Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys / OKO.pressIl. Mateusz Mirys / ...

Gdyby duch epoki bardziej mu sprzyjał, to usłyszałby o nim cały świat. Niechybnie w dzisiejszej Polsce Abraham Stern miałby pomniki, nazwy ulic, gmachów i uczelni. Zabrakło mu jednak siły przebicia i znajomości, nie pomagały antyżydowskie uprzedzenia oraz kapryśna koniunktura polityczna.

Był przodkiem Antoniego Słonimskiego. Urodził się w 1769 roku, a więc jeszcze przed I rozbiorem Polski. W żydowskiej rodzinie w Hrubieszowie, w miasteczku wielokulturowym, z kilkusetosobową wówczas diasporą żydowską. Trudno było się spodziewać, że zostanie znakomitym konstruktorem i wynalazcą. Uśmiechnęło się jednak do niego szczęście. „Rodzice, bardzo ubodzy, nie mogąc łożyć na jego wychowanie, oddali go do zegarmistrza na naukę. Roboty młodego ucznia wkrótce zaczęły zwracać uwagę miejscowych obywateli, a gdy Stanisław Staszic Hrubieszów nabył, poznał i ocenił zdolności Sterna. Odtąd mąż ten znakomity zaczął się młodym mechanikiem opiekować; za jego radą opuścił miasto rodzinne i przeniósł się do Warszawy, aby się naukom matematycznym poświęcić”, opisywał w 1864 roku na łamach „Tygodnika Ilustrowanego” varsavianista Kazimierz Władysław Wóycicki.

Talent Sterna musiał być naprawdę wielki, skoro postanowił go wesprzeć Staszic. Ten oświeceniowy polityk i geograf, ksiądz i mason, szef warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, za Żydami nie przepadał, delikatnie mówiąc. Widział w nich hamulcowych, stojących na przeszkodzie przemian społecznych i rozwoju przemysłu w Polsce. Nie on jeden zresztą: w podobny sposób wypowiadał się inny luminarz Oświecenia w Polsce Julian Ursyn Niemcewicz. Wielu raziło zniesienie obowiązującego od XVI wieku zakazu osiedlania się Żydów w Warszawie, co przyniosła druga połowa XVIII wieku.

Abraham Stern na akwaforcie Jana Feliksa Piwarskiego (1825)

Pijawki, szarańcza, włóczędzy

Antyżydowską retoryką wypełnił Staszic m.in. swoje Przestrogi dla Polski (1790). W sposób wręcz paszkwilancki zarzucał tam mniejszości żydowskiej destrukcyjny wpływ na kraj: „Żydzi są pijawkami rolnika. Z nich żaden nie przykłada się do powiększania urodzajów krajowych ani – prócz małej liczby rzemieślników – ten ród ludzi nie dopomaga do odnowy i do kształtowania tychże urodzajów. Wszyscy tylko z innych stanów pracowitych żyją (…) Żydzi są naszego kraju letnią i zimową szarańczą (…) Żydostwo nasze wsie uboży, a nasze miasta smrodem napycha”.

Razili księdza-masona zwłaszcza żydowscy karczmarze, oferujący chłopom alkohol w dzierżawionych od szlachty gospodach: „Tak długo nasz chłop z swojej nędzy z trudnością dźwigać się będzie i od nałogu pijaństwa nie odswoi się, jak długo ród żydowski, przez swoją religią, przez wychowanie do oszukiwania sposobiący się, będzie władać tą trucizną, przez którą, gdy zechce, może kilku milionom ludzi [bezkarnie] głowę zawracać, a, na kilka godzin przytomność im odebrawszy, rozrządzać majątkiem polskiego rolnika, jak mu się podoba”.

Argumenty Staszica sięgały także historii i były w jaskrawy sposób antysemickie: „Żydzi, kiedy ich w Egipcie rząd do pracy przymuszał, uciekli i kraj okradli, woląc się bezczynnym włóczęgą tułać po dzikich puszczach. Ten lud ma obyczajność, sposób życia i moralność z moralnością naszej religii niezgodną”. Staszicowe antyżydowskie zalecenia w Przestrogach dla Polski nie mają wiele wspólnego z oświeceniową tolerancją, nie wspominając już o XVIII-wiecznych rewolucyjnych hasłach wolności, równości i braterstwa. „Dla odstręczenia Żydów od życia próżniackiego, prawo ustanowi, iż żaden Żyd, dopokąd albo nie chwyci się roli, albo nie wyuczy jakiego rzemiosła, żony pojąć nie może”, doradzał.

A jednak to właśnie Staszic zapewnił wsparcie poznanemu w Hrubieszowie młodemu geniuszowi. Abraham, który początkowo ledwie umiał czytać, z czasem skonstruował pomiarowy sprzęt geodezyjny przydatny dla wojska, projektował młockarnie, tartaki i machiny do żęcia zboża. Największą sławę przyniosła mu jednak machina licząca, nad którą pracował już w dojrzałych latach, począwszy od roku 1813.

Przeczytaj także:

Poprzednik kalkulatora

Stern nie był pierwszym konstruktorem, który wpadł na pomysł urządzenia do liczenia – dużo wcześniej tworzyli takowe Pascal i Leibniz. Tyle że wynalazca z Polski skonstruował maszynę pięciodziałaniową! Jego arytmometr, czyli poprzednik kalkulatora, fachowcy do dziś uważają za przełomowy. Maszyna, która nie tylko dodawała, odejmowała, dzieliła i mnożyła, ale też wyciągała pierwiastki, mogła bardzo się przydać w dobie rewolucji przemysłowej. W końcu był to czas coraz większych obrotów handlowych, rosnącej masowej produkcji i wielkich przepływów kapitału.

Z zapisków Sterna możemy przeczytać o jej budowie: „Machina ta w kształcie równoległościanu podługowatego, prostokątnego, w długości swojej pięcioma rzędami kółek jest przedzielona. Pierwszy skrajny rząd górny, również jako i niżej pod nim drugi, składają się z trzynastu kółek osadzonych na osiach; kółka pierwszego rzędu mają tarcze, na których wyryte są cyfry liczebne zwyczajne, z których jedna tylko liczba przez otwór jest widzialna. A że liczby tych kółek zastępują miejsce jedności, dziesiątków, stów, itd. rząd ten więc obejmuje bimiliony”. Na układ obliczeniowy składały się więc kółka, wałki i tarcze z liczbami, poruszane korbą. Mechanizm był skomplikowany, trudny i nietani w wykonaniu, jednak Stern nie dawał za wygraną. „Na wszelkie nieprzyjemności z niedostatku pochodzące nieczułym będąc, usiłowania jeszcze podwajałem”, wspominał.

Portret Abrahama Sterna autorstwa Antoniego Blanka (1823)

Arytmometr Sterna robił w XIX wieku wrażenie. Wyróżniał się wśród konkurencji. „Wielu sławnych matematyków europejskich pracowało nad machinami arytmetycznymi, prawie jednak wszystkie miały tą niedogodność, łatwo zepsuciu podpadały, że te uszkodzenia, przy wielkiej komplikacji, niełatwo dostrzeżonymi być mogły, rachujący więc pozostawał w niepewności, czy rachunek dobrze zrobiony lub nie. Próba przez działanie odwrotne nie była dostatecznym dowodem, albowiem niedokładność będąca powodem fałszywego wypadku [wyniku] np. w mnożeniach, pokazywała się także w próbie odbywanej przez dzielenie. Maszyna Sterna wydoskonalona, oprócz tego, iż od innych była dokładniejszą, prostszą i trwalszą, nie miała tej niedogodności”, chwalił Wóycicki.

