"Niewykluczone, że w 2019 roku uda się poszerzyć formułę programu 500 plus" - mówi Beata Szydło. Premier Morawiecki nic o tym nie wie - ucina Marek Suski. To sygnał, że Szydło nie ma już w rządzie dużo do powiedzenia. 500 zł na każde dziecko zwiększyłoby koszt programu z 24,5 mld do 41,5 mld zł. Dobry pomysł, ale niewykonalny bez podniesienia podatków

„Jesteśmy na początku roku budżetowego, więc w tym roku na pewno nic się nie zmieni, ale jeżeli sytuacja gospodarcza będzie na to pozwalała, to 2019 roku takie zmiany być może zostaną przyjęte” – mówiła Beata Szydło podczas spotkania z mieszkańcami Leszna. Nie wyjaśniła, jakie dokładnie zmiany ma na myśli.

Słowa „jeśli” i „może” sugerują, że była premier nie ma w zanadrzu konkretnego planu, który chce realizować. Ale nawet gdyby miała, to nie jest już premierem, co szef gabinetu premiera Marek Suski od razu jej przypomniał.

„To indywidualny pomysł wicepremier Beaty Szydło. Premier Mateusz Morawiecki dowiedział się o nim z mediów” – skomentował Suski.

Nawet jeśli Szydło w tym wypadku dała się ponieść wyobraźni, sam pomysł rozszerzenia 500 plus regularnie powraca w debacie publicznej. Dlatego sprawdziliśmy, jakie argumenty za nim przemawiają i ile by to wszystko kosztowało.

Ile kosztuje 500 plus

500 plus – czyli 500 zł miesięcznie – przysługuje na każde drugie i kolejne dziecko. Rodziny dostają też to świadczenie na pierwsze dziecko, o ile dochód w nich nie przekroczy 800 zł na członka rodziny (1200 zł w przypadku dziecka z niepełnosprawnością).

W połowie 2017 roku w programie uczestniczyło 2,62 mln rodzin i 3,992 mln dzieci do osiemnastu lat. To ok. 58 proc. wszystkich dzieci w Polsce. Bez świadczenia jest ok. 2,89 mln dzieci.

W budżecie na 2018 rok na wypłatę świadczeń zarezerwowano ok. 24,5 mld złotych.

Plusy z minusem

Ogromną, niekwestionowaną zaletą programu jest zmniejszenie ubóstwa w Polsce. Według danych GUS za 2016 rok pełne rodziny wielodzietne wychodzą z ubóstwa w rekordowym tempie. Niestety nie dotyczy to niepełnych rodzin. Pisaliśmy o tym we wrześniu 2017 roku.

Pogłębiona deprywacja materialna (w proc.) w Polsce latach 2008-2016 wg typu gospodarstwa domowego.

Ogółem
 
Samotna osoba dorosła z dziećmi
 
Dwie osoby dorosłe z conajmniej trójką dzieci

Wskaźnik pogłębionej deprywacji materialnej to odsetek osób w gospodarstwach domowych, deklarujących brak możliwości zaspokojenia (ze względów finansowych) przynajmniej 4 z 9 zdefiniowanych potrzeb materialnych.

W 2016 roku w takiej sytuacji znajdowało się 6,7 proc. mieszkańców Polski.

  • Zobacz, jakie potrzeby są brane pod uwagę przy badaniu pogłębionej deprywacji materialnej

    1. opłacenie tygodniowego wyjazdu wszystkich członków gospodarstwa domowego na wypoczynek raz w roku;
    2. spożywanie mięsa, ryb (lub wegetariańskiego odpowiednika) co drugi dzień;
    3. ogrzewanie mieszkania odpowiednio do potrzeb;
    4. pokrycie niespodziewanego wydatku (w wysokości odpowiadającej miesięcznej wartości granicy ubóstwa relatywnego, przyjętej w danym kraju, w roku poprzedzającym badanie);
    5. terminowe regulowanie opłat związanych z mieszkaniem, spłatą rat i kredytów;
    6. posiadanie telewizora kolorowego;
    7. posiadanie samochodu;
    8. posiadanie pralki;
    9. posiadanie telefonu (stacjonarnego lub komórkowego).

  • Zobacz, na co Polakom najbardziej brakowało pieniędzy

    Najczęstszy w 2016 roku był brak pieniędzy na tygodniowy wyjazd wszystkich członków gospodarstwa na wypoczynek raz w roku. Problem ten deklarowało ok. 41 proc. osób. Drugim najczęściej deklarowanym (38 proc. osób) z symptomów deprywacji był brak możliwości pokrycia przez gospodarstwo domowe niespodziewanego wydatku w wysokości ok. 1150 zł (próg ubóstwa relatywnego). Kolejnym były zaległości w terminowych opłatach (11, 6 proc.).

W październiku 2017 roku Europejska Sieć Przeciwdziałania Ubóstwu opublikowała raport na temat skrajnego ubóstwa i pogłębionej deprywacji materialnej w Polsce w latach 2014-2016, który potwierdza ten obraz. Wskaźnik ubóstwa skrajnego w niepełnych rodzinach pozostaje na podobnym co wcześniej poziomie (podczas gdy w pełnych rodzinach znacząca spada). Rośnie odsetek rodzin z jednym opiekunem deklarującym konkretne trudności materialne.

Źródło: Raport EAPN Polska

Ubóstwo ma płeć. W Polsce jest jedenaście razy więcej samodzielnych matek niż ojców. Trudniej o statystyki dotyczące niepełnych rodzin z dziećmi z niepełnosprawnością (w tym wypadku próg dochodowy dla wypłaty 500 zł na pierwsze dziecko wynosi 1200 zł netto), lecz tutaj dysproporcja płci rodzica może być jeszcze większa. Rząd zachowuje się tak, jakby nie dostrzegał problemu biedniejących samotnych rodziców (czyli głównie matek).

W 2017 roku Sejm przegłosował zmiany w programie rodzina 500 plus. Od lipca 2017, aby samotny rodzic mógł otrzymać 500 zł na swoje dziecko musi udowodnić, że faktycznie jest samotnym rodzicem. W tym celu musi przynieść dokumenty, że wystąpił do sądu o alimenty od drugiego rodzica.

Zmiana zaskoczyła wielu samodzielnych opiekunów, którzy wcześniej otrzymywali 500 złotych wyłącznie na podstawie zaświadczenia o dochodach. To problem zwłaszcza dla kobiet-ofiar przemocy domowej, które chciały zerwać wszelkie związki z ojcami dzieci. Zasądzone i płacone alimenty są wliczane do dochodu i mogą go podnieść. Jeśli matka z dzieckiem przekracza kryterium dochodowe na pierwsze dziecko, może stanąć przed wyborem: albo alimenty, albo 500 złotych.

Dziennik Gazeta Prawna ustalił, że w wyniku tych zmian prawnych oraz zwiększania się dochodów Polek i Polaków przy niezmienionym kryterium dochodowym na pierwsze dziecko (co oznacza, że sporo rodzin zaczyna je przekraczać i nie dostaje świadczenia), liczba „pierwszych” dzieci, na które przyznano świadczenie spadła aż o 18 proc. Całkowita kwota wypłacanych świadczeń (na wszystkie, nie tylko pierwsze dzieci) spadła o ok. 5 proc. „Uszczelniając” program i nie podnosząc kryterium dochodowego rząd może zaoszczędzić nawet miliard złotych.

500 plus na każde dziecko? Nie zanosi się

Ale niewaloryzowane kryterium jest problemem. Zwłaszcza, że działa na zasadzie „gilotyny” – przekroczysz o złotówkę i żegnasz się z pieniędzmi. Możliwym rozwiązaniem jest „zasada złotówka za złotówkę” postulowana m.in. przez PSL – rodzice otrzymywali by świadczenie pomniejszone o kwotę pomniejszoną o jaką przekroczyli kryterium. Dzięki temu świadczenie trafiłoby, przynajmniej w części, do tych rodzin, które mają niskie dochody, ale nieznacznie przekraczają kryterium. A to problem zwłaszcza w niepełnych rodzinach, gdzie o przekroczenie progu jest łatwo.

