcjonariusze Policji wystawiają mandaty na podstawie nieistniejących przepisów, a jeśli z nagrania video wynika co innego niż z notatki funkcjonariusza naocznego świadka, tym gorzej dla nagrania video - pisze dla OKO.press Beata Siemieniako, prawniczka.

Przyjrzyjmy się więc krok po kroku sytuacji, w której prawo powszechnie obowiązujące zlewa się z prawem stanu wyjątkowego i staje się narzędziem surowej, choć bezpodstawnej represji wobec obywateli i obywatelek.

”Nieznajomość prawa szkodzi”

Na nagraniu wykonanym przez dziennikarza OKO.press Macieja Piaseckiego funkcjonariusz Policji tłumaczy jednemu z artystów: „Nieznajomość prawa szkodzi”. Piękna paremia z prawa rzymskiego, szkoda tylko, że prawa nie zna nawet ją wypowiadający.

Ów policjant, wystawiając mandat na 500 złotych każdemu z uczestników akcji, powołał się bowiem na nieistniejący przepis.

Zdaniem policjanta według § 14 Rozporządzenia Rady Ministrów z dnia 2 maja 2020 roku w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii, w dniu akcji “List” obowiązywał zakaz przemieszczania się.

Przepis już nie obowiązywał

Nie jest to prawda. Zakaz przemieszczania się w dowolnym celu został uchylony z dniem 19 kwietnia poprzednim Rozporządzeniem, a więc przeszło dwa tygodnie temu. Przydałoby się więc przypomnieć inną paremię: nullum crimen sine lege – nie można karać za czyn, który nie był zabroniony w momencie jego popełnienia.

Faktycznie, trudno nadążyć za prawem, które się zmienia kilka razy w ciągu dwóch miesięcy.

Czy wyobrażają Państwo sobie, że co poniedziałek, co innego jest karalne? Mniej więcej tak jest teraz w Polsce.

Mandaty są wystawiane na podstawie ciągle zmienianych rozporządzeń. Poradniki, co wolno, a czego nie wolno i co nam za to grozi, tracą na aktualności szybciej niż - jak widać - jesteśmy w stanie zapamiętać. Skoro za zmianami w prawie nie nadąża Policja, to jak państwo może wymagać, że nadążą za nowymi zakazami wszyscy obywatele?

Akcja List, artyści ukarani na podstawie nieistniejących przepisów

Akcja "List" protestem wobec wyborów w czasie epidemii

Celem artystów i artystek nie było jednak wyrażenie sprzeciwu wobec prawa i umniejszenia zagrożenia koronawirusem. Wręcz przeciwnie, akcja „List” była protestem wobec pomysłu zorganizowania wyborów w czasie zagrożenia epidemiologicznego.

Co więcej, akcja „List” została przygotowana z wyjątkową dbałością o zgodność z przepisami: cały transparent miał 14 metrów, niosło go 7 osób w równych odstępach, co dało około 2 metrów odstępu między osobami. Wszystkie osoby miały maseczki. Żadnej z tych okoliczności policjanci nie kwestionowali w dniu wydarzeń, co słychać na nagraniu.

Dodatkowo artyści dysponowali zaświadczeniem wydanym przez Prezeskę Fundacji Nowej Kultury Bęc Zmiana, że są w pracy.

Jeśli fakty przeczą mojej teorii, tym gorzej dla faktów

Z czasem okazało się, że nie wszystko jest tym, czym jest na pierwszy rzut oka. W czasie akcji doręczania przesyłki Policja zatrzymała artystów dwa razy.

Po raz pierwszy na ul. Jasnej około godziny 17:10. Po krótkiej rozmowie z funkcjonariuszami artystom pozwolono iść dalej, nie stwierdzając, że łamią jakiekolwiek przepisy.

Drugi raz zatrzymano ich już pod Sejmem. Mimo że godzinę później artyści wykonywali dokładnie tę samą czynność – nieśli ogromny list-transparent do Sejmu – ta sama Policja uznała, że tym razem łamią prawo.

Biorący udział w akcji odmówili przyjęcia mandatu w wysokości 100 złotych. Z zachowania funkcjonariuszy Policji można wyciągnąć dwa wnioski. Albo zakaz przemieszczania się nie obowiązuje w całej Warszawie, ale na ulicy Wiejskiej już tak, albo artyści i artyści mogą pracować na terenie Warszawy, ale w okolicach Sejmu nie mogą.

Akcja List, artyści ukarani na podstawie nieistniejących przepisów

Do jeszcze innych wniosków doszedł warszawski sanepid. W decyzji wymierzającej karę administracyjną w wysokości 10.000 złotych urząd wskazał, że na ulicy Jasnej o godz. 17:10 artyści złamali prawo – nie zachowali bowiem 2-metrowego odstępu od siebie. Decyzja została wydana w oparciu o notatkę służb porządkowych.

Mimo że z nagrania dziennikarskiego można wyciągnąć wniosek dokładnie przeciwny.