Z podanych dat wynika, że nad arytmometrem pracował Stern jeszcze w czasach Księstwa Warszawskiego – w którym Staszic zasiadał w Izbie Edukacyjnej, był ministrem i radcą stanu. Projekt kontynuował zaś w Kongresówce, gdzie Staszic niemal aż do śmierci był ministrem edukacji, zajmował się uprzemysłowieniem Królestwa oraz przewodniczył Towarzystwu Przyjaciół Nauk. To przed gronem z TPN prezentował Stern swoje kolejne konstrukcje, na przykład wózek topograficzny („Po obwodzie figury, którą zdjąć [przenieść] na papier chcemy, jedzie się tym wózkiem, a objechawszy, znajdziemy ją narysowaną na papierze, w zmniejszonych, lecz dokładnych wymiarach”, opisał jego działanie Wóycicki).

Takie praktyczne wynalazki musiały przypaść do gustu Staszicowi. Mówił swoim znajomym: „Panowie, przedstawiam wam w tym oto Izraelicie niepośledniego matematyka, którego dążności znam i popieram, bo zdawało mnie się, że nie mamy prawa przytępić przez ucisk spostrzegane w kimkolwiek wyższe zdolności, ale i owszem dawać powinniśmy wszelką możliwą sposobność rozwinięcia się ludziom niezwykłą siłą umysłową obdarzonych, zamiast zaklęcia ich geniuszu w ciasno zakreślone koło”. Podkreślał, iż „wypada starań dokładać, aby ojczyzna, aby społeczeństwo zyskało ludzi użytecznych, sławę mu przysparzających”.

Sam Stern w podobnym tonie zwrócił się do badaczy z TPN w 1818 roku: „Człowiek powinien tworzyć machiny i nimi kierować, a one wyręczać go w uciążliwej pracy. Narody, które wydoskonaliły przemysł, panują nad światem, te zaś, które zaniedbały, popadły w słabość, ciemnotę, ubóstwo i niewolę”. Rok wcześniej Towarzystwo mianowało go swoim członkiem korespondentem.

Macewa w miejscu domniemanego pochówku Abrahama Sterna na cmentarzu żydowskim na Bródnie w Warszawie. U szczytu macewy widać, jak mogła wyglądać machina Sterna.

Niewłaściwe miejsce i czas

Jeszcze po śmierci Staszica (1826) i po rozwiązaniu TPN (1832) przez władze carskie w ramach represji po powstaniu listopadowym, Stern wprowadzał w życie kolejne pomysły. W 1835 roku „wynalazł pełen prostoty mechanizm, ochraniający w rozbieganiu się koni w zaprzęgu od szkody tak sam powóz, jako też osoby w nim siedzące”. Niestety, system ochronny do powozu – następny świetny pomysł na biznes – był kolejnym, na którym nie udało mu się zarobić.

Przyczyn było kilka. Po pierwsze nie sprzyjały mu okoliczności. Żyd z małego miasteczka daleko miał na salony. Staszic mu pomagał, owszem, ale ilu Polaków patrzyło nań z uprzedzeniem? Na przykład Niemcewicz, kierujący po Staszicu TPN. Kiedy Stern tworzył dzieło swojego życia, on pisał wybiegający w przyszłość paszkwil „Rok 3333, czyli sen niesłychany” – w którym fantazjował, jak to Żydzi Warszawę przemianowali na Moszkopolis, a „z wiekami zgnietli Polaków chrześcijan, sami opanowali wszystko, a gdy nikt nie chciał brudno zaszarganego Królestwa, wybrali sobie króla i starożytną Polskę Palestyną nazwali”.

Choć Stern został doceniony przez członków TPN, to dopiero po pewnym czasie. Początkowo niektórzy nie chcieli się zgodzić na jego członkostwo i wywierali presję na Staszicu. Tymczasem Stern był nie tylko postępowym wynalazcą, lecz i patriotą. W jego domu rozmawiano po polsku, a on sam odrzucił otrzymaną od władz pruskich propozycję opuszczenia ojczyzny i wyjazdu do Berlina.