Bartosz Marczuk, wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej szacował koszty wprowadzenia zasady „złotówka za złotówkę” na ok. 2 miliardy złotych.

Minister Elżbieta Rafalska jest jednak zdecydowanie przeciwna pomysłowi, więc przynajmniej na razie, nie ma co liczyć na taką zmianę.

A co gdyby w ogóle zlikwidować kryterium? Innymi słowy: dać 500 złotych miesięcznie na każde dziecko w Polsce?

Marczuk szacował koszt takiego rozwiązania na ok. 19,5 mld więcej niż 500 plus kosztuje obecnie. Być może odrobinę przesadził, ale szacunki mniej więcej się zgadzają. Według danych GUS w Polsce w czerwcu 2017 roku było 6908 tys. dzieci w wieku 0-17 lat.

Gdyby przyznać 500 plus na każde dziecko bez kryterium dochodowego całkowity koszt programu wyniósłby 41,5 mld zł rocznie.

Zbyt krótka kołdra

Plusy takiego rozwiązania byłyby oczywiste: dwie trzecie Polek i Polaków uważa, że świadczenie powinno przysługiwać też na jedynaków. Częściowo zatarłoby się wrażenie niesprawiedliwości programu, które pomimo pozytywnych ocen (77 proc. akceptacji przy 20 proc. dezaprobaty) jest nieodłącznym elementem dyskusji o 500 plus. Rozszerzony program mógłby też pomóc wydobyć z ubóstwa niepełne rodziny. Samo świadczenie rodzinne oczywiście nie wystarczy; tylko ok. jedna piąta ojców płaci alimenty, a kryterium dochodowe uprawniające do świadczeń z funduszu alimentacyjnego jest niskie. A co z kosztami?

Tutaj już nie jest tak pięknie. 17-18 mld więcej na rodzinę sprawiłoby, że w odstawkę poszłyby inne wydatki. W polityce społecznej zaniedbania są duże, a w tej chwili przypomina ona stół z jedną nogą znacząco dłuższą – ogromna większość środków wydawanych jest na „rodzinę”, nie starcza więc choćby na politykę senioralną. Można sobie wyobrazić, że świadczenie 500 plus zmienia się np. w 300 plus i obejmuje wszystkie dzieci. Taka zmiana mogłaby jednak uderzyć w rodziny wielodzietne, które są szczególnie zagrożone ubóstwem. Odbieranie raz przyznanych świadczeń – poza tym, że jest złą praktyką państwa – jest też politycznym samobójstwem, z czego rząd PiS bez wątpienia zdaje sobie sprawę.

MRPiPS nie jest też jedynym ministerstwem. Za sprawą protestu rezydentów do debaty publicznej przebił się temat skrajnego, wieloletniego niedofinansowania polskiej opieki zdrowotnej. Aby była ona finansowana na poziomie 6,8 proc. PKB, jak domagają się protestujący lekarze, potrzeba ok 38 mld zł. rocznie. To jest kryzys, z którym rząd musi się uporać, w przeciwnym wypadku upadek opieki zdrowotnej go pogrąży. Naprawa opieki zdrowotnej będzie wymagać podniesienia składki zdrowotnej, która jest w Polsce po prostu zbyt niska. Tymczasem Morawiecki zapowiada, że żadnego podnoszenia podatków nie przewiduje poza swoją idée fixe – dodatkową składką na pracownicze plany kapitałowe. Trudno sobie wyobrazić, że w tej sytuacji dorzuca prawie 5 proc. całego obecnego budżetu na obszar polityki, na który państwo i tak już wydaje bardzo dużo.

Rozszerzenie 500 plus jest więc nisko na liście priorytetów. Dywagacje Beaty Szydło – osoby, która z dnia na dzień przestała mieć w rządzie cokolwiek do powiedzenia  – raczej tego nie zmienią.

 

Redaktor i dziennikarz OKO.press. Tłumacz literatury. Pisze o polityce społecznej.


Lubisz nas?

Powiedz o tym innym