Można by się zastanowić, co jest bardziej wiarygodnym dowodem – notatka służbowa czy nagranie video? Ale zanim zrzucimy winę na urzędnika, przeanalizujmy prawo, na podstawie którego decyzja została wydana.

Specustawa przeciw prawom obywateli

Specustawa COVID-19 wyłącza stosowanie jednej z głównych zasad postępowania administracyjnego – prawo do czynnego udziału strony w każdym stadium postępowania.

Jak to działa w praktyce? Tak, że artyści nie mieli wiedzy, że postępowanie przez sanepid zostało wszczęte (przecież Policja już raz ukarała ich mandatami).

O postępowaniu sanepidu dowiedzieli się dopiero z decyzji, a więc nie mieli możliwości złożyć wyjaśnień, ani przedstawić materiału wideo, z którego w sposób niewątpliwy wynika, że zachowali się zgodnie z przepisami.

Ne bis in idem - nie dwa razy za to samo

Wydawać by się nie mogło, że nie można karać dwa razy za to samo. Ale nie tym razem. Artyści i artystki niosący list z Poczty Głównej do Sejmu,

raz zostali ukarani przez Policję mandatem, a raz przez sanepid karą 10.000 złotych. Mimo że przez cały ten czas zachowali się dokładnie w ten sam sposób.

Rzecznik Praw Obywatelskich ostrzegał: „Prawo w czasach koronawirusa stało się mniej przejrzyste, a dolegliwość kar - większa. (…) Kara 30 000 czy mandat 500? Od czego to zależy? Co różni karę administracyjną z Sanepidu od mandatu policji? Tak naprawdę…opinia policjanta”.

W przypadku mandatu możemy go nie przyjąć, odwołać się do sądu, uczestniczyć w rozprawie, zatrudnić adwokata, zgłaszać wnioski dowodowe. W przypadku kary administracyjne nie możemy uczestniczyć w postępowaniu, nie możemy odmówić jej przyjęcia, jeśli jej nie zapłacimy w ciągu 7 dni, będą naliczane odsetki, a za kolejne 7 dni możemy mieć puste konto. Niezależnie od tego, czy się odwołamy, czy nie.

„Tym sposobem kary z ustawy o epidemiach w obecnym kształcie mogą stanowić wyjątkowo surowe narzędzie represji ze strony Państwa. Na to nie może być zgody Rzecznika Praw Obywatelskich.” (tamże)

Prawo stanu wyjątkowego prawem codziennym

Absolutnie nie chodzi o to, by kwestionować zasadność karania osób, które naruszają nakazy i zakazy związane z zapobieganiem rozprzestrzeniania się wirusa. Chodzi jednak o to, by stanowione prawo spełniało określone standardy, na które wskazuje RPO w liście do ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego:

”Te kary muszą być jednak tak skonstruowane, żeby:

  1. Wiadomo było na pewno, jakie przepisy proceduralne należy stosować do ich nakładania i jakie dowody są wystarczające dla ukarania.
  2. Wiadomo było na pewno, za jakie konkretnie zachowania one grożą – co oznacza, że te zachowania trzeba opisać w ustawie.
  3. Wiadomo było na pewno, na jakich zasadach organy władzy mają wyliczać kwotę kary, w zakresie widełek kwotowych (tzw. dyrektywy wymiaru kary), tak aby kara była sprawiedliwa (proporcjonalna).
  4. Naliczona kara była realnie możliwa do zapłacenia dla obywatela”.

Przykład artystów i artystek niosących list do Sejmu dobrze ilustruje, jak surowe prawo stanu wyjątkowego wprowadzone przez Prawo i Sprawiedliwość stało się narzędziem cenzurowania sztuki, karania aktów manifestowania swoich poglądów, w szczególności poglądów krytykujących obecną władzę, a nawet odstraszania od przebywania w okolicach Sejmu.

Obrona praw obywatelskich również wydaje się iluzoryczna, skoro zanim zdąży się złożyć odwołanie, to już trzeba zapłacić ogromne pieniądze.

Dziś dzięki artystom i artystkom wiemy, że można zostać uznanym za winnego mimo dowodów na niewinność albo ukaranym na podstawie nieistniejących przepisów. I to pewnie nie koniec tej historii.

Trwa zbiórka pieniędzy na wsparcie dla represjonowanych artystek i artystów. "Artystów i artystki cenzuruje się pod pretekstem walki z pandemią, tylko dlatego, że przekaz ich działań jest nie po myśli władzy. Artyści powinni mieć wolność twórczą, obywatele zaś prawo do obywatelskiej kontroli władzy – co zapewnia nam wszystkim konstytucja. Wysokość kary ma charakter mrożący, jej celem jest zniechęcenie innych do podobnych działań. Zrzucamy się, ponieważ nie możemy na to pozwolić" - czytamy na stronie zbiórki.

Udostępnij:

Beata Siemieniako

Beata Siemieniako jest działaczką społeczną, publicystką, laureatką wyróżnienia w konkursie Prawnik Pro Bono, autorką książki "Reprywatyzując Polskę. Historia wielkiego przekrętu" (Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2017).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne