Co w praktyce oznacza ścisk w szkołach średnich, z którym od września będą mierzyć się uczniowie, nauczyciele i dyrektorzy? "Wzrasta poziom anonimowości, osamotnienia, frustracji i agresji. Trudniej o indywidualną pracę z uczniem; trudniej interweniować na alarmujące zachowania w grupie rówieśniczej" - mówi OKO.press Dorota Łoboda

16 lipca uczniowie i uczennice ubiegający się o miejsca w szkołach średnich poznali wyniki rekrutacji w pierwszym naborze. W największych miastach ponad 19 tys. dzieci nie dostało się do żadnej szkoły i resztę wakacji spędzi na nerwowych poszukiwaniach wolnych miejsc.

Nabór uzupełniający potrwa do ostatnich dni sierpnia, ale wrzesień nie przyniesie ulgi. Rekrutacja to tylko początek problemów związanych z kumulacją roczników.

„System, który w jednym momencie wysłał do pierwszych klas trzy roczniki, doprowadził do takich sytuacji jak w liceum Rejtana w Warszawie. Tam od września będzie 16 klas pierwszych. W każdej z nich będzie uczyć się 36 osób. 

I tu powstają pytania: na ile jest to szkoła przyjazna uczniowi? Czy w takich warunkach nauczyciel ma możliwość prowadzić proces edukacyjny i wychowawczy?” – mówi OKO.press Dorota Łoboda, radna warszawy i przewodnicząca stołecznej Komisji Edukacji.

Obniżenie jakości nauczania, mniejsza dostępność zajęć dodatkowych, nauka na zmiany i osamotnienie uczniów to jedna strona medalu. Równie ważne są problemy kadrowe, z którymi już dziś borykają się szkoły w dużych miastach. W Warszawie system pokazuje 3 tys. etatów do obsadzenia.

W tym roku na pewno będziemy prosić nauczycieli by zgodzili się brać jak najwięcej nadgodzin, ale pamiętajmy, że kumulacja będzie przetaczać się przez licea przez trzy lata – nie rok.

Który nauczycieli dłużej niż kilka miesięcy wytrzyma w rytmie 36 godzin pracy przy tablicy w tygodniu? To wymaga nadludzkich sił” – mówi radna Łoboda.

Poniżej cały wywiad.


Anton Ambroziak, OKO.press: Ponad 41 tys. uczniów i uczennic odetchnęło dziś z ulgą, bo dostało się do szkoły ponadpodstawowej w stolicy. 16 lipca 2019 roku nie był jednak dniem celebracji. 

Dorota Łoboda: Jestem zaskoczona tym, jak niewiele osób w mediach społecznościowych chwaliło się pomyślną rekrutacją. Myślę, że większość osób z tyłu głowy miała myśl, że gdy oni się cieszą to tysiące młodych osób jest zawiedzionych rekrutacją.

Pamiętajmy, że wśród nich jest ponad 3 tys. uczniów i uczennic, którzy nie dostali się do żadnej szkoły, ale też niezliczona liczba tych, którzy nie dostali do wymarzonych albo nawet znośnych dla siebie szkół i klas.

Sama nie umiem cieszyć się w pełni wynikiem mojej córki wiedząc, że jej koleżankom, które znam od wielu lat, się nie powiodło.

Radości nie słyszeliśmy też po stronie samorządów. Przygnębienie górowało nad dorocznymi gratulacjami.

Bo z czego się tu cieszyć? Od tygodni wiedzieliśmy, że rozczarowanie będzie ogromne, a tych którzy nie dostaną się nigdzie będzie dużo więcej niż w zeszłym roku, gdy bez szkoły po pierwszym naborze zostało 1290 osób.

Gdyby nie to, że w ostatniej chwili znaleźliśmy w warszawskich szkołach 2 tys. dodatkowych miejsc, do żadnej placówki nie dostałoby się ponad 5 tys. osób.