Gdyby jego wynalazki wprowadzono w życie, przyczyniłyby się do rozwoju miast i wsi, do unowocześnienia polskiej gospodarki i do wzrostu dobrobytu. Drugi problem stanowiła jednak swoista powolność elit odpowiedzialnych za modernizację kraju. Członkowie TPN sprawdzali głównie, czy prowincjusz nie skopiował dokonań wynalazców z zagranicy. „Po rozpoznaniu machiny i odbyciu z nią potrzebnych doświadczeń, pierwszym staraniem deputacji było porównać ją z machiną arytmetyczną, którą Pascal wynalazł. Lecz po należytym rozważeniu tak całkowitego składu, jak też wielu istotnych części, deputacja znalazła mocne powody do mniemania, że nie tylko machina Pascala nie służyła za wzór panu Sternowi, ale nawet podług wielkiego do prawdy podobieństwa, wcale mu nie była znajomą”, uznali.

Choć byli już pewni oryginalności dokonań Sterna i zobaczyli kolejne jego konstrukcje, nie popłynął z ich strony impuls, by zacząć przemysłowo wytwarzać owe urządzenia. Nawet jeśli doborowe grono z TPN miało takie pomysły, kłopot stanowiło słabo wyedukowane społeczeństwo. To trzeci problem. Wszak sam Stern, jak wykazał raport Towarzystwa, nie znał maszyny liczącej Pascala, był samoukiem. A co dopiero mieszczanie i kupcy – jak oni mogliby docenić dzieła Żyda z Hrubieszowa? Kupcy w Kongresówce woleli stare liczydła niż nowoczesne urządzenia liczące. Machiny Sterna stały się tylko ciekawostkami, kuriozami.

Szybszy od cara

Rozumiał te uwarunkowania chyba i sam Stern, kiedy pisał: „Poświęcam teraz wolne moje chwile na opisanie we wszystkich szczegółach tej machiny, aby szczęśliwy jaki geniusz potrafił ją z czasem ułatwić, a tym samym powszechniejszy z niej użytek sprawić”.

Ze wszelkich złudzeń musiała wyleczyć go prezentacja arytmometru, na której gościł przybyły z Petersburga sam car Aleksander I. Wydarzenie niezwykłe, aczkolwiek zakończone fiaskiem. Tak opisał je prawnuk Sterna w „Sadze Rodu Słonimskich” Janiny Kumanieckiej: „Jeden z carskich adiutantów zaproponował rozwiązanie konkretnego zadania matematycznego. Car, który sam parał się trochę nauką, zanurzył gęsie pióro w kałamarzu i zaczął liczyć, zapisując swoje obliczenia na wielkim arkuszu papieru. Zaledwie jednak wykonał kilka pierwszych działań arytmetycznych, mój pradziad podał wynik. Car rzucił na niego kpiące spojrzenie: »Maszyna jest dobra – oświadczył – ale Żyd jest zły«. Rzeczywiście, to było poważne wykroczenie wobec etykiety – zakasować władcę”.

Przy takim braku dyplomacji u Sterna, nawet najwybitniejsze wynalazki czekał marny los. I faktycznie, jego machin – a w szczególności słynnej pięciozadaniowej – nie sposób dziś odnaleźć. Przepadły pośród historycznych zawieruch.

Wiara, nauka i bieda

Z czego żył Stern, jeśli nie ze swoich wynalazków? „Kiedy w roku 1818 ustanowiono szkołę rabinów, minister ówczesny oświecenia publicznego, Stanisław Potocki, wezwał Sterna na jej dyrektora i polecił mu wypracować plan wykładu nauk i urządzenia tej instytucji. Uczony izraelita w czerwcu złożył ministrowi pracę sobie zleconą. W tymże roku, za gorliwość w wypełnianiu obowiązków członka dozoru szkół elementarnych wyznania mojżeszowego, komisja rządowa wyznań religijnych i oświecenia publicznego przeznaczyła mu pieniężne wynagrodzenie”, wyjaśniał Wóycicki. Stern wykonywał ekspertyzy i budował modele wynalazków. Pisał rozprawy naukowe po polsku i judaistyczne po hebrajsku, tworzył wiersze i przekłady, co doceniali nieraz sponsorzy.