Wiceprezydent Renata Kaznowska nazwała to dosadnie „upychaniem” uczniów w szkołach.

Tak to wyglądało. Burmistrzowie dzwonili do dyrektorów z pytaniem, czy w klasie 1a da się zmieścić dwoje uczniów, którym zabrakło jednego czy dwóch punktów do przekroczenia progu.

Albo pytali, czy w szkole x dyrektor jest w stanie utworzyć kolejny oddział, bo zgłosiło się o wiele więcej uczniów niż zakładano.

Czyli wracamy do sytuacji znanej z czasów wyżu demograficznego, gdy jedna klasa mieściła 40 uczniów?

Będą szkoły, w których w jednym oddziale będzie 36-38 uczniów. System, który w jednym momencie wysłał do pierwszych klas trzy roczniki, doprowadził do takich sytuacji jak w liceum Rejtana w Warszawie. Tam od września będzie 16 klas pierwszych. W każdej z nich będzie uczyć się 36 osób.

I tu powstają pytania: na ile jest to szkoła przyjazna uczniowi? Czy w takich warunkach nauczyciel ma możliwość prowadzić proces edukacyjny i wychowawczy?

Najmłodsi licealiści będą mieli 14 lat i przyniosą do szkoły problemy emocjonalne i rozwojowe, z którymi nauczyciele liceów nie mieli do tej pory styczności. Przyjdą absolwenci klas ósmy szkoły podstawowej, którzy – w wyniku pocięcia podstaw programowych – mają olbrzymie luki w wiedzy.

Cały czas powtarzam, że utworzenie oddziału czy dostawienie ławek to jedno. Jeśli tylko możliwości lokalowe na to pozwalają; jeśli da się wyszarpać jeszcze skrawek przestrzeni: to oczywiście my to możemy w każdym momencie zrobić.

Ale kto będzie uczył dwukrotnie większą liczbę dzieciaków? I ile czasu nauczyciel poświęci na ucznia w klasie, która liczy 38 osób?

A ilość wolnych etatów nie maleje.

Wciąż brakuje nam ok. 3 tys. nauczycieli we wszystkich placówkach edukacyjnych: od przedszkoli po licea ogólnokształcące i szkoły branżowe.

W tym roku na pewno będziemy prosić nauczycieli by zgodzili się brać jak najwięcej nadgodzin, ale pamiętajmy, że kumulacja będzie przetaczać się przez licea przez trzy lata – nie rok.

Który nauczycieli dłużej niż kilka miesięcy wytrzyma w rytmie 36 godzin pracy przy tablicy w tygodniu? To wymaga nadludzkich sił.

Czym kończy się przeładowanie szkół? Bo te trudne doświadczenia – w innej skali – mają już przerobione szkoły podstawowe.

Wrasta poziom anonimowości, osamotnienia, frustracji i agresji. Trudniej o indywidualną pracę z uczniem. Trudniej interweniować na alarmujące zachowania w grupie rówieśniczej, gdy wszędzie – w toaletach, na korytarzach i w szatniach – jest tłok.

Wróćmy jeszcze na chwilę do rekrutacji. Jak to się stało, że do wybranych szkół nie dostali się uczniowie z czerwonymi paskami i ci, którzy uzbierali 190 na 200 możliwych do zdobycia punktów?

Prawdopodobnie uczniowie ci składali papiery do klas, do których dostali się wyłącznie laureaci konkursów kuratoryjnych, czyli olimpiad przedmiotowych.

Klasy złożone tylko z olimpijczyków zdarzały się w poprzednich latach, ale nie na taką skalę. Dziś możemy mówić nawet o całych szkołach laureatów. W tych miejscach nie było zwykłej rekrutacji. Można było mieć nawet 200 punktów i się nie dostać.

A czerwone paski? 

Podejrzewam, że są to osoby, które wybrały zbyt małą liczbę szkół w systemie. To, że pozwoliliśmy na zaznaczenie dowolnej liczby placówek w pierwszym naborze znacznie ułatwiło rekrutację.