Całe życie pozostał zarówno wierzącym Żydem, jak i naukowcem oddanym swoim projektom. Pamiętnikarz Eugeniusz Skrodzki pisał w „Wieczorach piątkowych i innych gawędach”, że Abraham ubierał się „jak większość jego współwyznawców wówczas chodziła, w żupan czarny atłasowy, pas jedwabny, takież pończochy czarne i trzewiki”. Z jego wyglądu wiele można było wyczytać, choć czasem okazywało się to mylące: „Głowę miał zawsze nakrytą czarną aksamitną krymką, czoło wyniosłe, poorane zmarszczkami od ciągłego skupienia myśli. Spod gęstych brwi strzelała para ognistych, pełnych bystrości i rozumu pięknych oczu, a zimą i latem, wśród najpiękniejszej pogody, stary podarty parasol trzymany pod pachą nie opuszczał Sterna nigdy. Ubiór żydowski Sterna na publicznych posiedzeniach Towarzystwa wśród czarnych fraków reszty kolegów zawsze zadziwiał nieświadome go osoby. Powszechnie uważano Sterna za nadrabina gminy warszawskiej, czym nigdy nie był. Inni głosili, że był bankierem Towarzystwa”.

Stern zmarł w Warszawie w domu przy ulicy Królewskiej w 1842 roku. Pochowany został na cmentarzu żydowskim na Bródnie. Na tej długo zdewastowanej nekropolii parę lat temu zidentyfikowano przybliżone miejsce pochówku Sterna. Stanęła tam macewa z napisami po polsku i hebrajsku, zwieńczona płaskorzeźbą przedstawiającą machinę liczącą. Stern wciąż pozostaje jednak postacią mało znaną. Właściwie pamiętają o nim dziś tylko informatycy i matematycy, badacze z Polskiej Akademii Nauk mieszczącej się w warszawskim Pałacu Staszica, pasjonaci zainteresowani historią Żydów – oraz rodu Słonimskich. Utalentowanym konstruktorem, matematykiem, wynalazcą i astronomem był bowiem zięć Sterna Chaim Zelig Słonimski, późniejszy dziadek Antoniego Słonimskiego.

Kalkulator Sterna świata nie podbił i przyszłości nie zmienił, jednakże osiągnięcia Sterna nie poszły na marne. Z jego doświadczeń i osiągnięć korzystał zięć, a możliwe, że i cała plejada konstruktorów obcokrajowców. Zaś machiny podobne do wynalazku hrubieszowianina w końcu pojawiły się w sklepach, urzędach i fabrykach, tyle że pół wieku później.

Może Stern kiedyś też zostanie w Polsce patronem jak Staszic w roku 2026?

Cykl „SOBOTA PRAWDĘ CI POWIE” to propozycja OKO.press na pierwszy dzień weekendu. Znajdziecie tu fact-checkingi (z OKO-wym fałszometrem) zarówno z polityki polskiej, jak i ze świata, bo nie tylko u nas politycy i polityczki kłamią, kręcą, konfabulują. Cofniemy się też w przeszłość, bo kłamstwo towarzyszyło całym dziejom. Rozbrajamy mity i popularne złudzenia krążące po sieci i ludzkich umysłach. I piszemy o błędach poznawczych, które sprawiają, że jesteśmy bezbronni wobec kłamstw. Tylko czy naprawdę jesteśmy? Nad tym też się zastanowimy.

;
Na zdjęciu Adam Węgłowski
Adam Węgłowski

Dziennikarz i autor książek. Był redaktorem naczelnym magazynu „Focus Historia”, zajmował się m.in. historycznymi śledztwami. Publikował artykuły m.in. w „Przekroju”, „Ciekawostkach historycznych” i „Tygodniku Powszechnym”. Autor kryminałów retro, powieści z dreszczykiem i książek popularyzujących historię.

Komentarze