4,5 tys. młodych dostało się do szkoły z dziewiątego i kolejnego naboru. Gdybyśmy jak co roku pozwolili wybrać 8 placówek, mielibyśmy te wszystkie osoby bez szkoły.

To nie jest wina dzieci. Oszacowanie swoich możliwości w tym roku było szalenie trudne. Progi punktowe znacznie się podniosły – średnio o 10 punktów, ale były szkoły gdzie te różnice wynosiły nawet 20, 30 i 40 „oczek”.

Uczeń gimnazjum, który celował w szkoły, do których dostałby się rok wcześniej, mógł się zwyczajnie przeliczyć. A uczeń klasy ósmej w ogóle nie miał punktu odniesienia, bo nie miał żadnej historii rekrutacji.

Drugie statystyki, które dla wielu osób są niejasne i świadczą o tym, że problemu nie, ma to zestawienie: 3 173 uczniów bez szkoły i 700 wolnych miejsc w stołecznych liceach. 

To po prostu miejsca w szkołach niechętnie wybieranych przez uczniów. Ci, którzy się nie dostali, nie zaznaczyli ich w systemie.

Z oficjalnymi wnioskami trzeba poczekać do 25 lipca, gdy uczniowie doniosą dokumenty i złożą deklaracje, że chcą chodzić do konkretnej szkoły. Na papierze widać jednak, że miejsc w liceach jest mniej niż chętnych. Czy to możliwe, że finalnie do liceum nie dostanie się ten kto chciał? 

Teoretycznie jest to możliwe… 

Ale?

Ten rok jest wyjątkowy. Nie możemy go do niczego porównać. Do Warszawy zgłosiła się większa niż przewidywana ilość kandydatów spoza miasta. Może się okazać, że część z nich wybierze szkole w regionie albo bliżej miejsca zamieszkania.

Część uczniów wybierze też szkoły prywatne. Być może 25 lipca okaże się, że brakuje nam naprawdę niewiele by zaspokoić aspiracje młodych osób.

Nie chcę nawet myśleć o sytuacji, w której chociaż jeden uczeń, który chce kontynuować naukę w liceum, będzie wbrew swojej woli przekierowany do szkoły branżowej, na profil, którym nie jest zainteresowany. To byłoby głęboko niesprawiedliwe.

Słyszeliśmy dziś, że urząd miasta przygotowuje wsparcie psychologiczne i doradztwo dla uczniów podwójnego rocznika. 

Od 26 lipca uruchomimy dyżury doradców zawodowych, którzy będą wspierać uczniów w pisaniu odwołań, przejściu przez rekrutację uzupełniającą, a także wybór szkoły, w której zostały wolne miejsca. Wszystkie informacje są do znalezienia na stronie: edukacjawarszawa.pl

Wakacje dla szkół będą wyjątkowo pracowite?

Już rozpoczęliśmy remonty. Musimy zaadaptować nowe przestrzenie – korytarze czy pokoje nauczycielskie – pod sale lekcyjne. Oblegane będą też sekretariaty, bo nabór uzupełniający nie odbywa się przez system. Każdy musi osobiście złożyć papiery.

A dyrektorzy do końca wakacji gorączkowo będą szukać nauczycieli.

Wśród emerytowanych pedagogów?

To jeden z pomysłów. Miasto podjęło też współpracę z uczelniami wyższymi. Chcemy zachęcić absolwentów do pracy w szkołach.

Być może uda się też wynegocjować możliwość realizowania części pensum przez pracowników naukowych w szkołach średnich. Jesteśmy w trakcie rozmów.

Co Pani czuła, gdy minister edukacji Dariusz Piontkowski z uśmiechem na twarzy ogłaszał dziś, że tegoroczna rekrutacja niczym szczególnym nie różniła się od tej w latach poprzednich?

To samo, co czuję przez ostatnie trzy lata – wściekłość.


Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press